Marek Garztecki: Dlaczego zająłeś się twórczością Henryka Warsa?
Krzesimir Dębski: Wars znany jest przede wszystkim jako kompozytor muzyki filmowej i nasłynniejszych przedwojennych przebojów, takich jak „Miłość ci wszystko wybaczy”. Serial „Flipper”, do którego napisał muzykę, w Stanach ogląda się do dziś. Mało kto jednak wie, że było on też kompozytorem muzyki poważnej. Dwa lata temu w garażu Warsa znaleziono jego pełnokrwise utwory symfoniczne, m.in. „Symphony”, „Manhattan Sketches” i „Maalot”. Odkrycie to zawdzięczamy rodzinie Henryka Warsa i panu Markowi Żebrowskimu, szefowi Polish Music Center w Los Angeles. Ja wziąłem udział w opracowaniu tych rękopisów, w rozpisywaniu głosów.

Wars, podobnie jak ty, poruszał się swobodnie we wszystkich obszarach muzyki – od piosenki, przez jazz, do muzyki poważnej…
- Jestem pod wrażeniem jego kompozycji, to są naprawdę wspaniałe przykłady zupełnie oryginalnej koncepcji stylistycznej. Polscy kompozytorzy zawsze orientowali się na stylistykę niemiecką bądź francuską, na awangardę postserialną. A tutaj mamy twórczość bardzo oryginalną, ale z wpływami amerykańskimi, m.in. Gershwina. Twórczość Warsa jest ogromnie ważna dla ogólnego obrazu polskich kompozytorów. Plasuje się pomiędzy Aaronem Coplandem a Olivierem Messiaenem. W całej naszej muzyce nie ma podobnego zjawiska. 

Jesteś przykładem twórcy łamiącego konwencje muzyczne. Czy dopuszczasz w tej kwestii istnienie jakichkolwiek podziałów, czy też, akceptując je, wybierasz sobie poszczególne stylistyki jak dania z menu?
- Zdaję sobie sprawę z tego, że są to światy na różnych poziomach, wymagające zupełnie innych nakładów pracy, innego rozłożenia wysiłku, czasu i innych emocji. Trzyminutowa piosenka powstaje w efekcie pięciominutowych spięć emocjonalnych. Utwór symfoniczny pisze się 3 – 5 miesięcy. Napisanie utworu symfonicznego da się porównać ze skomponowaniem tysiąca piosenek, ale jednocześnie jest to zupełnie inny gatunek myślenia. Najwięcej czasu, może 80 proc., zajmuje mi muzyka poważna, resztę pochłania muzyka filmowa.

Kiedy poznałem cię jako młodego człowieka, grałeś w zespole rockowym. Pźniej grywałeś jazz, a teraz – jak sam przyznajesz – zajmujesz się głównie muzyką poważną. Czy zmiany stylów wiążą się z kolejnymi etapami dojrzewania artystycznego?
- Byłem bardzo nieśmiały i choć ukończyłem studia kompozytorskie, to trwało jakiś czas, zanim zdobyłem się na odwagę nazwania się kompozytorem. To przychodziło stopniowo, najpierw pisanie muzyki filmowej, a dopiero później symfonicznej. Muzyka rockowa jest tak prosta, że po dzięsięciu minutach próby wszystko już wiadomo i człowiek ziewa z nudów. Hans Christian Andersen pisał powieści i dramaty, a do dnia dzisiejszego przetrwały tylko jego bajki dla dzieci. Ze mną też może być podobnie. Małe utworki, piosenki, które powstawały w kilka minut, zyskały popularność i przez 20 czy 30 lat są ciągle wykonywane. Tym niemniej moim prawdziwym zawodem jest komponowanie muzyki poważnej.

Jakie kompozycje uważasz za najistotniejsze ze swych dotychczasowych osiągnięć?
- Napisałem dwie symfonie, których prawykonanie odbyło się na Festiwalu Chórów Uniwersyteckich w Poznaniu. Pierwszą śpiewało 14 chórów z całego świata połączonych w jeden 500-osobowy chór, a druga przez 12 połączonych chórów z orkiestrą symfoniczną, z solistami. To są duże dzieła, każde powyżej 50 minut, pisane do tekstow łacińskich. Mam też szereg utworów instrumentalnych, utwory wokalno-instrumentalne, oratoria. One również, choćby ze względu na nakład pracy, są dla mnie bardzo ważne.

Czy pisząc muzykę filmową, dostosowujesz ją do czasów, w których toczy się akcja, np. przez wykorzystanie starych instrumentów?
- W moim przekonaniu muzyka filmowa musi być osadzona w epoce i mieć związek z historią, którą opowiada film. W „Ogniem i mieczem” na przykład były i stare instrumenty, i elementy folkloru ukraińskiego, i stylizacje dawnej muzyki. Muzyka filmowa jest specyficznym idiomem, musi przekazywać konkretne emocje. Aby nagrać „W pustyni i w puszczy”, pojechaliśmy specjalnie do RPA.

Dlaczego? W Polsce nie można było nagrać tej ścieżki dźwiękowej?
- Można, ale muzyka afrykańska ma niezwykłe wyczulenie na poczucie barwy. Dzięki bliskiemu obcowaniu z przyrodą wokaliści afrykańscy potrafią naśladować wszelkie odgłosy zwierząt, dźwięk padającego deszczu i szum palmy. Z tą samą wrażliwością reagują na bodźce muzyczne. Gdy podawałem im wysokość dźwięku, który mieli zaśpiewać, to nie tylko powtarzali tę wysokość, ale i moją barwę głosu, a nawet mój sposób śpiewania. Zupełnie jak magnetofony.

Niedawno mówiłeś mi, że nie znajdujesz już nic nowego w jazzie. Czemu więc do niego wróciłeś?
- Dla improwizacji. Jazz jest takim gatunkiem muzyki, który ma największą wydajność z nuty. Bywają tematy jazzowe, mające 8 – 12 taktów, czyli dziesięć razy mniej niż piosenka, która jest najkrótszą formą muzyczną. Z takiego tematu dobrzy jazzmani potrafią wyprodukować 8, 20 minut, a czasem i pół godziny muzyki. Mało kto wie, że Chopin improwizował do tańca w salonach księżnej Polignac. Komponowanie polega na selekcji pomysłów i improwizacja jest jej pierwszym etapem. W dalszym ciągu jednak traktuję jazz hobbystycznie.

Czy dlatego, że jego granie nie jest zbyt opłacalne?
- Bynajmniej. Jestem nawet zaskoczony zmianami, jaki nastąpiły na rynku jazzowym. Pamiętam, że tuż przed stanem wojennym przyjechaliśmy ze String Connection do Tarnowa. Mimo wcześniejszej rezerwacji odmówiono nam noclegu w hotelu, bo… nie było pościeli. Pamiętam, że po koncertach nie dla wszystkich wystarczało bigosu w dworcowej restauracji. Rekord padł w Łodzi, kiedy do jednej zzieleniałej słoniny wystawionej na dworcu na ladzie stały w kolejce trzy zespoły: String Connection, Kombi i grupa Czesława Niemena. Teraz jest wiele wspaniałych klubów jazzowych, jak Owczarnia pod słowacką granicą koło Szczawnicy czy gdyński klub Pokład. W Mrągowie wspaniałe koncerty organizuje się w kościele akademickim. Przecieram oczy ze zdumienia, jak pięknie jest u nas na prowincji.

A jednak wyjechałeś do Hollywood, by tam robić muzykę.
- Tak, bo najciekawsze jest zawsze poszukiwanie czegoś nowego. Dlatego przenieśliśmy się na pewien czas do Stanów Zjednoczonych. I tam między innymi dostałem zamówienie na napisanie muzyki do 14 niemych filmów Charlie Chaplina z lat 1914 – 17. Tę pracę już zakończyłem i muzyka jest już w całości nagrana. Znalazło się tam trochę pre-jazzu, trochę ragtime’u, trochę Poulenca i Bouleza – synteza tego, co wiem o muzyce.

Czy dalej piszesz piosenki?
- W zasadzie piszę je już tylko do seriali i do filmów. Dziś piosenki pisze się głównie dla młodych ludzi, a ja jestem już za stary, by ścigać się z młodymi. Muzyka pop ulega coraz większemu uproszczeniu, bo ludziom coraz mniej chce się używać rozumu do pojmowania muzyki. Dziś im więcej emocji i im głośniej, tym lepiej – po co więc komu melodia czy harmonia?

Niedawno ukazał się album zawierający historyczne już nagrania String Connection. Takie płyty wydaje się pośmiertnie…
- Grupa nie istnieje już od 20 lat, więc tradycji stało się zadość (śmiech). Na zbiór składa się sześć z dziesięciu płyt, jakie w ciągu sześciu lat swojego istnienia wydało String Connection, wszystkie nasze jazzowe nagrania. W latach 80. nasze płyty sprzedawały się w nakładach 80 – 100 tysięcy sztuk, a ile w Rosji, Bóg jeden raczy wiedzieć – może nawet milion. Wtedy zresztą robiło się na jazziku tęgie szwindle. Gdy przygotowywaliśmy wydanie naszego boksu, okazało się, że ktoś bez naszej wiedzy i zgody przejął prawa do naszych nagrań, a następnie sprzedał je do Japonii. Takie to kontrakty podpisywało się w PRL! Dlatego teraz do większości tych nagrań musieliśmy odkupywać prawa.

To znaczy, że ukradziono twoje nagrania, a teraz ty, by je wydać, musiałeś za nie zapłacić?
- Nie używajmy takiego języka. Powiedzmy, że przejęto je w nie całkiem jasny sposób.

Prowadzisz własną firmę płytową.
- Soundtracki i te moje płyty, które opłaca się wydać, natychmiast trafiają do katalogów dużych wytwórni. Razem z żoną powołaliśmy do życia firmę Si Music, która wydaje moje niekomercyjne płyty z muzyką poważną. Mamy jeszcze w planach nagranie z 40 – 50 utworów symfonicznych. Chcemy również wydawać innych kompozytorów, np. płyty z utworami Zbigniewa Seiferta, zapomnianego już dziś kompozytora i skrzypka jazzowego. Co z tego wyjdzie, zobaczymy, bo realizacja tych planów będzie zależała od naszych finansów. Poza tym mamy też ambicję, by nawet w naszych komercyjnych projektach z muzyką popularną i filmową przemycać kompozycje współczesne. W takim towarzystwie są one zresztą zupełnie dobrze przyjmowane. Bo dziś muzyki współczesnej słuchają zaledwie dziesiątki osób, jazzu setki, a muzyki komercyjnej – miliony. Nie mam złudzeń, że te światy dadzą się połączyć. Może jednak choć kilkanaście osób, słuchając tego, zorientuje się, gdzie jest piękno i kolorowe życie.



Krzesimir Dębski jest absolwentem kompozycji i dyrygentury w Poznańskiej Akademii Muzycznej oraz laureatem wielu nagród w konkursach kompozytorskich. Jako lider jazzowego zespołu String Connection koncertował w niemal całej Europie, Kanadzie i USA. W 1985 roku znalazł się na liście dziesięciu najlepszych skrzypków jazzowych świata w ankiecie prestiżowego pisma „Down Beat”. Jest też kompozytorem licznych przebojów w rodzaju „Dumki na dwa serca” czy „Diamentowego kolczyka” i twórcą muzyki filmowej (m.in. „V.I.P.”, „Ogniem i mieczem”, „W pustyni i w puszczy” oraz popularne seriale: „Klan”, „Złotopolscy”, „Na dobre i złe” i „Na Wspólnej”). Jako dyrygent prowadził koncerty m.in. z Josem Carrerasem, Josem Curą, Adamem Makowiczem, Johnem Blakiem i Nigelem Kennedym.