Dziennik.pl logo

"Nadchodzi" nowy Łukasz Orbitowski

19 lutego 2010, 17:53
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
"Nadchodzi" nowy Łukasz Orbitowski
Inne
"Nadchodzi" to znakomita książka - przerażająca i bliska jednocześnie. Łukasz Orbitowski pokazuje w niej, że polska historia to pole bitwy. Pole bitwy demonów, dodajmy.




Po doświadczeniach z przeterminowaną postmoderną naszej współczesnej literatury czytanie Orbitowskiego jest jak miód na serce. Oto młody pisarz, któremu nie odbija się czkawką gombrowiczowska fraza, który nie stosuje szyku przestawnego, nie bawi się w autoerotyczne monologi, nie uprawia politycznej agitacji, nie odfajkowuje napęczniałych problemów społecznych, nie sili się na naiwną krytykę mediów. Jego proza jest wolna od tego doczesnego szlamu – a jednocześnie pozostaje klarowna, efektowna i zadziwiająco aktualna.

W notce biograficznej na okładce nowego zbioru opowiadań Orbitowskiego czytamy, że autor „terminował u fantastów, awangardzistów i realistów”. To widać – że terminował. Podoba mi się to określenie, świadczy o pokorze i świadomości własnego warsztatu. A że Orbitowski najlepiej w Polsce pisze horrory, ów warsztat często przypomina jatkę. Nigdy jednak nie jest to jatka pozbawiona sensu.

„Nadchodzi” składa się z czterech opowiadań i jednej, tytułowej, mikropowieści. Tylko dwa z tych utworów – „Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj” i „Cichy dom” – są, jeśli można tak powiedzieć, typowe dla dotychczasowej twórczości pisarza, czyli współczesnej makabry wywiedzionej z codziennych lęków i traum, opartej o szczególnego rodzaju minimalistyczną formułę budowania suspensu, w której rzeczywistość od koszmaru dzieli cienka i łatwo, choć bezpowrotnie, przekraczalna membrana. Pozostałe teksty, w tym najlepszy z tomu „Popiel Armeńczyk”, pokazują, że Orbitowski szuka nowej formuły, być może jeszcze ciekawszej od tego, co dotąd pokazał w „Świętym Wrocławiu” czy „Tracę ciepło”.

Siłą dobrej literatury jest między innymi – przynajmniej z punktu widzenia czytelnika – niemożność jej łatwego podsumowania i zaszufladkowania. Weźmy choćby wspomnianego „Popiela Armeńczyka”: Mamy wrzesień 1939 roku na głębokiej polskiej prowincji. Do zabitej dechami wsi wojna dociera pod postacią maruderów z rozbitych przez Niemców oddziałów – to dwóch umundurowanych bandziorów, zainteresowanych głównie gwałceniem i rabowaniem, oraz oficer, niejaki Julian Armeńczyk, małomówny dziwak o nadnaturalnych umiejętnościach, pozostający w dziwnym stanie zawieszenia między rzeczywistością a snem. Ci ludzie, wraz z paroma wieśniakami i pewnym dorastającym chłopcem, zaczynają formować szczególnego rodzaju partyzantkę – krwawą i okrutną – która zdaje się walczyć raczej z duchami niż z wrogiem, zaś kompletnie amoralny Armeńczyk zostaje ich kacykiem, podając się w malignie za króla Popiela… O co tu chodzi? Czy to fantazja na temat demonicznej romantyczności? A może gorzka refleksja nad polskością? Rzecz o szaleństwie wojny? Pewnie wszystko naraz. W sumie nie wiem i nie chcę wiedzieć. Liczy się raczej zimny pot spływający po plecach i poczucie, że ta przerażająca, przekorna, sarkastyczna wizja mnóstwo mówi o nas samych. Po prozę Orbitowskiego zdecydowanie powinien sięgnąć filmowiec, który dorasta do siły rażenia jego tekstów.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Piotr Kofta
Piotr Kofta

Pisarz, krytyk literacki, publicysta

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj