Magdalena Rigamonti: Czy to terapia?

Reklama
Karolina Jonderko: Tak, dla większości kobiet to terapia. Proszę wziąć na ręce. O, dobrze pani trzyma, tak jak powinno się trzymać dziecko. O, główka podtrzymana.
To pani lalka?
Moja. Eksponat. Nie, sama nie jestem częścią projektu, który fotografuję od sześciu lat. Tę lalkę pokazuję w czasie spotkań autorskich czy wernisaży, by ludzie mogli ją potrzymać, dotknąć. Pod łóżkiem ją trzymam, w walizce.
Wygląda jak prawdziwe dziecko. Tylko można pomyśleć, że nieżywe.
Kiedy robot wygląda jak maszyna, to luz, nie mamy z tym problemu. Ale jak na robota nałoży się twarz przypominającą ludzką, a do tego cały wygląda jak człowiek, to od razu w wielu z nas pojawia się strach, ba, nawet chęć jego zniszczenia. Takie nastawienie często dotyczy także tych lalek, które wyglądają jak ludzie, jak dzieci, a nimi nie są. Niektórzy boją się sztucznych niemowlaków, nie są w stanie zrozumieć, że ktoś może chcieć je mieć, opiekować się nimi, traktować nie tylko jak lalki.
Jak dzieci?
Jak prawie dzieci. Mnie zainteresowało to, jaką siłę terapeutyczną może mieć ten przedmiot.
Ta lalka to przedmiot?
Tak, to przedmiot, który ma niezwykłą siłę, bo coś robi z naszą głową. Zwykłą lalkę można rzucić, wziąć za nogę, ciągnąć po ziemi, ale tej nie. O tę trzeba się troszczyć. To odruch. Jeden z moich kolegów wziął ją na ręce i od razu patrzył na nią jak tatuś. Badania pokazują, że trzymanie na rękach pachnącego sztucznego niemowlaka uspokaja. W Anglii wykorzystano te lalki w domu starców. Opiekowali się nimi ludzie z demencją i alzheimerem, w efekcie podawanie leków uspokajających zmniejszyło się o 73 proc. Fascynujące, prawda?
Pani nie opowiada w swoich zdjęciach o ludziach starszych z demencją, tylko o kobietach, które w domach mają lalki wyglądające jak niemowlaki.
Opowiadam o tym, że ten przedmiot może pomóc. Psychologia w Polsce na razie nie zgłębia tego tematu, a ja wiem, przekonałam się przez ostatnie sześć lat, bo już tyle czasu towarzyszę moim bohaterkom, że często lalki mają działanie terapeutyczne. Jedna z moich bohaterek ma piątkę dzieci. Szóste poroniła. Opowiadała, że miała wielką pustkę po powrocie ze szpitala, szukała sposobu, jak sobie z nią poradzić – i znalazła te lalki. Jej najmłodsza córka też tę lalkę polubiła. A synowie często ją noszą. I uwaga, zdarzyło się, że byli wyzywani od pedałów. Niesamowite, że ludziom nie przeszkadza, że chłopiec biega z pistoletem i celuje do innych, a przeszkadza, że nosi lalkę, uważają, że to coś złego. Tak naprawdę dzięki tej lalce chłopcy stają się czulsi i bardziej opiekuńczy – wyrosną na dobrych mężczyzn, mężów i ojców. Tak, ci chłopcy wiedzą, że to lalka. Nikt im nie wmawia, że to braciszek. Kiedyś jechałam z tą rodziną autobusem. I nagle lalka wypada jednemu z dzieci z rąk. Jezus Maria, wrzask, cały autobus spanikowany, kierowca daje po hamulcach, jeden z chłopców bierze tę lalkę za nogę, pasażerowie piszczą. Pamiętam, że miałam ciśnienie tysiąc. Uspokajaliśmy ludzi, pokazywaliśmy, że to lalka, że się nie rusza, że to winyl, tylko tak specjalnie zrobiona.