Solidna dawka Topora, szczypta Philippe’a Soupaulta, odrobina Andre Bretona – prozie Agnieszki Taborskiej patronują najwięksi mistrzowie surrealizmu. Zdarza się czasem, że gdy budzimy się rano, w głowie pobrzmiewa nam strzęp jakiegoś absurdalnego zdania. W logice snu zdanie było doskonale czytelne, na jawie niespodziewanie traci sens. Na podobnej zasadzie funkcjonują krótkie teksty Taborskiej. Kierują się opaczną logiką, niedającą się przykroić do znanej nam rzeczywistości.

Reklama

Jan Gondowicz we wstępie do „Wieloryba, czyli przypadku obiektywnego” porównuje tę prozę do guzika z trzema dziurkami. „Wygląda niewinnie, aż spróbujecie go przyszyć. Owszem, da się, ale jakby nie do końca” – pisze. Istotnie, coś w tym jest.

Agnieszka Taborska to niestrudzona tropicielka absurdów, przeświecających z najzwyklejszych, najbardziej niepozornych sytuacji. Rzeczywistość w zbiorku jej zabawnych historyjek ulega nieoczekiwanej deformacji, ujawniając surrealne drugie dno. Oto na przykład pewien taksówkarz odkrywa, że za każdym razem, gdy zaczyna myć samochód, zbiera się deszcz; dopiero z czasem orientuje się, że jego kompulsywna potrzeba wypucowania auta wzmaga się wraz z niskim ciśnieniem mającym nastąpić przed ulewą.

Firma produkująca okna prosi uporczywego klienta, bezskutecznie próbującego umówić się z ekspertem, by skorzystał z usług konkurencji. Na służbowym komputerze jednej z amerykańskich szkół wyższych w najmniej pożądanych momentach wyświetlają się pornograficzne strony – chcąc wytropić internetowego erotomana, uczelnia zatrudnia prywatnego detektywa. Z kolei paryscy sąsiedzi włamują się cichaczem do cudzych piwnic, by... podrzucić komuś nadmiar niepotrzebnych gratów. Ach, jest jeszcze o pilocie, który w trakcie lotu „zmarł ze starości”, emerytowanym pastorze uzależnionym od filmów porno i Hitchcockowskiej inwazji kruków na jedno z japońskich miast.

Każda z miniatur zawartych w „Wielorybie” to perełka, a lektura zbiorku oznacza dwie godziny (zalecam czytanie uważne i powolne) salw niepohamowanego śmiechu. Agnieszka Taborska, znawczyni francuskiego surrealizmu, tłumaczka, autorka polskiego opracowania tekstów Rolanda Topora z mistrzowską swobodą żongluje erudycyjnymi odniesieniami.

Autor „Księżniczki Anginy” jest dla niej punktem wyjścia do opowiedzenia anegdotki o zaskakujących kolażach dzieci na lekcji plastyki, od „Ubu króla” zaczyna refleksję o kulturowej specyfice korzystania z toalet, Lovecraft zaś patronuje tajemniczej historii o kosmitach.

W opowiastki Taborskiej wkrada się czasem klimat Toporowskiej grozy i makabreski. Tak jak w przywoływanym przez autorkę „Chimerycznym lokatorze” dochodzi do zniekształcenia optyki, nie wiadomo, kto jest Trelkovskym, a kto Simone, kto inicjuje zdarzenia, a kto jest ich bezwiednym uczestnikiem.

„Wielorybowi” patronuje jednak przede wszystkim motto wyrażone w słowach Bunuela: „Dzień bez śmiechu z dobrze opowiedzianej historii jest dniem straconym”. Agnieszka Taborska doskonale wie, że dobrze opowiedziana historia nie musi być długa, nie musi też mieć puenty. To wieczne zadziwienie, z jakim autorka przygląda się światu, pozwala czytelnikowi zobaczyć go z nieznanej perspektywy. „Wieloryb...” dostarcza mnóstwa pysznych opowiastek na wiele niestraconych dni.