Joanna Kijowska: W ostatnich tygodniach nastąpił prawdziwy festiwal Pana dramatów. Zostały zagrane trzy sztuki. Zabiegał Pan o taki festiwal Słobodzianka?
Tadeusz Słobodzianek*: Nie, to czysty przypadek. Wszystkie sztuki wreżyserował Ondrej Spisak, więc to jest również jego festiwal. I już wyjaśniam: „Prorok Ilija” – to słowacki spektakl, który został zaproszony do Polski na festiwal „Na Skrzyżowaniu Kultur”. „Merlin. Prawdziwa historia” wraca na afisz w Teatrze Narodowym, zaś premiera „Kowala Malambo” była zaplanowana od dawna w Laboratorium Dramatu.

Chciałby Pan, żeby publiczność chodziła do teatru na Słobodzianka?
Nie tylko. Nie mam potrzeby wbijania klina pomiędzy mnie a reżysera, który w dodatku świetnie reżyseruje moje sztuki. Wiem, że te dramaty są o czymś, mają swoją wartość. Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że bez Spisaka nie miałyby takiego kształtu scenicznego. Niezbyt często się zdarza, by żyjący dramaturg miał swojego reżysera. Mnie to szczęście spotkało. Jerzy Jarocki był reżeserem dramatów Tadeusza Rożewicza, Erwin Axer Sławomira Mrożka, a Mikołaj Grabowski Bogusława Schaeffera.

Tak świetnie dogaduje się Pan ze Spisakiem, że nie protestuje Pan, kiedy reżyser ingeruje w Pana dramaty?
Bywam na próbach, ale nie siedzę reżyserowi na karku. Nie jestem dramaturgiem idiotą, który sprawdza, czy każde jego słowo zostało użyte w reżyserowanym spektaklu. Najważniejsze rozmowy na temat sztuki prowadzimy, zanim rozpoczną się prace nad spekatklem. Jestem na próbach czytanych i czasami reżyser prosi mnie, bym coś dopisał albo zmienił. Z reguły się zgadzam. Później dopiero wybieram się na próbę całości. Nie ma sensu oglądanie spektaklu w kawałkach, bo już jestem trochę za stary na fascynowanie się tym, że coś się na scenie rusza.

Ale nie „kręci” Pana fakt, że słowa, zdania, sceny, które Pan napisał, są odgrywane i tworzą nowy teatralny świat?
Oczywiście, że kręci. Najbardziej jestem usatysfakcjonowany, kiedy zobaczę całość. Wtedy mogę znowu dyskutować z reżyserem. Spisak to niezwykły człowiek, wysokiej próby intelektualista. On jest poszukiwczem, odkrywcą, patrzy na świat z zupełnie innej perspektywy niż ja. Wszystko wskazuje na to, że „Kowal Malambo” to nie jest nasza ostatnia współpraca. Mam tylko jeden problem – skończyły się już sztuki mojego autorstwa.

No to musi się Pan zabierać do roboty... Pisze Pan nowy dramat?
Tak. Pracuję i mam nadzieję, że Spisak będzie reżyserował wszystkie moje kolejne sztuki.

Za nami premiera „Kowala Malmbo”. Napisał Pan tę sztukę dla teatru lalkowego, a tymczasem Pana ulubiony reżyser zaangażował prawdziwych aktorów...
Byłem przekonany, że tej sztuki nie da rady zrobić w „żywym” teatrze. Teraz chyba zmieniłem zdanie. Spisak rozumie aktorów, potrafi wyciągnąć z nich to, co najlepsze. Do głównej roli zaangażował Mariusza Saniternika. Ten aktor potrafi zagrać, nie używając charakteryzacji młodego, pełnego energii Kowala, i tę samą postać, tyle że starą i steraną życiem. On grał w prawie wszystkich moich sztukach. W nim jest jakaś naturalna prawda i czuję się z nim związany. Dzięki niemu „Kowal Malambo” przenosi się z rejonów ludycznych, rytualnych w opowieść o prostym, ciężko pracującym człowieku, który nie chce zmieniać świata, być władcą czy chińskm cesarzem. Wierzy tylko w to, że ma prawo do małego szczęścia. Marzy, że po straszliwej, ciężkiej pracy pójdzie do knajpy, napije się dobrego wina, zagra w karty i zatańczy z pięknymi dziewczynami. Okazuje się, że to też jest niemożliwe. On – tak jak Faust – podpisuje cyrograf z diabłem. Tyle że dostaje aż trzykrotnie nową młodość. Za każdym razem młody kowal trafia do różnych epok: XIX wiek, lata 20. XX wieku i współczesność. I z jego punktu widzenia świat robi się coraz gorszy – wino jest chrzczone, taniec coraz bardziej prymitywny, Lola zaś farbowana, a nawet w końcu okazuje się prostytutką.


Taniec nie rekompensuje mu zła tego świata?
Nie, bo żeby zatańczyć prawdziwe malambo, trzeba mieć stary indiański bęben. Wtedy muzyk razem z tancerzem wpada we wspaniały, specyficzny rytm. Ten taniec to rytuał, który ma swoje korzenie u Inków. Nałożyły się na niego elementy flamenco i różnych innych tańców żydowskich, arabskich i hiszpańskich. W dodatku malambo wcale nie jest proste. Polega na zmienności rytmu, a wyobraźnia człowieka, która kieruje tym tańcem, wywołuje stany metafizyczne.


Czy to właśnie taniec jest jednym z bohaterów sztuki reżyserowanej przez Spisaka?
On jest głównym bohaterem. To sztuka o tańcu. W nim odbija się historia świata.

Czy Pan nie tęskni, że tak powiem „dramatycznie”, za Podlasiem, przygranicznymi terenami, które były tłem wielu Pana głośnych sztuk, choćby „Proroka Ilji”?
Tęsknię i to nawet bardzo. Mam w tyle głowy jeden projekt. Chciałbym napisać trzecią część opowieści o Proroku Ilji, dotyczącą ostatniego okresu jego życia. Kilka lat temu zobaczyłem w Grodnie jego teczkę. Wtedy jeszcze Łukaszenka nie szalał – teraz nie miałbym szans dotarcia do takich dokumentów. Dzięki nim wiem, jak wyglądał koniec proroka.

Do niedawna były trzy wersje śmierci Proroka Iliji...
Teraz jest jedna. Donieśli na niego najbliżsi współpracownicy. W październiku 1939 roku został aresztowany przez Sowietów i skazany na pięć lat łagrów za uprawianie propagandy antysowieckiej za pomocą modlitwy. Wywieziono go do Mariańska, po amnestii trafił do domu starców i tam się ślad urywa. Wierni wierzyli, że tak jak Jezus jest nieśmiertelny... Na Podlasiu, w rejonach przygranicznych, spędziłem bardzo wiele lat i uważałem, że tam, na obrzeżach, jest wszystko, co najlepsze. Z tej wieloletniej euforii wyrwała mnie sprawa Jedwabnego. I podejrzewam, że w wielu tamtejszych miasteczkach i większych wsiach – Krynkach czy Tykocinie – sąsiedzi przyczynili się do wyeliminowania różnymi sposobami swoich sąsiadów. Zajęli ich domy, mienie i do dzisiaj żyją z silnym poczuciem winy i jednocześnie agresją z niego właśnie wynikającą.

To nie jest temat na dramat?
Jest. W dodatku przybiera coraz realniejsze kształty.


Tadeusz Słobodzianek, rocznik 1955, dramatopisarz, reżyser, krytyk, wykładowca, animator życia teatralnego. Debiutował sztuką dla dzieci „Historia o żebraku i osiołku” (1982). Był założycielem i wiceprezesem Towarzystwa Wierszalin. Ma na koncie dramaty „Car Mikołaj”, „Obywatel Pekosiewica”, „Turlajgroszek”, „Prorok Ilja”, „Merlin”, „Sen Pluskwy, czyli towarzysz Chrystus”