Dziennik Gazeta Prawana logo

Piekło w głowie fotreportera. Recenzja książki "13 wojen i jedna"

17 kwietnia 2013, 15:59
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
13 wojen i jedna
13 wojen i jedna/Media
"Historia mojego życia, to historia ciągłego bujania się" - pisze Krzysztof Miller, najlepszy polski fotograf wojenny, który przez ponad dwadzieścia lat jeździł wszędzie tam, gdzie lała się krew. W książce "13 wojen i jedna", która jest osobistą relacją z jego zawodowych wypraw do Afganistanu, Czeczenii, Gruzji czy Kongo, Miller wyznaje, że bujał się we wszystkich kierunkach świata, wszystkich dostępnych poziomach jaźni i pod wpływem różnych stabilizatorów - alkoholu, THC czy antydepresantów. Przez 350 stron jego reportażu bujałam się razem z nim.

Ale nie miało to nic w spólnego z apatycznym kołysaniem na biegunach fotela, w którym Miller zatracał się wieczorami w swoim mieszkaniu na warszawskim Mokotowie, walcząc z upiorami przeszłości.

To było bujanie bez trzymanki, na granicy emocjonalnej wywrotki, wciągające ale i podszyte strachem. Bo to właśnie strach - a nie wspominani przez Millera znani dziennikarze - był w czasie takich wyjazdów jego najwierniejszym kompanem.

Książka jest dla niego formą terapii. Miller opisuje 13 wojen i jedną, najważniejszą, którą stoczył we własnej głowie. Po pobycie w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego, gdzie leczył się sześć miesięcy, w tym dwa tygodnie na oddziale zamkniętym, postanowił po raz kolejny stawić czoła wspomnieniom i duchom zmarłych, których zatrzymał na tym świecie w swoich fotografiach.

4935408-13-wojen-i-jedna.jpg

A jest ich wielu. To umierające z głodu afrykańskie dzieci, zapłakane czeczeńskie matki, które każdego dnia szukają nazwisk synów na tablicy z listą poległych, rumuński aktor z odstrzeloną połową twarzy czy legendarny afgański przywódca Ahmad Szah Masud. Miller każdego z nich miał na wyciągnięcie ręki, wielu bohaterów swoich zdjęć poznał bliżej, z niektórymi pił "brudzia", a nawet się z nimi zaprzyjaźnił. 

Każdy kolejny wyjazd był dla niego jak skok na główkę. A trzeba przyznać, że facet ma w tym doświadczenie. W końcu jest szesnastokrotnym mistrzem Polski w skokach do wody z trampoliny i wieży. Sport wyrzeźbił jego ciało i umysł, nauczył dyscypliny. W skokach do miejsc krwawych konfliktów też sięgnął podium. Zasiadł w jury World Press Photo. Ale zapłacił za to wysoką cenę. Kręgosłup pozostał cały, kończyny sprawne, ale zwichnięta psychika zrastać się będzie latami.

W książce ten, którego twarz na co dzień zasłonięta jest aparatem, opuszcza swoją gardę. Odsłania się i szczerze pisze nie tylko o tragediach utrwalonych na zdjęciach, ale też o tym, co działo się jego głowie, gdy naciskał migawkę. Bez zadęcia, puszenia się, dorabiania legendy. Najciekawsze są tu historie i obrazy, których aparat Millera nie zdołał uchwycić, ale wciąż zalegają w jego mrocznych mózgowych szufladach. I nie chcą zniknąć, bez względu na to ile razy padło sakramentalne "Miller, a chuj", rzucane pod nosem, by dodać sobie odwagi.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj