„Ars homo erotica” zaczyna się w momencie, w którym w Narodowej Galerii Zachęta dobiega końca wystawa „Płeć? Sprawdzam!”. Te dwa projekty wiele łączy. Obydwa proponują spojrzenie na sztukę z perspektywy teorii gender, przez pryzmat problemów seksualnej tożsamości. Obydwa wywodzą się z dyskursu emancypacyjnego. I wreszcie obydwa można widzieć jako część dokonującego się właśnie podsumowania w dyskusjach o styku sztuki, polityki i seksualności.

Płeć, seksualność i tożsamość stały się w polskiej sztuce wielkimi tematami po roku 1989. Dyskutowaniu tych kwestii przez artystów towarzyszyły spazmy i konwulsje skandali, kontrowersji i narodowej obrazy. Po PRL, w której nigdy tak naprawdę nie było rewolucji seksualnej, została bogata kolekcja obyczajowych tabu. Ich siłę wzmacniał zakorzeniony i argumentowany religijnie konserwatyzm naszej kultury, który doszedł do głosu po upadku komunizmu. W rezultacie mieliśmy tyle tabu, że nie dało się właściwie ruszyć, żeby na jakieś nie nadepnąć.

Jeszcze na początku XXI wieku sztuka w krytyczny sposób podejmująca problematykę cielesności i seksualności, rozwijająca feministyczne i gejowskie dyskursy, była postrzegana jako coś wywrotowego. Czasy szybko się zmieniają i sztukę wczoraj rewolucyjną dziś oglądamy jako akademicką, wystawianą w oficjalnych instytucjach, na wielkich wystawach. Zmianę wyraźnie widać w Zachęcie, w projekcie „Płeć? Sprawdzam”, wystawie poświęconej obrazom kobiecości i męskości w sztuce postkomunistycznej Europy, od powojnia do dziś. Współczesna część wystawy jest zdominowana przez perspektywę feministyczną – i odkrywamy, że to już nie żaden margines, tylko główny nurt.


„Ars homo erotica” to projekt skromniejszy od „Płeć? Sprawdzam!”, międzynarodowej kolubryny, na której dwie setki artystów pokazują kilka setek dzieł. Wystawę w Muzeum Narodowym da się bez trudu ogarnąć w dwie godziny. „Ars homo erotica” na tej skromności wygrywa: zamiast tonąć w niezmierzonym morzu dzieł, można je naprawdę obejrzeć – wystawa jest klarowna, zgrabnie podzielona na tematyczne sekcje, łatwo przyswajalna. I jednocześnie, mimo że na oko wygląda lżej niż „Płeć? Sprawdzam!”, w sensie politycznym jest przedsięwzięciem cięższego kalibru.

Przez problem praw gejów do swobodnego funkcjonowania w przestrzeni publicznej przebiega ideologiczny front, jeszcze przed chwilą bardzo gorący: w końcu wystawa ma miejsce w Warszawie, w której niedawno prezydent zakazywał Parady Równości. Teraz miasto szykuje się do przyjęcia, paneuropejskiej parady EuroPride – to również znak czasu i szybko zachodzących zmian.

Stosunek do homoseksualistów jest doskonałym papierkiem lakmusowym do sprawdzania społecznego poziomu tolerancji. Geje to mniejszość nieusuwalna, obecna zawsze i w każdym społeczeństwie; nieprzypadkowo kwestia publicznych praw homoseksualistów jest przedmiotem gorących starć politycznych; polityka wobec mniejszości gejowskiej jest kluczem do polityki wobec mniejszości w ogóle. Polska nie stała się nagle oazą tolerancji, ale fakt, że taki projekt jak „Ars homo erotica” jest możliwy w Narodowym, pokazuje, że sprawy idą w dobrym kierunku.


Wystawa zaczyna się mocnym, ale zabawnym akcentem. W hallu Muzeum Narodowego witają nas kartoflisko, błoto plus wyłaniające się z niego ziemniaki – archetyp polskiego pejzażu. I rzeczywiście zarys ziemniaczanego pola układa się w kształt mapy naszego kraju. W kartoflanych błotach brodzą figury czterech katolickich księży, którzy usiłują wznieść tęczową gejowską flagę – i wyglądają przy tym zajęciu niemal tak heroicznie, jak znani z ikonicznej fotografii amerykańscy żołnierze zatykający gwiaździsty sztandar na Iwo Jimie w czasie drugiej wojny światowej.

Ta wesoła inscenizacja – bardziej makieta niż rzeźba pełną gębą – to fragment słynnej „Entropy” – satyrycznej instalacji, którą czeski artysta David Czierny wystawił w zeszłym roku w siedzibie Rady Europy, wywołując międzynarodowy skandal i komiczne zamieszanie w unijnej dyplomacji. Wprowadzony przez swawolnika Cziernego dobry nastrój nadaje ton całej wystawie.

„Ars homo eroticę” mogłaby wypełnić po brzegi krytyka homofobii, zmieniając wystawę w forum manifestacji protestu i postulatów. Kurator pokazu Paweł Leszkowicz pomyślał jednak swój projekt inaczej. Zamiast ustawiać się w kontrze do społeczeństwa, podejrzewanego o wysysanie uprzedzeń do osób homoseksualnych z mlekiem matki, Leszkowicz cierpliwie i łagodnie wprowadza widza w gejowską perspektywę artystyczną. Owszem, sekcja rozpoczynająca wystawę nosi nazwę Czas Walki, jest osadzona w teraźniejszości i przedstawia społeczność gejowską w boju o prawo do widzialności, ale to tylko jeden z rozdziałów projektu.

Najciekawsza w koncepcie Leszkowicza jest propozycja odczytania z gejowskiej perspektywy sztuki historycznej. Kurator sięga do magazynu muzeum, wyciąga z niego szkice, ryciny, obrazy. Rozszyfrowuje kody, których artyści nowożytni używali do przemycania homoseksualnych aluzji. Daje krótką lekcję gejowskiej ikonografii, w której przedstawienia męczeństwa świętego Sebastiana, porwania Ganimedesa czy też czułego braterstwa broni Achillesa i Patroklesa należą do najbardziej znanych sposobów zaklinania homoerotycznego przekazu w klasycznym temacie.


Zaprasza wreszcie do spojrzenia innym okiem na dzieła, które niekoniecznie muszą nieść ze sobą homoerotyczną aluzję, ale mogą budzić homoerotyczną emocję. Tak oglądamy na „Ars homo erotice” studia męskich aktów, wykonywane przez dziewiętnastowiecznych polskich mistrzów z Janem Matejką na czele.

Tu dochodzimy do kluczowego pojęcia wystawy Leszkowicza – pożądania. Sztuka jako dziedzina spojrzenia jest z pożądaniem nierozerwalnie związana. Pożądanie heteroseksualne, zwłaszcza męskie, znajdujące swój obiekt w kobiecych aktach i scenach miłosnych, jest w historii sztuki tak wszechobecne, że staje niemal przeźroczyste. Pożądanie homoseksualne długo było z kolei niewidzialne; ambicją kuratora jest je ujawnić. Projekt Leszkowicza za swój punkt wyjścia bierze seksualną tożsamość, ale spełnia się nie tyle jako rzecz o seksualności, ile właśnie wystawa poświęcona erotyce i miłości.

Czekaniu na „Ars homo erotica” towarzyszyły duże emocje. Ta wystawa jest flagowym projektem, ba, rodzajem manifestu, kierującego od roku Muzeum Narodowym dyrektora Piotra Piotrowskiego. To wybitny historyk i teoretyk sztuki, który serce ma zdecydowanie po lewej stronie i rozważa problemy artystyczne zawsze w najściślejszym związku z polityką.

Piotrowski zapowiadał, że widzi kierowaną przez siebie instytucję jako muzeum krytyczne i właśnie tę obietnicę realizuje. Czyni to, nawiasem mówiąc, nie bez trudności. Rewolucja w muzeum, które wykonuje ostry zwrot, biorąc kurs na artystyczną współczesność i społeczny wymiar sztuki, sprowokowała kontrrewolucję załogi.

Kuratorzy MNW oskarżają Piotrowskiego o despotyzm oraz wywracanie instytucji do góry nogami i wzywają do dymisji. Na razie dyrektor nie zamierza jednak rezygnować. We wstępie do katalogu „Ars homo erotica” podkreśla obywatelski wymiar sztuki i opisuje muzeum jako narzędzie kształtowania demokratycznych postaw.

W roli takiego narzędzia muzeum użyte jest na „Ars homo erotica”, która jest wystawą edukacyjną, gęstą od tekstowych plansz wprowadzających widza w opowiadaną przez Leszkowicza problematykę. W przestrzeni wystawy urządzona jest nawet miniczytelnia z wyborem książek napisanych przez gejów lub na różne sposoby dyskutujących zagadnienie homoseksualizmu, jego relacji do polityki, życia społecznego i kultury.

Księgozbiór otacza ekspozycja plakatów teatralnych i filmowych anonsujących dzieła gejowskich twórców, od Jeana Geneta przez Viscontiego po Warlikowskiego. Jeden rzut oka na te afisze wystarczy, by uświadomić sobie fakt, który tak często jest negowany przez homofobów: perspektywa homoseksualna nie jest ekscesem, wyjątkiem od reguły, lecz integralną częścią rzeczywistości, również artystycznej. Wymazać wrażliwość gejowską ze sztuki, to usunąć z gmachu kultury tyle filarów, że ów gmach po prostu by się zawalił.


Wychowawczy wymiar wystawy najwyraźniej wychodzi na jaw przy okazji wyboru prac współczesnych. W odróżnieniu od artystów historycznych dzisiejsi twórcy nie muszą szyfrować homoseksualnej treści czytelnymi tylko dla wtajemniczonych kodami. Mogą mówić wprost; to wyzwalające, choć niekoniecznie służy artystycznej subtelności. Wiele z najnowszej produkcji pokazanej na „Ars homo erotica”, na przykład malarstwo Tomasza Karabowicza, Adama Dellosa, Pawła Matyszewskiego czy Yassena Sgyrovskiego, to rzeczy po prostu słabe.

Inne, jak skądinąd zabawne amatorskie produkcje wideo Rafalali czy nawet wspomniana instalacja Davida Cziernego, w ogóle nie zgłaszają artystycznych pretensji, operując w obszarach żartu i satyry. Racją ich obecności na wystawie nie jest kryterium artystyczne, lecz to, że dobrze ilustrują rozwijany przez Leszkowicza dyskurs.

Kto spodziewał się po „Ars homo erotice” skandalu, ten wyjdzie rozczarowany. Jesteśmy jednak w muzeum; wystawa traktuje o homoerotyzmie, ale jest to erotyzm w wersji soft. Sztuka krytyczna lat 90. lubiła stosować terapię szokową, wciągać widza do dyskusji poprzez prowokację. Leszkowicz woli oswajać i metodycznie uczyć publiczność.

Jego wystawa nie jest wydarzeniem karnawałowym – świętem środowisk LGBT, które wreszcie dostały swoje pięć minut w oficjalnej instytucji. To projekt adresowany przede wszystkim do widza heteroseksualnego, być może nieufnego wobec demonizowanego homoerotyzmu. Ów widz przekonuje się, że perspektywa gejowska nie jest egzotycznym punktem widzenia Innych, lecz częścią jego własnej kultury.