Pierwszy tom cyklu Sapkowskiego - "Narrenturm" - otrzymał Nagrodę im. Janusza Zajdla, najważniejsze wyróżnienie przyznawane polskiej fantastyce, oraz nominację do Nike
2003. Drugi - "Boży bojownicy" - uhonorowano Sfinksem i nominacją do Zajdla. Trzeci - wydane w ubiegłym roku "Lux perpetua" - to kolejny Sfinks, ponowna
nominacja do Zajdla (nagrody będą przyznane na konwencie fantastyki Polcon już 1 września) i wreszcie nominacja do Angelusa. Jak na gatunek wciąż w Polsce niedoceniany, to naprawdę duże
osiągnięcie. Na dodatek wszelkie honory spływające na trylogię Sapkowskiego są w pełni zasłużone.
Bo też "Lux perpetua" (podobnie jak poprzednie tomy trylogii) to dzieło o wiele bardziej dojrzałe od słynnego, znakomitego skądinąd cyklu o wiedźminie Geralcie. Wyrastające
z fantasy i czerpiące pełnymi garściami z rozmaitych mitów i legend, ale jednocześnie mocno zakorzenione w równie barwnej co burzliwej historii Śląska i wojen husyckich. Zapełnione galerią
fascynujących postaci, zarówno historycznych, jak i fikcyjnych.
Jednak XV-wieczne realia służą tu jedynie przedstawieniu losów głównej postaci cyklu - rycerza Reynevana z Bielawy. To bohater tragiczny, typowy dla prozy Sapkowskiego. Nękany rozterkami,
łatwo ulegający swoim słabościom, rozdarty między lojalnością wobec ojczyzny i ukochanej kobiety. Miłość jest dla niego motorem - najczęściej pochopnych - działań, źródłem nadziei,
ale i przyczyną wszelkich problemów. I choć zazwyczaj tego rodzaju opowieściom przyświeca ukute przez Wergiliusza przysłowie "Omnia vincit Amor" - miłość zwycięża
wszystko, czytelnicy Sapkowskiego wiedzą, że typowego happy endu spodziewać się po "Lex perpetua" nie powinni. Autor lubi bowiem komplikować życie swoim bohaterom i splatać
ich losy w najmniej spodziewany sposób. Sapkowski za wszelką cenę unika bowiem prostych rozwiązań. Nieustannie zaskakuje czytelnika a to gwałtownym zwrotem akcji, a to przemyślnym nawiązaniem
do literackiej klasyki, a to wreszcie niespodziewanym anachronizmem (choćby takim, jak odwołanie do dzieł Joachima Lelewela).
Proza twórcy "Lex perpetua" jest wszakże - przy niezaprzeczalnych walorach rozrywkowych - niezwykle erudycyjna. Z jednej strony to napisana z epickim rozmachem książka
quasi-historyczna, z drugiej - gatunkowy konglomerat łączący elementy powieści łotrzykowskiej, awanturniczej, fantasy, a nawet horroru. Sapkowski potrafi bez wahania przejść od scen
romantycznych do wielkich sekwencji batalistycznych, przełamać wkradający się do narracji patos humorem, jednocześnie kpić w żywe oczy i wzruszać. Szukając inspiracji w średniowiecznych
kronikach, umie w dowolnym momencie odwołać się do spraw aktualnych, wywołując czasem wrażenie, że opowieść o zamierzchłych czasach jest niejako odbitym w krzywym zwierciadle obrazem
dzisiejszego świata.
Obraz to wyjątkowo gorzki. W świecie pokazanym w "Lex perpetua" nadrzędnym celem jest wojna, na której zawsze ktoś ubija świetny interes. To świat zdrady, zemsty,
zawiedzionego zaufania i śmierci. Reynevan i jego nieodłączni towarzysze - Szarlej i Samson Miodek - są niczym ostatni sprawiedliwi, zawsze starają się stanąć po właściwej stronie, jednak w
tym wypadku i tak z reguły oznacza to wybór mniejszego zła. Mimo że dla bohaterów tli się gdzieś iskierka nadziei, trylogia Sapkowskiego jest w znacznej mierze lekturą przygnębiającą. I
choć to przede wszystkim napisane z werwą i narracyjnym talentem dzieło czasów popkultury, to jednak Sapkowskiemu udało się przekroczyć granicę, na której kończy się perfekcyjne
rzemiosło, a zaczyna wielka literatura.
Andrzej Sapkowski "Lux perpetua", SuperNOWA 2006