Wierzy pan w duchy?

Niespecjalnie. Dlaczego pan pyta?

Pana najnowszy komiks, „Halloween Blues”, jest skrzyżowaniem czarnego kryminału z II częścią „Dziadów” Adama Mickiewicza.

Cha, cha, cha. Głównymi postaciami „Halloween Blues” są inspektor policji Forester Hill i jego zamordowana żona, hollywoodzka gwiazda filmowa; oboje szukają jej zabójcy. Obecność ducha Dany nie tylko dodała realistycznej opowieści odrobinę mistycyzmu, ale też pozwoliła złamać schemat klasycznego thrillera i nieszablonowo rozwinąć ideę czarnego kryminału. Żeby narysować taki komiks, nie trzeba wierzyć w duchy, ale w scenariusz.

A wierzy pan w to, że jest pan po Grzegorzu Rosińskim najsłynniejszym na zachodzie Polakiem, rysującym komiksy? W swoim dorobku ma pan jednak tylko trzy serie: „Yans”, „Podróżnicy” i „Halloween Blues”. Przeciętnemu czytelnikowi ta liczba może wydać się niezbyt wygórowana…


Faktycznie, pod względem obszerności dorobku nie mogę się równać z moim dobrym przyjacielem André-Paulem Duchâteau, scenarzystą „Yansa”. On ma 84 lata i na koncie kilkanaście powieści i sztuk teatralnych, i ponad 300 scenariuszy komiksowych. W tej chwili na przykład jest na etapie 77 tomu „Ric Hocheta”, czyli swojej najbardziej znanej i najdłużej, bo już od 53 lat kontynuowanej serii. Ale on zaczynał jako 15-latek. Ja, debiutując na rynku frankofońskim, miałem na karku prawie czterdziestkę i połowę włosów na głowie (śmiech). Siłą rzeczy moja twórczość wygląda w liczbach mniej efektownie. To jednak tylko pozory. Bo wprawdzie przez ostatnie 17 lat narysowałem trzy serie, ale razem z „one shotem” „Shooting Star Marilyn Monroe” było tego w sumie 17 albumów.

To dużo czy mało?

Uczciwie. Życzeniem wydawcy jest wyegzekwować od autora jeden album rocznie. Mówimy bowiem o dużym poziomie skomplikowania historii i rysunku realistycznym, który wymaga o wiele większego nakładu pracy niż humorystyczny. Niewielu realistycznych autorów jest w stanie narysować dwa albumy rocznie. W dodatku każda seria wymaga miesięcy, a czasem nawet lat studiów. Na przykład siedem lat pracy nad „Halloween Blues” musiałem poprzedzić 18 miesiącami przygotowań, gromadzenia dokumentacji i poszukiwania sposobu opowiedzenia tej historii.

Jak to wygląda? Ogląda pan filmy czy studiuje archiwa?

Wszystkie środki są dozwolone, ale najlepszymi źródłami są kino i Internet. Na literaturę zazwyczaj nie starcza czasu. Aby stać się specjalistą od Ameryki lat 50., nie wystarczyło obejrzeć 10 najlepszych czarnych kryminałów. Musiałem na półtora roku kompletnie zniknąć z rynku i zgłębiać takie dziedziny jak: moda, samochody, a nawet jak powinno wyglądać opakowanie mleka, które bohater wyciąga z lodówki. Roboty było sporo, bo fabuła rzuca bohaterem ze stanu do stanu, a każdy z nich ma inną specyfikę. Trzeba było ją uchwycić, żeby dobrze oddać nastrój opowieści. I to niekoniecznie w ujęciu encyklopedycznym , bo na przykład Dana nie ma swojego pierwowzoru w historii kina, ale jest konglomeratem różnych gwiazd Hollywoodu. W bujnych kształtach jej ducha wprawne oko dostrzeże cechy Marilyn Monroe, Grety Garbo czy Rity Hayworth.

Nastrój nastrojem, ale ilu czytelników zwraca dziś uwagę na takie szczegóły jak mleko w lodówce bohatera?

Zdziwiłby się pan jak wielu. Jeśli rysownik nie przywiązywałby wagi do detali, groziłaby mu śmieszność i utrata wiarygodności. Bo choć teoretycznie najważniejsza jest fabuła, to w komiksie istotny jest każdy szczegół. Najmniejszy błąd scenografii może złamać rytm opowieści i popsuć czytelnikowi przyjemność lektury. To niewybaczalny grzech. Dlatego musiałem upewnić się, czy w latach 50. mleko butelkowano, czy może już rozlewano w kartony. Nawiasem mówiąc, pakowano je w kartony (śmiech).

Co stanowi o wielkości rysownika komiksów: wierność odwzorowywania detalu, nakład jego komiksów czy może… szczęście?

Wszystkiego po trochu. Frankofoński rynek komiksowy jest duży, ale sukces nie jest dzielony równo. Sprzedaż „Asteriksa” i „Tieteufa” jest liczona się w milionach egzemplarzy, „XIII” Williama Vance’a w kilkuset tysiącach, a mój w kilkudziesięciu. Równocześnie jednak 80 proc. autorów drukuje się w 5 tys. egzemplarzy – nie jest to nakład, z którego da się wyżyć, a przecież liczba sprzedanych egzemplarzy warunkuje kredyt zaufania wydawcy dla autora. Jeśli zaś chodzi o szczęście, to bez niego nie ma czego szukać w tym fachu.

Pan na jego brak chyba nie może narzekać. Zadebiutował pan na zachodzie, przejmując od Grzegorza Rosińskiego popularną serię „Yans”.

Każdy kij ma dwa końce. Faktycznie, wszedłem na salony europejskiego komiksu głównym wejściem i to najszerzej jak tylko można otwartymi drzwiami. Nie musiałem chodzić ze swoimi planszami od wydawcy do wydawcy i czekać na swoją kolej ze sto lat. W tym sensie przejęcie „Yansa” było faktem błogosławionym i dobroczynnym. Ale miało też swoje konsekwencje. Przylepiono mi jednak etykietkę „drugiego Rosińskiego”, której całe lata nie mogłem się pozbyć.

A nie jest wam ze sobą „po drodze”?

Owszem, momentami jesteśmy sobie bliscy stylistycznie, ale nie wynika to z naszych doświadczeń. Obaj jesteśmy rysownikami realistycznymi, obaj wyszliśmy z polskich akademii, wychowaliśmy się na polskim malarstwie i rysunku. Poza momentem, kiedy razem rysowaliśmy piąty tom „Yansa”, nigdy nie naśladowałem stylu Grzegorza. Mimo to aż do wydania „Hallowen Blues” na każdą moją pracę patrzono z tej perspektywy.

To dlatego porzucił pan „Yansa”?

Niezupełnie. Podczas pracy nad X tomem zacząłem mieć wątpliwości, w którą stronę ma zmierzać seria. Obawiałem się, że zastygniemy w tym świecie i staniemy się ramotą. Czas mijał, wraz z rozwojem nauki i kina rosły oczekiwania publiczności, a „Yans” cały czas był mocno wpisany w estetykę lat 80-90 XX w. Z artystycznego wyzwania seria stała się dla mnie sposobem na zarabianie pieniędzy. I choć były one niemałe, ja – jako duch z natury niespokojny – nie potrafiłem nie zaryzykować. Nie chciałem utknąć w jednej szufladzie, nawet za cenę utraty wszystkiego, co wypracowałem sobie przez 10 lat w Belgii. Od tamtej pory strasznie boję się długich serii i pewnie dlatego nigdy nie ciągnęło mnie do zrobienia swojej serii na życie.

Czego?

Serii, która zagwarantowałaby mi spokojną starość. Ale jest już za późno na wykreowanie serii 30-40 albumów realistycznych, bo ludzie nie żyją tak długo, i zdecydowanie za wcześnie na to, żeby się poddać.

Poddać się?

Najłatwiej i najwygodniej byłoby realizować jeden projekt, który ma wierną publiczność. Ale ja nie lubię łatwych rozwiązań i bawi mnie, że co kilka lat, a może nawet częściej mogę zmieniać tematy i szukać nowych form obrazowania. Każda seria jest bowiem wyzwaniem i szansą na przewartościowanie siebie samego. Oczywiście nie są to wielkie rewolucje, bo nie można nagle zacząć rysować Koziołka Matołka. To byłoby nabieranie odbiorcy, a ja tak nie chcę i chyba nie potrafię. A tak moja publiczność może cały czas liczyć się z tym, że czymś ją zaskoczę. Oczywiście, zawsze istnieje ewentualność, że zamierzenia autora rozminą się z oczekiwaniami czytelników. Ale ja cały czas ufam, że gdzieś tam są ludzie, którzy mnie rozumieją.

Czym pan ich zaskoczy po „Halloween Blues”?

Narysuję nastrojową, ale dynamiczną i przede wszystkim dobrze napisaną historię z Paryża przełomu XIX i XX w. Pokażę, że belle epoque nie była dla wszystkich równie piękna. Stąd w moim nowym komiksie znajdzie się miejsce na przestępczość, prostytucję młodocianych –tematy, które znajdują odbicie w naszych czasach, bo jak świat światem istniały obrzeża cywilizacji i ich problemy. Całość rozpisana jest na dwa tomy po 62 strony – jakieś 2-3 lata pracy. Ale ja to traktuję jako formę oddechu, okazję do zwiedzenia obszaru, którego jeszcze nie penetrowałem.

A z drugiej strony pozostania w lubianej przez pana tematyce historycznej.

To chyba kwestia strachu.

Czego się pan boi?

Czuję podświadomy lęk przed dezaktualizacją. Teraźniejszość nie pozwala zdystansować się wobec opowiadanej historii. Poza tym jest tak buzująca, że to, co jest aktualne dziś, nie jest aktualne jutro. Ani tym bardziej za rok, kiedy komiks ukaże się w sprzedaży. Kilkakrotnie proponowano mi współczesne tematy. Nie brałem ich, bo i one mnie nie brały. Już tak źle mnie skonstruowano, że zawsze uciekałem przed codziennością albo w przyszłość, albo w przeszłość. Dzięki temu zawsze byłem zdystansowany wobec opowiadanej historii, a równocześnie zbliżałem się do niej emocjonalnie i artystycznie.

A malarstwo? Kiedyś mówił pan, że to ono pozwala panu realizować swoje artystyczne ambicje.

Niestety, nie mam czasu. Trzeba żyć… Cały czas troszkę maluję, ale już nie dla siebie, tylko do komiksu. Wydania specjalne stają się pretekstem do namalowania drugiej czy trzeciej okładki, do sięgnięcia po inne techniki: po olej, gwasz czy akwarelę. Ale to nie jest malarstwo czyste.

A co nim jest?

Malarstwo dla malarstwa, wynikające z radości tworzenia, w moim wypadku figuratywne. Takie, które jest podyktowane nie wymogami rynkowo-wydawniczymi, ale momentem, jakimś przeżyciem, obrazem, który mnie prześladuje. Malarstwo jest bardziej intymne niż komiks, gdzie chowam się za bohaterem, tematem, konwencją, wymogami rynku. I choć w swoje rysunki wkładam to, co najlepsze, jeśli chodzi o emocje i profesjonalizm, to w przeciwieństwie do malarstwa niekoniecznie są one odzwierciedleniem mojej duszy.

Rozmawiał Hubert Musiał

HALLOWEEN BLUES

scenariusz: Mythic; ilustracje: Zbigniew Kasprzak; przeł. Maria Mosiewicz

Egmont Polska 2009

Ocena: 5.