Wright ma ciekawy życiorys. Urodził się w Londynie, ale gdy był małym chłopcem, jego rodzina przeniosła się do Szkocji. Tam też studiował - w Edinburgh College of Art. Pracuje nie tylko jako plastyk - grał również na gitarze w popularnym zespole Franz Ferdinand.

Wśród turnerowskich laureatów stanowi wyjątek jako malarz. W dotychczasowej 25-letniej historii tego wyróżnienia najczęściej otrzymywali je kontrowersyjni autorzy instalacji i rzeźb, jak choćby Damien Hirst za pracę z rekinem zatopionym w formalinie. Wright przez ostatnie dwie dekady poświęcił się malowaniu prac, których znakiem szczególnym są jednorazowość i krótkotrwałość. Bardzo rzadko maluje na płótnie. Najczęściej pokrywa drobiazgowymi freskami same ściany galerii. Nie planuje swoich obrazów, raczej przygląda się przestrzeni, którą mu przeznaczono, a potem zabiera się do pracy. Czasem jego freski pokrywają całą ścianę, czasem tylko kąt sali. Po zakończeniu wystawy Wright nalega, by zamalowywano jego prace. "To nie jest sztuka na przyszłość, ale na dziś" - mówi.


Właśnie za taką pracę prezentowaną w galerii Tate przyznano Wrightowi Turner Prize. Prócz jego obrazu wystawiono też dzieła trójki innych artystów: ogromną czaszkę wieloryba i grafiki autorstwa Lucy Skaer, zmielony silnik odrzutowego samolotu Rogera Hiornsa, wreszcie lalkowo-teatralną instalację Enrico Davida. Jak jednak wskazywali krytycy, inne prezentacje nieco na tym traciły, ponieważ obraz Wrighta było widać już z innych sal i nie sposób było go przegapić. Ogromny złoty fresk z daleka przypomina nieco rozlany na złożonym na dwoje papierze atrament. Dopiero z bliska widać jednak wielość szczegółów i lekkość malowidła, całą drobiazgową strukturę.

W założeniu Nagroda Turnera ma być pretekstem do dyskusji. Wydaje się, że prace Wrighta dobrze spełniają tę rolę. Już teraz rozgorzał między krytykami ostry spór o to, czy prace brytyjskiego artysty bardziej przypominają freski Tiepola lub Michała Anioła, czy... zwykłe tapety. I dobrze, być może uda się zażegnać zeszłoroczny kryzys, gdy mówiono, że artystyczny Nobel jest najnudniejszą nagrodą świata.

Sam artysta natomiast już planuje, co zrobi z 25 tys. funtów, które otrzymuje laureat nagrody. "Jak każdy mam rachunki do zapłacenia. Sądzę, że nareszcie opłacę część z nich" - powiedział.