Magdalena Łukaszewicz („Newsweek”): Masz tremę przed premierą swojej pierwszej sztuki?
Dorota Masłowska: Nie, raczej nie. Miałam tremę, kiedy pisałam sztukę i wysłałam do oceny. Nie miałam pewności, czy jest dobra, bo nigdy wcześniej nie pisałam sztuki teatralnej i nie miałam pojęcia, jak to się robi, podpowiadał mi kolega studiujący teatrologię: „wszyscy muszą mówić co innego, niż myślą”. Sztuka powstała z wyobrażenia o tym, jak się pisze sztuki i jak sztuka powinna wyglądać. Mam nadzieję, że realizacja w Teatrze Rozmaitości jest jedną z wielu inscenizacji „Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku”...

Nie czekasz na to, co też ludzie powiedzą po premierze w Rozmaitościach?
Trochę czekam, ale nieszczególnie. Znam tę sztukę na pamięć, wiem, jak wyglądał proces powstawania spektaklu. Nie emocjonuję się tą premierą, bo to nie będzie dla mnie premiera roku. Z drugiej strony jest to energetyczne, mocne i może się podobać. Ale dla mnie to jest odmiana teatru imitującego rzeczywistość, którą akurat nie potrafię się podniecać.

Dlaczego masz tak sceptyczny stosunek do tego spektaklu? Czy tak, jak kiedyś Sławomir Mrożek nie dogadał się z Jerzym Jarockim w sprawie wystawienia jego „Miłości na Krymie”, tak teraz ty nie porozumiałaś się z reżyserem Przemysławem Wojcieszkiem?
Nie jestem Mrożkiem, a już na pewno Przemysław Wojcieszek to nie Jarocki. I to nie jest kwestia niedogadania, ale w ogóle raczej braku kontaktu. Przemek jest w swoim procesie twórczym bardzo hermetyczny i niedostępny, i porozumienie z nim dla mnie i dla wszystkich było trudne. Miałam bardzo nikły wpływ na to, co się z tą sztuką stało na scenie, ale też nie miałam ku temu żadnych ambicji. Byłam raczej takim pachołkiem od poprawek.

A nie mogłaś tak, jak Mrożek nie zgodzić się na wystawienie swojej sztuki?
Nie, ale w ogóle ja nie mam takiego emocjonalnego stosunku do tego.
Atmosfera od początku była napięta. Ale dla mnie było frajdą, że w ogóle widziałam po raz pierwszy ten cały backstage, teatr od podszewki. Bardzo fajna wydała mi się praca z aktorami, to że mają twórczy stosunek do tekstu, że sami go sobie potrafią wymyślać, ubarwiać, a ja jestem głównym kontrolerem i zatwierdzam. To było super.

Kiedy wymyśliłaś te dwie postaci biednych Rumunów mówiących po polsku?
Nie rejestruję, kiedy coś wymyślam. Wiem na pewno, że u swych źrodeł byli oni kimś kompletnie innym. Miałam rożne pomysły. Któregoś dnia z tej magmy wykrystalizowało mi się dwoje biednych Rumunów.

Pojawiły się takie głosy, że napisałaś sztukę o naszych narodowych kompleksach. To prawda?
Nieprawda! Dla mnie to wątek zupełnie poboczny. To, że Polacy potrzebują kogoś do wyładowywania kompleksów, jest na tyle oczywiste, że nie pisałabym o tym dramatu. Historia Rumunów jest bardziej uniwersalna, jest historią o samotności, niezdolności kochania. Nie za bardzo podoba mi się to, że moja sztuka jest intepretowana jako „o nas, o tu i teraz, o Polsce”. Ważniejsza wydaje mi się historia miłości ukazana przez jej negatyw, przez brak miłości.

Teraz władze Kazachstanu grożą procesem brytyjskiemu komikowi, który niepochlebnie przedstawił ich kraj w filmie fabularnym. Nie obawiasz się, że Rumuni mogą mieć do ciebie pretensje?
To absurd, fantastyczna polska wizja Rumunii z lat 90., kiedy Polacy byli biedni, ale cieszyli się, że ktoś jest biedniejszy od nich. Ta Rumunia kryje metaforę biedy i nędzy nietraktowanej realnie, czyli nie przez zmysłowe upodlenie, jakie towarzyszy brakowi środków do życia, ale zestaw gadżetów w rodzaju śmierdzącego swetra czy parówki ze śmietnika. Myślałam o czymś w rodzaju zestawu „mała bieda”.

Jacy są bohaterowie twojej sztuki?
Najmocniejszy jest w niej wątek Dżiny, dziewczyny kompletnie położonej życiowo, nieumiejącej znaleźć życiowego pionu. Ta postać robi na mnie w spektaklu największe wrażenie i myślę, że to jest o niej. A Parcha to taka postać, która mówi do niej głosami złego świata, złymi podszeptami. A żadne wątki narodowe nie mają tu znaczenia.

Czy pracując nad sztuką, bawiłaś się językiem?
Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu ludzi sposób, w jaki piszę jest dziwaczny i spotworniały. Ja już nie umiem inaczej pisać i w ogóle tego nie rejestruję, że to jest jakieś osobne. Na pewno w „Dwojgu biednych Rumunach mówiących po polsku” ten język nie jest tak zniszczony i powykręcany jak w „Pawiu królowej”, raczej pozoruje normalną codzienną mowę. To, co słyszałam od innych o tej sztuce, to to, że jej główny czar polega na zabawach językowych i różnych asocjacjach. Ale ja tego w ogóle nie zauważam.

Czy zaufałaś Janowi Jakubowi Kolskiemu, który będzie reżyserował film na podstawie twojej „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”?
Pracowałam z Jankiem nad scenariuszem. Ja robiłam prąd, opisywałam mu wszystko, opowiadałam różne historie, a on słuchał i pisał. Zdjęcia do „Wojny...” mają się niedługo zacząć. Od kiedy napisałam tę książkę, wyobrażałam sobie, że jest utrzymana w konwencji „realizm magiczny” i że bardzo chciałabym, żeby zrobił ją Kolski.

Bedziesz się wtrącać do tego filmu?
Ja się nigdy nie wtrącam. Z drugiej strony mogę podpowiadać różne rzeczy na temat świata przedstawionego, który znam. A on nakłada na historię filtr osoby dojrzałej.

Po „Nike” jesteś pod specjalnym nadzorem krytyki i czytelników. Nie boisz się batów, które mogą spaść na spektakl wyreżyserowany na podstawie twojej sztuki?
Raczej się nie boję. Trzymam kciuki za aktorów, bo są super. I zużyli na to dużo nerwów.