Dziennik Gazeta Prawana logo

Światowy bestseller Brysona wreszcie po polsku

18 marca 2010, 14:56
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Światowy bestseller Brysona wreszcie po polsku
Inne
Bill Bryson to jeden z najpopularniejszych na świecie autorów literatury podróżniczej, zaś jego "Ani tu, ani tam" jest satyryczną relacją z sentymentalnej wędrówki po Europie. Bardzo śmieszną.

Z tego, co się orientuję, ludzi obdarzonych wysublimowanym poczuciem humoru proza Brysona nie bawi. Jeśli więc uważacie się za arystokratów w dziedzinie erudycyjnych żartów, trzymajcie się od tej książki z daleka. W przypadku jednak, gdy lubicie groteskę, slapstick i niesmaczne dowcipasy – ten mieszkający w Anglii Amerykanin pisze dla was. Przyznam, że ze wszech miar gustuję z grotesce i slapsticku, a szczególnie w niesmacznych dowcipasach.

Na początku lat 70. Bryson dwukrotnie, raz sam, a raz w towarzystwie niejakiego Katza ("Ów trudny człowiek słowami »Idzie następne. Jesteś gotowy?« anonsował swoje pierdnięcia, a następnie klasyfikował je według głośności, czasu trwania i zapachowości, jak to nazywał") wybrał się w podróż do Europy – to po dziś dzień niemal rytuał amerykańskiej młodzieży, by przed rozpoczęciem studiów wyrwać się z krainy McDonalda i zażyć trochę starożytnej cywilizacji. Po dwóch dekadach Bryson – mieszkający już wówczas od 15 lat w Anglii – postanowił w przybliżeniu powtórzyć swoją ówczesną trasę, by ruszyć śladem własnej młodości.

Powstałą na podstawie tej wyprawy książkę można czytać na parę sposobów. Po pierwsze jako zapis przygód sarkastycznego i wiecznie niezadowolonego Anglosasa ciągnącego swoje umęczone ciało przez kontynent – z takiego zderzenia po prostu musi wyjść coś komicznego. I wychodzi. Bryson dorównuje tu w finezji klasyce gatunku: "Trzem panom na rowerach" Jerome’a czy "Prostaczkom za granicą" Twaina. Po drugie jako ironiczny i niepoprawny portret różnych zakątków Europy oraz ich mieszkańców, co krok potwierdzających słuszność stereotypów.

Po trzecie wreszcie jako zbiór pierwszorzędnych absurdalnych humoresek oraz antologię pięknych zdań i metafor, często zdecydowanie na granicy dobrego smaku. Ale czy Monty Python również jej nie przekraczał, i to z regularnością szwajcarskiego zegarka? Bryson ma talent do literackiego wyolbrzymiania i zniekształcania pozornie banalnych zdarzeń – u niego nawet proceder przechodzenia przez jezdnię w Rzymie zamienia się w wariacką jednoaktówkę. Powiecie, że to tania i niezbyt wymagająca rozrywka. No cóż, mnie ona w zupełności wystarcza.

Na koniec jedna uwaga: o ile Bryson wywiązał się ze swojego zadania z nawiązką, o tyle wydawca postanowił zaoszczędzić na redakcji tekstu. Stąd parada werbalnych osobliwości w rodzaju fikcyjnej nazwy geograficznej "Flamandia" na określenie północnej części Belgii, znanej dotąd jako Flandria. Nie umniejsza to jakości samej książki, ale jednak trochę wstyd.

Bill Bryson

Zysk i S-ka

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj