Mikołaj Rej "Kupiec"

Reklama

Reż: Michał Zadara

Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Premiera 8 maja

p

Hasłem spektaklu jest fraza „nie ma”. Krzysztof Zarzecki opowiada, co jest w tekście Reja: taka scena, inna scena, taka postać, inna postać, powinny być prawdziwe dekoracje. A Zygmunt Józefczak kwituje: nie ma, też nie ma, tego nie będzie. Przypomina to pijacki monolog Adolfa Dymszy o dziwnym samochodzie: kół nie było, kierownicy nie było, siedzenia też nie było – tylko stoi jakiś facet i leje po mordzie. Co zatem było?

Ano – parada atrakcji. Tekst Reja, a właściwie to co z niego zostało, posłużył Zadarze do znanych już reżyserskich „grepsów”. Na kurtynce oddzielającej scenkę od ulicy Jagiellońskiej wyświetlono nam fragment „Czasu Apokalipsy” Coppoli, ale z polskim dubbingiem. Marlona Brando „podkładał” Józefczak, tekstem Mikołaja Reja. Dlaczego scena akurat z „Czasu Apokalipsy”? Pewnikiem dlatego, że mordują złego Brando, siekiera tnie powietrze, a Jim Morrison z The Doors bardzo ładnie zawodzi „This is the end”. Jest więc śmierć, mowa o końcu – to i skojarzenie pcha się na scenę. Równie atrakcyjny jest brechtowski efekt obcości, który w „Kupcu” odkryli twórcy. Z fragmentu ich wypowiedzi puszczanych z offu dość jasno wynika bowiem, że Rej studiował pilnie u Brechta. Są więc „kopernikańskie przewroty” teatrologiczne, a żeby było jeszcze ciekawiej – reżyser przenosi część akcji na ulicę Jagiellońską. Kurtynka odsłania okno, a za nim Józefczaka i Zarzeckiego dialogujących pomiędzy przechodniami albo przejeżdżającymi samochodami. Najżywszą reakcję widzów wyzwalają niezbyt mądre miny mimowolnych świadków ich występu, co trafem akurat znaleźli się na Jagiellońskiej. Reżyser mógł od razu zaplanować happening, a nie posługiwać się Mikołajem Rejem.

W anegdotę poszły już wykłady Sztarbowskiego i Zadary. Na premierze usłyszeliśmy ich z offu w radiowej audycji. Zajęła dobrą trzecią część wieczoru. Gdy wyjaśniali powody, dla których zajęli się mało znanym tekstem Reja, Józefczak i Zarzecki robili miny, udając obu panów. Panowie tymczasem podziwiali z taśmy jędrność języka, śmiałość rymów Reja, a ich szczególny zachwyt wzbudził „biskupa-dupa”. Że mamy do czynienia nie z byle kim – o tym przekonywali nas, gęsto sypiąc Wittgensteinem i Heideggerem. Dokonany przez nich wybór fragmentów „Kupca” przypomina jednak metody prelegentów kilka dekad temu wysyłanych w tzw. teren celem krzewienia ateizmu. W ten sposób z żarliwego protestanta uczynili pisarza, jak to się mawiało w epoce, którą, jak się wydawało, pożegnaliśmy 20 lat temu, „słusznego i postępowego”. A wyrażane przez nich zdumienie, iż „Kupca” nigdy nie wystawiono, bo ma 10 tysięcy wersów, czyli pewnie za długi – musi nieco dziwić. Nie długość utworu o tym decydowała, Średniowiecze, do którego Rejowi całkiem jeszcze blisko, znało dramaty liczące nie 10, lecz 70 tysięcy wersów. „Kupiec” osadzony jest w popularnej w Średniowieczu i Renesansie formie zwanej dialogiem, tej samej co słynna „Krótka rozprawa...” czy dużo wcześniejsza „Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią”. Choć dialogowane – przeznaczone były do lektury.