Kiedy po raz pierwszy zetknęła się pani z twórczością Meli Muter?

Reklama

Karolina Prewęcka: Tak naprawdę odkryłam ją dwa lata temu na wystawie "Bezcenne" w Muzeum Narodowym w Warszawie. Pokazywano na niej dzieła odzyskane po drugiej wojnie światowej, w tym grafiki Ignacego Łopieńskiego. Był wśród nich portret Meli Muter, który przyciągnął mój wzrok. Od tego czasu zaczęła się moja świadoma wędrówka z Melą i z jej twórczością. Zaintrygowała mnie ona do tego stopnia, że postanowiłam napisać jej biografię.

Biografię artystki, którą niewiele osób w Polsce zna. Dlaczego została ona zapomniana na tyle lat?

Myślę, że wpływ na to miała jej niezależność i artystyczna wierność swojej sztuce. Po wojnie stała się po prostu niemodna. Jej styl nie był stylem awangardowym. Poza tym nie była osobą, która potrafiła się ugiąć pod opiniami krytyków, historyków sztuki, środowiska artystycznego czy klientów, którzy mogliby kupować jej obrazy. Nie pozwalało jej na to poczucie własnej wartości. Doskonale wiedziała, co i jak chce malować.

Ale to samo można by powiedzieć o Oldze Boznańskiej, która żyła niemal w tej samej epoce i która zawsze była obecna w świadomości odbiorców, nie tylko historyków sztuki.

Na to, że przestano się Melą Muter interesować, wpłynęło na pewno wiele czynników. Jednym z nich mógł być fakt, że była Żydówką.

Reklama

Z jakiego domu pochodziła?

Z bardzo zamożnego. Urodziła się w 1876 r. w kamienicy stojącej przy ul. Leszno w Warszawie. To był bardzo dobry adres, ulica ta nazywana była Żydowską Marszałkowską. Jej ojciec Fabian Klingsland był bogatym kupcem, który chciał realizować marzenia swoich dzieci. A marzeniem Meli było zostanie artystką. Uczyła się grać na pianinie, chodziła na lekcje rysunku. To był dom, w którym bywali pisarze, tacy jak Jan Kasprowicz, Władysław Reymont, Leopold Staff.

W tym ostatnim Mela zakochała się na zabój.

Tak, ale to stało się trochę później, kiedy była już mężatką i miała małego synka. Choć nie wiemy dokładnie, kiedy tak naprawdę zaczął się ich romans. Możliwe, że to uczucie wybuchło w Paryżu, albo we Lwowie, gdzie malarka miała na początku wieku wystawę. Staff pochodził stamtąd i mógł być wtedy jej przewodnikiem po mieście. Oni mieli podobną wrażliwość, tkwiącą w nich nutę melancholii, co pewnie ich do siebie przyciągnęło i sprawiło, że zakochali się w sobie. Musieli ukrywać to uczucie, choćby ze względu na męża Meli, Michała Mutermilcha. Możliwie, że to Kasprowicz pomagał im w organizowaniu schadzek. Skończyło się to dramatycznie, bo w pewnym momencie Michał przyjechał do Zakopanego, gdzie zakochani umówili się na spotkanie, i postawił żonie ultimatum. Kazał jej wybrać między nim i synem, a Leopoldem. Ona wtedy wyjechała do Florencji, żeby się namyślić. Nie wiemy, czy tam doszło do próby samobójczej czy może to był wypadek. W każdym razie poważnie oparzyła się płomieniem kuchenki. Gdy doszła do siebie, wróciła do Michała, ale ich małżeństwo miało już bardzo kruche podstawy.

O tym, że cierpiała z powodu nieszczęśliwej miłości, świadczy obraz "Portret poety", którego reprodukcję możemy zobaczyć w pani książce. Na pierwszym planie jest na nim Staff, za którym kryje się twarz słynnej wówczas samobójczyni.

To była nastolatka, która utopiła się w Sekwanie, gdyż źle ulokowała swoje uczucia. Na tym symbolicznym obrazie Mela nadała jej własne rysy. Staff jest na nim bardzo poważny, nostalgiczny, ona wyłania się z czerni.

Podobnie symboliczny był obraz "Gra w szachy", na którym naprzeciwko siebie, przy rozłożonych na szachownicy pionkach, siedzi Michał i Leopold.

Można go interpretować tak, że obydwaj panowie rozgrywają partię szachów o Melę. Ten obraz powstał w czasie, w którym Michał Mutermilch jeszcze nie wiedział, co się święci. To były czasy, kiedy dobrze im się żyło w Paryżu. Mela malowała w swojej pracowni, Michał pisał opowiadania, tłumaczył różne teksty, pisał artykuły, wstępy do katalogów wystaw żony. Utrzymywali ich jej ojciec, dzięki czemu wiedli dostatnie życie.

A jak na początku XX wieku przyjmowano w Paryżu sztukę Meli Muter?

Krytycy zauważali, że jest to to artystka wyrażająca ową "gorączkę życia", która stała się tytułem mojej książki. Jej pociągnięcia pędzlem były zdecydowane. Była pewna siebie, gwałtowna, ale wszystko co robiła było przemyślane. Ona swoją gwałtowność w malarstwie potrafiła okiełznać. Tak więc od początku pobytu w Paryżu towarzyszył jej zachwyt, choć nie przekładał się on na powodzenie finansowe. Przyszło ono dopiero w latach 20., kiedy stała się znaną portrecistką i nie musiała już korzystać z pieniędzy ojca.

A dlaczego nazywano jej malarstwo "męskim"?

Ponieważ bazowano na stereotypie. Uważano, że kobiety malarki powinny podejmować łagodne tematy, w powściągliwy sposób. Powinny delikatnie kłaść farby, stosować pastelowe kolory… Ona była inna.

Wspomniała pani, że w pewnym momencie stała się modną portrecistką. Ale sama też była często portretowana. Co na to wpłynęło?

Zachwycała malarzy swoją urodą, posągowością. Miała blisko metr osiemdziesiąt wzrostu, co było bardzo dużo jak na tamte czasy. Poza tym doskonale wiedziała, jak pozować. Sama się przecież tym zajmowała i dzięki temu potrafiła ułatwić pracę kolegom. Poza tym możemy się domyślać, że przyciągała ich opinią femme fatale. A mogło się to wziąć stąd, że Maurycy Leopold Gottlieb z Mojżeszem Kislingiem pojedynkowali się o nią w Lasku Bulońskim. Ich pojedynek został nawet utrwalony na filmie, który jednak nie przetrwał do naszych czasów. Zachowała się tylko jedna fotografia, która przedstawiała walczących ze sobą panów. To działo się tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej.

Jaki wpływ wywarła na twórczość Meli Muter ta katastrofa dziejowa?

Wojna odbiła się nie tylko w jej twórczości, ale też w poglądach. Namalowała wtedy "Portret niewidomego żołnierza", który zamieściłam w książce. To był polski oficer, któremu gaz na polu bitwy wypalił oczy. Malarka tym płótnem protestowała przeciwko temu, co się działo. Powstało wtedy też wiele antywojennych rysunków, które drukowane były w pacyfistycznym piśmie "Clarté". Związany z nim był jej kolejny ukochany mężczyzna Raymond Lefebvre, dla którego rozwiodła się z mężem. Był on działaczem komunistycznym o ambicjach międzynarodowych, współtworzył III Międzynarodówkę.

Czy ona przejęła jego lewicowe poglądy?

One zawsze gdzieś w niej tkwiły, choć nie były manifestowane. Ujawniały się przez podejmowane tematy związane z biedą, robotnikami, zapracowanymi, żyjącymi w ciężkich warunkach ludźmi. Raymond był innego kalibru lewicowcem.

W tym czasie w jej pracowni bywał Picasso, Chagall, Matisse… Czy oni cenili twórczość Meli?

Z tego co wiemy, tak. Zwłaszcza Matisse, który wyrażał się o niej w samych superlatywach. Oni bywali w pracowni Meli, ale ona nie była specjalnie skłonna do życia towarzyskiego. Nie lubiła przesiadywać w kawiarniach czy urządzać przyjęć. Choć dotarłam do artykułów w ówczesnej brukowej prasie paryskiej, które donosiły, że u pani Muter odbyło się przyjęcie, na którym były wielkie artystyczne osobowości: Chagall, Pascin, Barbusse czy amerykański kompozytor Edgar Varèse.

Spotykała się też z Rainerem Marią Rilkem. Co przyciągnęło do siebie te dwie indywidualności?

Poznali się w Paryżu. On podszedł do Meli i powiedział, że ją zna. Ona go też od razu rozpoznała, bo był już sławny w niektórych kręgach. Ta znajomość polegała na wzajemnym zafascynowaniu wrażliwych dusz. Ale pewnie też na czymś więcej. Korespondowali ze sobą, zachowało się kilka ich listów. Nie wiadomo do końca, czy to Mela była ostatnią muzą Rilkego czy może Marina Cwietajewa.

Czy malarka utrzymywała kontakt z Polską?

Tak, zawsze uważała się za polską artystkę. Protestowała, kiedy pisano, że jest Rosjanką. Przyjeżdżała do Polski i to nie tylko ze względu na rodziców czy rodzeństwo. Miewała tu wystawy, kolekcjonerów, którzy kupowali jej obrazy i przyjaciół. Kiedy zdecydowała się przejść na religię chrześcijańską, poprosiła Władysława Reymonta i jego żonę Lili, by zostali jej rodzicami chrzestnymi.

Czy jej pochodzenie żydowskie, mimo konwersji, sprawiło, iż trudno jej było przetrwać II wojnę światową?

Bez wątpienia tak. Podobnie jak wielu Żydów wyjechała z Paryża. Znalazła się w Awinionie, gdzie też nie było bezpiecznie, choć znajdował się on w obrębie państwa Vichy. Jednak kolaboracja kwitła tam na szeroką skalę. Miała się więc czego obawiać. Jednak pracowała, uczyła w szkole. Była lubiana i wiele osób jej pomagało. Odwdzięczała się im obrazami. Z tego okresu pochodzi portret kucharza, który mógł ją karmić, portret pani, która jej wynajmowała gratis mieszkanie. Pokochała Awinion, wracała do niego też po wojnie. Dostała tam swoją letnią pracownię. Należała też do towarzystwa artystycznego działającego na południu Francji. W Paryżu nie miała łatwej sytuacji. Szybko okazało się, że jej dom nie jest już jej domem. Chciała go odzyskać, ale zajął go lokator, modny wówczas malarz Jean Dubuffet, który nie zamierzał się z niego wyprowadzać. Z tego powodu zapadała się coraz bardziej w sobie. Doszły do tego kłopoty finansowe, przeprowadzki z pracowni do pracowni, samotność, która towarzyszyła jej aż do końca lat 50. Dopiero wtedy Bolesław Nawrocki junior wyciągnął na światło dzienne jej obrazy.

Ostatni portret, jaki namalowała, przedstawia tego młodego człowieka. Kim on był dla niej?

Był on synem Bolesława Nawrockiego, sąsiada Meli w Paryżu na początku XX wieku. To był też malarz, który wtedy ją sportretował. Bolesław junior wspominał, że gdy był mały i grał na pianinie, portret pięknej nieznajomej wisiał nad instrumentem. Kiedy dorósł i został prawnikiem, dowiedział się, że Mela żyje. Odnalazł ją. Zaprzyjaźnili się i on się nią zajął. Pomógł jej załatwić operację oczu, opiekował się jej obrazami, które były rozproszone, organizował jej wystawy. Stał się kimś w rodzaju menadżera. Po jej śmierci wykupił znaczną część obrazów, które ona zapisała fundacji opiekującej się sierotami, i stworzył z nich własną kolekcję.

Dopiero teraz dzieła Muter stały się obiektem pożądania kolekcjonerów. Pisze pani, że na aukcjach osiągają zawrotne sumy. Dlaczego w tym momencie?

Kolekcjonerzy, tacy jak choćby Wojciech Fibak, kupowali jej obrazy już w latach 90. Ale to działo się w zamkniętych kręgach znawców. Dopiero wystawa w Warszawie w 2016 r. sprawiła, że wzrosło zainteresowanie jej twórczością.

Gdzie można zobaczyć jej obrazy?

Na przykład kilkanaście z nich znajduje się w podwarszawskim Konstancinie, w Villi la Fleur. Należą one do prywatnej kolekcji Marka Roeflera, który w wyznaczonych dniach tygodnia udostępnia ją zwiedzającym. Uważam, że powinna jednak zostać zorganizowana duża wystawa jej obrazów. Ostatnio dochodzą mnie słuchy, że niektórzy kolekcjonerzy już trochę o tym myślą.

Rozmawiała Magda Huzarska-Szumiec

Karolina Prewęcka – dziennikarka, autorka m.in. wywiadów rzek z Bohdanem Łazuką i Stanisławą Celińską oraz książki "Mag" o przedwojennym jasnowidzu Stanisławie Ossowieckim. (PAP)