W dodatku koncertowo. Jednak to nie on jest twarzą filmu, tylko znany z seriali Paweł Małaszyński. Ci więc, którzy skuszeni wizerunkiem serialowego amanta wybiorą się na film, mogą być rozczarowani - Małaszyński tam tylko występuje w drugoplanowej roli. Gdyby jednak ktoś miał ochotę zobaczyć dobre aktorstwo w sprawnie zrobionym filmie, nie pożałuje wyboru.

Joanna Kijowska: Gra pan główną rolę w "Świadku koronnym". Dlaczego na plakacie reklamującym film jest Paweł Małaszyński?
Robert Więckiewicz:
To chyba pytanie do producenta filmu. Wydaję mi się, że producent ma jakąś strategię marketingową i ten plakat jest jednym z jej elementów.

Nie przeszkadza to panu?
Nie. Dostałem scenariusz, rolę do zagrania i to zrobiłem. Nie mam napięcia, by być na plakatach.

Stworzył pan postać Jana "Blachy" Blachowskiego, byłego mafiozy, świadka koronnego. Czy ta rola wymagała od pana jakichś niestandardowych przygotowań?
Nie. Nie przeprowadziłem na przykład jakiego specjalnego researchu. Ani też nie starałem się wzorować na bohaterach z filmów gangsterskich. Chociaż, gdzieś tam z tyłu głowy, majaczyły mi obrazy z dokumentu "Alfabet mafii". Ale nie chciałem nikogo kopiować. Punktem wyjścia dla mnie był scenariusz. Starałem się wyobrazić sobie, poczuć, jak „Blacha” Blachowski mógłby się zachowywać. Wiedziałem, że muszę pokazać go co najmniej z dwóch stron: jako gangstera i jako świadka koronnego. Doszedłem do wniosku, że w tym drugim wcieleniu, podczas rozmowy z dziennikarzem, Blachowski też musi się zmieniać. Na początku usiłuje być poprawny. W trakcie wywiadu, trochę pod wpływem alkoholu i wspomnień o brudnej przeszłości zaczyna wychodzić z niego agresja, nie potrafi być non stop opanowany.

Widzowie powinni polubić tę postać, spróbować ją zrozumieć? Tak pan sobie założył?
Chciałem pokazać, że życie gangstera, a później świadka koronnego nie jest czarno-białe. Mój bohater wie, że już nie ma powrotu do czasów, kiedy wszystko przychodziło łatwo, było dużo pieniędzy i zabawa... Właściwie to życie świadka koronnego też nie jest do pozazdroszczenia. Oczywiście, wszystko jest konsekwencją jego czynów i wyborów. Decyzja o przejściu na "jasną stronę mocy" nie była uwarunkowana tylko strachem. W nim się coś wypaliło. Musiał powiedzieć sobie: dosyć.

Nie obawia się pan trochę prawdziwych bandziorów, szczególnie wtedy, kiedy w telewizji będzie emitowany serial, a pan przez wielu ludzi zostanie utożsamiony ze świadkiem koronnym?
Liczę jednak na inteligencję widzów, którzy powinni mieć świadomość, że jestem aktorem, tylko gram tę postać i prywatnie nie latam z pistoletem po ulicach. Z drugiej strony wiem, że stopień utożsamiania aktora z postacią, którą gra może być duży. Ludziom często wydaje się, że mnie znają i być może kiedyś usłyszę na ulicy "Cześć Blacha" albo coś innego.

To jest przyjemne dla pana?
Tak, bo to z reguły wyrazy sympatii. Zawód, który uprawiam, jest weryfikowany przez publiczność i muszę się liczyć z tym, że moje filmowe wcielenia mogą powodować rozmaite reakcje.

W tym roku kończy pan 40 lat...
Myśli pani, że to jakaś magiczna liczba?

Chciałam pana o to zapytać... Akurat w tym roku pana kariera nabrała ogromnego rozpędu: do kin wchodzą aż trzy filmy z pana udziałem...
Nie dostrzegam w tym niczego magicznego. Czas biegnie po prostu. Pod względem zawodowym ten rok może być dla mnie istotny, bo zagrałem w kilku filmach całkowicie różne role.

I co, myśli pan, że dzięki temu skończą się pytania o to, dlaczego wciąż pan gra gangsterów?
Mam nadzieję, bo już nie wiem, co na nie odpowiadać (śmiech).

To niech pan opowie o tych pozostałych filmach, w których za chwilę pana zobaczymy.
Łukasz Karwowski, reżyser filmu "Południe - północ", wymyślił, że kilka postaci z jego opowieści powinien zagrać jeden aktor i zaproponował te role mnie. Spodobało mi się, bo to dla aktora duże wyzwanie. Film wszedł już na ekrany, więc nie będę opowiadał fabuły. "Pawełek" z kolei to historia 12-letniego chłopaka. Ma chorą matkę i w jej intencji postanawia pobiec do Częstochowy. Gram jego nauczyciela WF-u i zarazem trenera. Przygotowuję chłopaka do ważnych zawodów... Mój bohater ma problemy z alkoholem. Nie chcę wszystkiego zdradzać. Mogę tylko powiedzieć, że trener spróbuje razem z Pawełkiem pobiec do Częstochowy. Premiera niebawem.

Który z tych trzech projektów uważa pan za najważniejszy dla siebie?
Nie chciałbym wartościować. Każda z tych ról wiele mi dała. Do każdej z nich podszedłem poważnie. Najtrudniejsza była chyba rola w "Pawełku". Może ze względu na to, że moim partnerem był kilkunastoletni chłopak. Praca z dzieckiem jest nietypowym wyzwaniem, bo dzieci nie grają, są.

A jak się pan czuł na premierze "Świadka koronnego", kiedy tuż po projekcji Maciej Kozłowski krzyknął "brawo Więcek", zerwały się oklaski, a następnie otoczył pana tłum fotografów?
Dziwnie się czułem. Niezręcznie. Nie wiem, dlaczego to zrobił.

Może w podziękowaniu za to, że zagrał pan świetn rolę?
Jeśli tak, to się cieszę. Jednak nie umiem odnaleźć się w takich sytuacjach.

Wstydzi się pan?
W pracy - nie. Chowam się za postać i jeśli to ma sens, mogę zrobić wszystko. Natomiast przy takich okazjach, jak premiera - tak i to bardzo. Zgodzi się pani ze mną, że to nie jest normalna sytuacja, kiedy podchodzi do mnie obcy człowiek i ja mu muszę dać autograf.

Ale robi pan to?
Robię. Podobno sprawiam wrażenie wyluzowanego, a tak naprawdę jestem potwornie spięty. Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że poza planem filmowym są wymierzone we mnie kamery i aparaty fotograficzne. Nie jestem zwierzęciem medialnym.

Jednak decydując się na udział w "Świadku koronnym", wiedział pan, że wchodzi do wielkiej produkcyjno-promocyjnej machiny?
Do końca nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zaskoczyła mnie skala tej promocji. Oczywiście, gdybym wcześniej o tym wiedział, też bym zdecydował się na udział w "Świadku koronnym". A poza wszystkim myślę, że dobra promocja też jest potrzebna.

Sam pan decyduje o swoich zawodowych wyborach?
Moja żona jest recenzentem wszystkich scenariuszy, które dostaję. Pomaga mi w podjęciu ostatecznych decyzji.
Z tym wybieraniem ról to nie jest łatwa sprawa. Przecież pani doskonale wie, ile w Polsce robi się filmów. Niewielu jest takich aktorów, którzy mogą sobie pozwolić na komfort odrzucania propozycji zagrania w filmie. Czy nawet w serialu.

Nie wścieka pana, że ktoś zagra rolę w serialu i już jest wielką gwiazdą?
Jeśli aktor dobrze zagra dobrą rolę w dobrym serialu - to dlaczego nie ma być doceniony. Ale śmieszy mnie, gdy robi się wielką gwiazdę z kogoś, kto występuje w telenoweli, a z aktorstwem nie ma nic wspólnego.

Zadowolony jest pan ze swojej dotychczasowej kariery?
Tak. Z perspektywy czasu widzę, że w moim życiu wszystko działo się we właściwym czasie. Skończyłem PWST we Wrocławiu i musiałem sobie zacząć radzić. Potem pojechałem do Poznania i tam przez pięć lat pracowałem w teatrze. Zobaczyłem, czym jest ten zawód. Czułem jednak, że to sytuacja tymczasowa, a nie mój cel. Wiedziałem, że muszę iść do przodu, rozwijać się. Pod koniec lat 90. znalazłem się w Warszawie…

… w najmodniejszym wówczas Teatrze Rozmaitości...
Miałem dużo szczęścia. Zagrałem w przedstawieniu, które narobiło sporo zamieszania. I jakoś poszło. (śmiech)

Teraz ma pan czas na teatr?
Ostatnio nie. Ale tęsknię i chciałbym wrócić. Teatr to jest laboratorium. Tęsknię za dwumiesięczną pracą nad rolą. Zaangażowanie się w teatr wymaga spokoju. Teraz mam kolejne propozycje filmowe. Dostałem dwa bardzo ciekawe scenariusze. Akcja jednego rozgrywa się na przełomie 1988 i 89 roku, tuż przed przygotowaniami do obrad "okrągłego stołu". To opowieść trochę sensacyjna, a trochę miłosna, w której tle pojawia się Polska z tamtego okresu, z SB i "Solidarnością". Jeśli realizacja filmu dojdzie do skutku, to będę grał esbeka, ofiarę intrygi własnego autorstwa. Akcja drugiego scenariusza toczy się współcześnie. Jego bohaterem jest samotny facet, który nagle traci pracę... Gdyby udało się zrobić te dwa filmy w tym roku, byłbym szczęśliwy. Może etap grania twardzieli mam już za sobą?