Marcowe popołudnie, druga połowa lat 30. XX wieku. W budapesztańskiej kawiarni pisarz Frigyes Karinthy raczy się podwieczorkiem, punktualnie o 19.10 słyszy pociąg odjeżdżający z łoskotem rozpędzających się kół. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że najbliższy dworzec znajduje się kilka kilometrów dalej. Kiedy cztery kolejne pociągi ruszają z nieistniejącego peronu, autor orientuje się, że to halucynacje, początek powolnego popadania w obłęd.

Reklama

Zaćmienie umysłu Karinthy’ego nie jest może tak nagłe jak w przypadku czeskiego dziennikarza Oty Pavla, który podczas olimpiady w Innsbrucku w 1964 roku spotkał w Alpach diabła, a potem napisał fantastyczny zbiór wspomnień "Śmierć pięknych saren". Sama "Podróż wokół mojej czaszki" - książka będąca niemal klinicznym zapisem choroby - nie jest też tak drobiazgowa jak "Obłęd" Jerzego Krzysztonia. Z całą pewnością jednak powieść Węgra pozostaje jednym z najbardziej frapujących zapisów zmagań człowieka z groźną chorobą umysłu, przede wszystkim ze względu na specyficzny, wyniosły stylu narracji oraz postać samego pisarza.

Frigyes Karinthy, autor w Polsce praktycznie nieznany (w 1959 roku ukazał się u nas zbiór jego humoresek), był na początku ubiegłego wieku na Węgrzech popularną postacią. Poeta, prozaik, dramaturg, intelektualista i erudyta, znajdował się w samym centrum artystycznej bohemy Budapesztu. O jego pozycji niech świadczy to, że relacja z operacji usunięcia u Karinthy’ego guza mózgu pojawiła się na pierwszych stronach węgierskich gazet tuż obok informacji o inwazji wojsk Mussoliniego na Etiopię. Z kolei o nieuleczalnej manii wielkości autora mówi jego reakcja na wspomnianą publikację, pisarz cieszył się z niej chyba bardziej niż z udanego zabiegu. Liczne megalomańskie wtręty powodują, że czytelnik "Podróży wokół mojej czaszki" nieustannie miota się między irytacją a współczuciem. Czy można bowiem nie skrzywić się z niesmakiem, czytając wywody o nadwrażliwości autora oraz jego pogardliwym stosunku do "zwykłych" ludzi czy na temat niższości kobiecego umysłu? A zarazem, czy można pozostać obojętnym na wstrząsający opis operacji na otwartym mózgu w pełni świadomego pacjenta?

Wydawać by się mogło, że Karinthy z premedytacją skonstruował antypatycznego, fikcyjnego bohatera, by za pomocą tego triku móc oddalić zarzuty o wzbudzanie taniego współczucia. Osobista przedmowa przeczy jednak takim przypuszczeniom - Karinthy zapewnia (oczywiście z afektowaną fałszywą skromnością), że pisze o sobie, a wszystkie przerażające szczegóły tej książki są prawdziwe. Prawdziwe więc są opisy pierwszych, usilnie lekceważonych objawów choroby. Prawdziwe są powolna utrata wzroku oraz życie na granicy jawy i bełkotliwych koszmarów. Prawdziwa jest groza zabiegu i pooperacyjne majaki. Prawdziwa wreszcie jest nadzieja na nowe życie, końcowe zdanie: "Szeroko otwiera się przede mną horyzont" i - późniejsza o dwa lata - śmierć.

Podróż wokół mojej czaszki

(Utazás a kaponyám körül)

Frigyes Karinthy, przeł. Anna Górecka, PIW 2008