Tolkien był dla mnie wielką inspiracją, wzbudził we mnie zainteresowanie literaturą fantasy i science fiction. To, co zrobił, było niesamowite. Wykreował świat -
Śródziemie - który wydaje się całkiem realny ze względu na to, że Tolkien stworzył przy okazji języki, geografię, dzieje owej fikcyjnej rzeczywistości. Ja poszłam trochę na skróty,
ponieważ jako fabularny punkt wyjścia wybrałam autentyczną historię - znany nam świat XIX wieku. Moje książki są połączeniem fantasy, historii prawdziwej i alternatywnej. To ułatwia
czytelnikowi odczuwanie: możesz naprawdę uwierzyć w to, co czytasz, nie masz wątpliwości, że to wszystko mogło się zdarzyć. W tym sensie autor "Władcy pierścieni" jest
dla mnie ogromną inspiracją.
Piszę przede wszystkim dla siebie. Jeśli ja nie jestem zainteresowana tym, co piszę, to nikt nie będzie. A staram się poruszać kwestie, które chcę odkrywać. "Imperium Kości
Słoniowej" podejmuje takie zagadnienia. Niewolnictwo było wielkim problemem tamtych czasów. Chciałam się przyjrzeć, w jaki sposób smoki i siły powietrzne mogłyby zmienić historię
kolonializmu oraz ludzkości w ogóle. Umieszczenie smoków w XIX-wiecznej rzeczywistości sprawiło, że świat się tam bardziej wyrównał. Smoki rekompensują europejską rewolucję
przemysłową, zmieniają rozkład sił. To jeden z najważniejszych tematów całej serii "Temeraire".
Wielu pisarzy fantasy próbuje zrobić to, co zrobił Tolkien: stworzyć swój świat od zera. To, mówiąc oględnie, trudne zadanie, szczególnie gdy przy okazji zapożycza się elementy z dzieł
Tolkiena - elfy czy krasnoludów - i zmienia im się imiona oraz obyczaje. Próbujesz opowiedzieć historię ze Śródziemia, ale nie chcesz, żeby to wyglądało jak imitacja Tolkiena. Osobiście
byłabym głęboko zainteresowana przeczytaniem historii ze Śródziemia autorstwa kogoś innego, bez próby zmieniania wszystkiego, jednak sama bardziej zainteresowana jestem fantastyką
realistyczną. Wielu ludzi zna książki Jane Austen, romanse regencyjne ("regency romance" z początku XIX wieku - przyp. red.) Georgetty Heyer. Mój wkład polega na znaczącej
zmianie paru elementów. Zachowuję wszystkie szczegóły - bohaterowie jedzą to, co się wówczas jadło, podróżują tak samo, i wszystko w ogóle jest tak samo, poza smokami, oczywiście.
Czytelnik ma wrażenie, że naprawdę solidnie się przygotowałam. Zawieram z nim pewną umowę. Mówię: Pozwól mi mieć smoki; zaakceptuj to, że ten świat zamieszkują smoki, a reszta będzie
miała dla ciebie sens". Nie każę czytelnikowi uczyć się niczego więcej, żeby zrozumiał historię.
Problem polega na tym, że ludzie zwykli na literaturę gatunkową spoglądać z góry. Czasem nie rozumieją konwencji, nie znają kontekstu. Wtedy trudno im jest zacząć penetrować określone
pole literackie. Z drugiej strony gatunek podnosi sprzedaż książki. Czytelnik gotów jest zaakceptować niższą jakość, jeśli ksiażka przynależy do jego ulubionego gatunku. Tym bardziej że
- moim zdaniem - ludzie skupieni na jakiejś niszy czytają więcej, niezależnie od tego, czy preferują romanse, czy science fiction. Mają większe zapotrzebowanie na lekturę niż to, które
istnieje w przypadku twórczości głównego nurtu. Dodajmy jednak, że często mamy do czynienia z rodzajem snobizmu - to, co odnosi sukces komercyjny, nie może być przecież dobre. Tymczasem
ktoś, kto nie czyta regularnie romansów, nie wie jak znaleźć wśród ogromnej ilości pozycji te, które naprawdę są wartościowe. To samo dotyczy science fiction i fantasy - najlepsze dzieła
tego gatunku także bywają znakomite. Spychanie fantasy na margines literatury bierze się przede wszystkim z lenistwa i niechęci do przekraczania granic przyzwyczajenia. Taka jest dla twórcy cena
pisania tego typu książek.
Myślę, że pomaga. Powodem wyboru było przede wszystkim to, że wojny napoleońskie były konfliktem w ramach cywilizacji wysoko rozwiniętej technologicznie, ale jeszcze nie technokratycznej.
Smoki nie przewyższają mocą dział prochowych. Gdybym umieściła akcję później, np. w czasach I wojny światowej, smoki byłyby za słabe w porównaniu z działami przeciwlotniczymi. Ich
starcia ze statkami albo artylerią są dużo ciekawsze. Poza tym kocham okres wojen napoleońskich. To moment historyczny, w którym wiele zaczęło się zmieniać, nabierać znanego nam dzisiaj
kształtu. Już wówczas mamy kapitalizm, niewolnictwo, spory o prawa człowieka, narwanych rewolucjonistów. Wtedy też świat zaczął stawać się mniejszy - powstawały wiarygodne mapy
kontynentów, choć ludzie wciąż nie wiedzieli, co kryje się w głębi Australii czy Afryki. To interesujące także dla nas, bo żyjemy w epoce, kiedy komunikacja globalna nie stanowi żadnego
problemu. Wydaje mi się, że te dwa momenty historyczne - tamten i nasz - współgrają ze sobą.
Oczywiście. Matka zawsze mówiła, że Polska musi być wolna. To zresztą jedna z tych rzeczy, które wzbudzają we mnie ciepłe uczucia dla Europy. Matka jest Polką, ojciec pochodzi z Polski i
Rosji (jest Żydem z Litwy - przyp. red.). Zawsze czułam się trochę Amerykanką, a trochę Europejką, posiadając korzenie na obu kontynentach. Kiedy dorastałam, czytałam dużo literatury
brytyjskiej, uczyłam się francuskiego. Dlatego jestem bardzo związana z Europą. Ludzie często mnie pytają, dlaczego bohaterem uczyniłam brytyjskiego kapitana. To nie była dla mnie do końca
świadoma decyzja.
Wybrałam je, bo są cool (śmiech).
Tak, oczywiście. Kiedy byłam mała, miałam komiks, w którym występował uczeń szewca i owca pełna prochu. Podłożył owcę smokowi, ten ją zjadł, a później wybuchł. A uczeń szewca
zrobił sobie z jego skóry buty. Widziałam nawet Smoka Wawelskiego, gdy byłam w Krakowie.