RAFAŁ ODRZYWAŁEK, SILVIANA MARE: Spotkała pani kiedyś taką postać jak Miranda, którą odtwarza pani w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”? To despotyczna, elegancka, ale i podła postać, który może prawie wszystko...
MERYL STREEP:
W swoim życiu pracowałam tylko w dwóch zawodach. Byłam kelnerką w Hotelu Somerset w New Jersey, a od dłuższego już czasu jestem aktorką. Chcesz, żebym ci powiedziała, w którym ze środowisk spotkałam się z ludźmi, którzy za nic mają ludzi?

Zapewne tacy są i w jednym, i drugim środowisku. Ale może wie pani, jakie luksusy zapewnia władza gwiazd, które zarabiają fortuny i trzymają rząd dusz nad milionami ludzi na całym świecie?
Ja na przykład mogę wybierać sobie obecnie takie role, na jakie mam ochotę, a jednocześnie mogę poświęcić się mojej rodzinie, która dla mnie jest tak samo ważna jak moja kariera i praca. Miałam nawet szczęście spotkać człowieka, który mnie zna i rozumie. [W tym roku minęło 28 lat od dnia, w którym Meryl związała się z rzeźbiarzem Donem Gummerem, z którym ma czwórkę dzieci – red.]

Jest pani jedną z najbardziej popularnych aktorek amerykańskich. Nie przeszkadza to pani w pracy na planie z młodszymi aktorami?
Sława to rzecz, która bardzo szybko przemija... Zwykle zapominam o tym wszystkim już na początku i wtedy mówią „Ach, ona nie jest tak genialna”. My, aktorzy, jesteśmy bardzo niepewni siebie i dość łatwo to okazujemy. Jest to pewien sposób na otwarcie się na drugą osobę. Grać oznacza jedynie rozmawiać i słuchać, przede wszystkim słuchać.

Często czuje się pani niepewna?
Bywa, że idzie mi nie najlepiej. Wtedy spada moja samoocena. Widziałaś mecz Pavela z Agassim w Flashing Meadows? Agassi przegrał pierwszego seta, w drugim grał strasznie. I w pewnym momencie ze złości walnął o kort rakietą. Wybiegł i przejrzał wszystkie, jakie miał w torbie. Wrócił i pokonał Pavela. Publiczność wpadła w szał. Ja oczywiście nie mam takiej rakiety, którą mogę wyjąć z torby w dowolnej chwili. Biję się więc sama. W tym zawodzie, jeśli człowiek nie jest twardy wobec siebie, nie może dobrze wykonywać swojej pracy.

Czy zostawiła sobie pani coś na pamiątkę z pracy nad „Diabłem...”?
Mam kostiumy z moich filmów. Mam parę dżinsów z „Silkwood”. Białe dżinsy, na Boga... (śmiech). Mam jakieś stroje z „Co się zdarzyło w Madison County”. Wydaje mi się, że z tego też sobie coś zostawiłam...

Czy przygotowując się do tej niewątpliwie trudnej roli miała Pani jakiś wzór? Jakiegoś mistrza?
Wzorem dla mnie byli mężczyźni! Nie ma niestety na świecie wielkiego wyboru jeśli chodzi o kobiety posiadające władzę. Jest taka scena w filmie, w której podejmuje się decyzje na temat wiosennego wydania. Ludzie rzucają pomysłami. Ona wciąż powtarza „Nie”, „Nie”, „Tak”, ma bezpośrednią odpowiedź na każdą sugestię. Obraz kobiety, która decyduje w ten sposób, nie jest ogólnie przyjęty. Tego oczekuje się po mężczyznach. Kobieta powinna powiedzieć „słuchaj, to nie jest złe, ale dlaczego nie zastanowimy się nad innym rozwiązaniem”. Jest bardziej dyplomatyczna. Wyobraź sobie Clinta Eastwooda proszącego o coś. Myślisz, że powiedziałby „proszę, czy mógłbyś mi to podać”? Był dla mnie odniesieniem...



Meryl Streep (urodzona w 1949 r.) – jedna z największych gwiazd światowego kina. Trzynastokrotnie nominowana do Oscara za najlepsze role żeńskie, zdobyła statuetkę dwa razy – za kreacje w filmach „Kramer kontra Kramer” (1979) i „Wybór Zofii” (1982). Zagrała w niemal sześćdziesięciu filmach, m.in. w „Pożegnaniu z Afryką”, „Co się wydarzyło w Madison County” i „Godzinach”. Streep, która największy sukces aktorski odniosła w „Wyborze Zofii”, zagrała właśnie główną rolę w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”. Wcieliła się w postać despotycznej pani redaktor nowojorskiego czasopisma zajmującego się modą. Aktorka nie pozuje na gwiazdę. Otwarcie przyznaje, że zapomina tekstu, podkreśla też, że na planie prawie zawsze czuje się niepewnie.