Marek Nowakowski: Oczywiście mogłem wydać „Syjonistów”, których pierwotny tytuł brzmiał „Jak ja zazdroszczę Cyganom”, już w 1968 roku. Książka przez Jugosławię dotarła do Paryża, do Jerzego Giedroycia. A że była gorącą, aktualną relacją z kraju, zależało mu na jak najszybszym druku. Konstanty Jeleński prowadził nawet wstępne rozmowy na temat przekładów na obce języki. Targałem się z myślami dzień i noc – wydać czy nie wydać? I postanowiłem nie wydawać.
Zdawałem sobie sprawę, że ta książka rozpęta burzę. Być może wywoła nawet międzynarodowy oddźwięk. PRL-owskie gazety będą pisać, że jestem zdrajcą, jurgieltnikiem, który za pieniądze wywiadów – złych, potwornych, imperialistycznych, na czele z CIA – wydaje książkę szkalującą dobre imię Polski. To wszystko spotkało mnie wiele lat później, gdy napisałem „Raport o stanie wojennym”. Po Marcu ’68 może nie siedziałbym w więzieniu, ale nie istniałbym już jako pisarz, zostałbym sprzedawczykiem. Mógłbym oczywiście zostać na emigracji, bo byłem wtedy w Paryżu, ale to nigdy mnie nie interesowało. Wiedziałem też, jaką reakcję wywołałyby u mnie działania władzy po wydaniu „Syjonistów do Syjamu”. Obudziłaby się we mnie wściekłość i nienawiść do tej władzy, która tak mnie gniecie. I wtedy bym się – siłą rzeczy – zmienił w pisarza stricte politycznego. A ja miałem inną wizję swojego pisania, potrzebę, żeby to, co robię, było literaturą, nie publicystyką. Pan Jerzy to zrozumiał. Skończyło się na tym, że kilka tekstów, osiem czy dziewięć, wydrukowałem w „Kulturze” pod pseudonimem.
Wciąż coś pisałem, miałem inne sprawy i nie myślałem o tej książce. Przypadek sprawił, że dwa lata temu, już po śmierci Jerzego Giedroycia, Jacek Krawczyk z Instytutu Literackiego odnalazł teczkę z pieczęcią „Kultury”, a w niej moje teksty. No i przesłał mi to do kraju. Pożółkły papier, część pisana na maszynie, rękopisy ze spłowiałym atramentem...
Pomyślałem, że to dobre. Jest w nich uchwycona charakterystyka tamtych czasów, realiów. Tego, co się działo na dole, a nie na górze – tam mieliśmy Marzec, rozważania, dotknięcie heglowskie, intelektualistów wyzwalających się z komunizmu, bo zobaczyli nagle, że komunizm to zło, które wyzwala antysemityzm. A ten antysemityzm przecież zawsze był w komunizmie obecny. Teraz toczą się debaty o Marcu, w których nie ma nic z nastroju życia, ulicy, zwykłych ludzi – robotników, urzędników, partyjniaków, bezpartyjnych, fajnych ludzi, strachliwych, odważnych. Nie mówi się o tym, jak oni to odbierali. Jak partia sączyła od góry ten jad antysemityzmu.
Działanie partyjnej góry było jednym z motywów tamtych wydarzeń. Drugim był antysemityzm istniejący w nas, jak w każdym narodzie. Przypomnę panu Francję, wspaniałą, światłą. Jak się zachowywała podczas okupacji? Jak wyglądał rząd Vichy pod Petainem? U nas też były takie tendencje, chociaż nigdy nie istniał antysemityzm fizyczny w rodzaju pogromów jak te w Rosji carskiej, rzezie Żydów dokonywane podczas okupacji rękami Węgrów w Budapeszcie czy Litwinów w Kownie.
Przez całe lata PRL-u – można tu wliczyć i okupację – strasznie nas deprawowano, niszczono. Wszystko było nam podawane centralnie, odgórnie. Kraj był biedny, zdewastowany, a nasze narodowe schizofrenie powstawały przez brak wolności. Ludzie nie mogli wyrażać tego, co myślą, wszystko było stłamszone, mówione szeptem w domu. Marzec ’68 stał się rodzajem ciemnego, dziwnego wyzwalacza emocji. A antysemityzm okazał się przepustką do kariery. Niżsi partyjni działacze chcieli wygryźć wyższych rangą i zająć ich stołki. To się rozprzestrzeniało, niekoniecznie tylko na ludzi partyjnych.
Oczywiście, ale to też książka wydana z chęci przypomnienia pozytywnych wydarzeń, tego, co w ludzkich zachowaniach dobre. To się dziś zupełnie zaciera, nawet w pamięci świadków tamtych wydarzeń. Życie codzienne z 1968 roku zupełnie nam umknęło. Dlatego wydałem „Syjonistów do Syjamu”. Podejmowano ten temat od strony ideowej, światopoglądowej, a sam szczegół, materia ludzkich, zwykłych zachowań pozostaje niewidoczna.
Na pewno dziś byłoby bardzo trudno. Taką książkę – biorąc pod uwagę dzisiejsze doświadczenia – mogłoby się przeintelektualizować. Łatwo można sprawić, że będzie to fałszywa literatura, w której prawda zostanie zatarta przez subiektywny zapis emocji. Wtedy otrzyma się jednostkową relację, a mnie chodziło o wizję wspólnotową. Zależało mi na uchwyceniu całości, wielogłosie, zapisie świata, który wtedy istniał.
Jeśli ma się pasję do pisania o minionych czasach, grzebania, rekonstruowania przeszłości, to można. Niestety dotychczas młodzi pisarze nie stworzyli nic takiego. Jako przykład, że to da się zrobić, wspomnę choćby Jonathana Littella i jego „Łaskawe”. Oto Amerykanin związany z Francją, piszący po francusku, tworzy książkę dającą ciekawy, bardzo złożony portret Niemca zaangażowanego w najgorsze działania aparatu hitlerowskiego. Ta książka jest silna i niezwykle sugestywna.
Tu ciągle są jakieś jednostronne racje i właśnie je ilustruje literatura. To jest pułapka. Gdy pisze się tego rodzaju historię, kiedy rekonstruuje się zamierzchłą przeszłość, trzeba być wolnym i otwartym. Trzeba być autorem typu „ucho i oko”, pisać o tym, co się odbiera, i z tego budować historię. Nie wolno mieć odgórnych założeń, celu, tez. W taki sposób nie powstanie prawdziwa literatura.
Sprawdź tę książkę w sklepie >