na podstawie Tybetańskiej Księgi Umarłych (Bar-do Thos-grol),
reż. Krzysztof Garbaczewski,
Teatr Polski we Wrocławiu
Premiera 6 marca
p
Widz spodziewa się nazwania istotnej relacji pomiędzy życiem i śmiercią. Tuż za drzwiami pobudzony nowymi mediami ogląda tylko teatralną zabawkę. Raz wideoklipowe, nieudolnie opisywane kamerą, raz nużące, banalne aktorsko scherzo na temat buddyjskiego transu, szpitalnej śmierci, seksualnej przemocy i bliżej niesprecyzowanej apokalipsy teatru.
Nie ma powodu, aby dąsać się na artystów, skoro nic innego nie mogą powiedzieć niż chcą tego władcy mediów. Pewnie dlatego Garbaczewski dał w swoim spektaklu cztery proste scenki, z których nie wynika nic nowego, a ich 80-minutowe przeplatanie prowadzi tam, gdzie byliśmy już ze sto razy na innych spektaklach. Oto konkluzje szamotania się po scenie i : artystyczny teatr minionych dekad przegrywa z serialami, seksualność współczesna jest zazwyczaj brutalna i szczenięco zmysłowa, a demonizm psychoterapeutów i ryty kulturowe warte są funta kłaków.
Aktorzy mruczą coś pod nosem o swoim losie, powtarzają pseudofilozoficzne szmoncesy, bredzą o roli sztuki. Tylko nie bredzi i nie mruczy, bo ukazał się w źle skrojonym garniturze w czarnej dziurze zascenium na minutkę i przepadł do czasu końcowych oklasków.
Sala ożywiła się na chwilę podczas hedonistycznej orgii seksualnej. Fakt, gejowski gwałt przy pomocy taboretu i mnie wydał się odkrywczy. Niestety, zadek artysty nie zmieścił siedziska w siedzisku, więc zabrakło sensacji. I być nie mogło. Być nie miało. Bo Reżyser, że coś zamierza. Aktorzy, że coś grają. Postaci, że coś mówią i wyrażają. Autorzy programu i strony internetowej – że doznajemy nowych jakości estetycznych.
Wszyscy są hipokrytami. . Szydzą na niby. Gwałcą na niby. Myślą na niby. Widzowie klaszczą na niby. Teatr-zabawka. Teatr-manifestacja zblazowania. Tasowanie wzorów i rekwizytów: szpitalne łóżko, światła dyskoteki, kostiumy z parady miłości. Więc teatr swoiście ubogi. Ale i zaskakująco bezradny w filozoficznym transie. Zaskakująco banalny i wtórny plastycznie. Nijaki wobec zapisów Bruegla, Velazqueza, Grosza, Bacona. A literatura, muzyka, a kino? Ileż tam wybitnych wizji stanów „pomiędzy”.
Więc nie czepiam się artystów. Widać tak nie musieli. Ale też sądzę, że nirwana, jakkolwiek pojęta, wywodzi się z ludzkich głów, nie z zadków. I choćby to były najbardziej seksowne zadki aktorów wrocławskiego Teatru Polskiego, optuję za głowami.