Robert Mazurek: Podoba się panu dzisiejsza Polska?
Stanisław Tym: Jan Himilsbach na pytanie, co mu się nie podoba, odpowiadał zwykle: "Polska mi się nie podoba". "A dlaczego, Jasiu, ci się Polska nie podoba?". "Piwo za ciepłe". Pewnie to jest właściwe mojemu wiekowi, ale ja też jestem rozczarowany.

I nic pana nie cieszy?
Cieszę się naprawdę z tego, że nagle i niespodziewanie upadł komunizm. Jedynym, który naprawdę przewidział odzyskanie niepodległości przez Polskę, koniec komunizmu i Związku Sowieckiego, był Jerzy Giedroyć. Miałem okazję go poznać, kiedy kręciliśmy ze Staszkiem Bareją w Paryżu "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?". Giedroyć od razu zaczął mnie wypytywać o Warszawę, o nazwiska, artykuły, o których często nie miałem pojęcia. Potem dowiedział się, że mieszkam na wsi i zaczął mnie pytać o tamtejsze stosunki. Zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć - i po dwudziestu minutach zorientował się, że jestem dla niego nieciekawym rozmówcą. Poszedł więc na górę i oglądał tam drugoligowy mecz piłki nożnej, podobno pierwszy raz w życiu.

Wróćmy do pańskiego rozczarowania Polską.

Boleję nad tym, że z takim trudem odradza się w Polsce inteligencja jako grupa ludzi niezależnie, samodzielnie myślących. Rozumiem, że była ona niszczona - jak powiem, że przez ostatnie dwieście lat, to też nie skłamię - rozumiem więc, że te kilkanaście lat to bardzo mało, niewiele mogło się zmienić. Mówiłem o Giedroyciu, ale jest też Władysław Bartoszewski, człowiek o ogromnej wiedzy, jasności poglądu i wielkim uroku. Jest Zbigniew Brzeziński. Ilekroć mam okazję ich słuchać, doświadczam uczucia zachwytu.

Polityka wywołuje w panu emocje?
Emocje? Nie, bez przesady. Dość długo pisałem felietony i wtedy zawsze byłem przeciwko władzy, a za opozycją.

To w gruncie rzeczy dość łatwe.
Ma pan rację, ale tego mnie nauczył Słonimski.

Który nie przez całe życie był taki opozycyjny.
Ano nie, oczywiście, znam jego życiorys, ale on był wobec siebie wystarczająco samokrytyczny, żeby mi się podobał.

W pańskich felietonach buzowało od polityki. Przeszło panu?
W pewnym sensie jakoś to zelżało, rzeczywiście. Nie odczuwam nawet potrzeby pisania felietonów.

Dziwne, bo w wielu ludziach polityka znów budzi emocje. Nie ma pan ochoty dokopać Kaczorom?
Nie, no bez przesady! Akurat oni są mało atrakcyjni jako temat felietonowy, zbyt łatwo się podkładają, to zbyt proste. Może byłoby to atrakcyjne dla nowicjusza, ale mnie zupełnie nie pociąga. Raz sobie zażartowałem z nich, trochę z konieczności, bo robiłem szopkę i musiałem mieć elementy współczesne. Napisałem więc, jak to bracia Kaczyńscy rozmawiają o opozycji, przyglądają się Tuskowi i Rokicie i jeden mówi do drugiego: "Co to za politycy, skoro nawet nie są do siebie podobni?".

W "Rysiu" nie ma polityki, jest za to kojarzący się z polityką producent Janusz Iwanowski-Pineiro, znany z "Dramatu w trzech aktach".
Pan go zna z "Dramatu w trzech aktach", a ja z domu Krzysztofa Kowalewskiego, który go wychowywał. Poznałem go jako małego chłopca, znamy się ze trzydzieści lat. I dzięki tej znajomości został producentem filmu, a nikt się nie palił, by urządzać debiut siedemdziesięciolatkowi.

Kim są w "Rysiu" sakrobokserzy? Pana zdaniem żyjemy w jakimś klechistanie?
Nie, nie. W scenariuszu ten wątek był bardziej rozwinięty i wyjaśniał, że sakrobokserzy nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem, z Kościołem, tylko z taką romantyczną wiarą w nadzwyczajność Polski, sakralizacją jej historii. Nie chciałem robić żadnych kpin z wiary czy tradycji.

Ale nie jest pan katolikiem?
Byłem ochrzczony jeszcze przed wojną w warszawskim kościele św. Aleksandra, potem normalnie: komunia, bierzmowanie, ale teraz jestem niewierzący. Został mi sentyment do godzinek. Lubię je śpiewać.

Jak rozumiem, dawno się panu nie zdarzało?
Ostatni raz dwa tygodnie temu. Godzinki nie wymagają żadnej wirtuozerii wokalnej. Nie lubię tych wszystkich zaniesień do Pana Boga: zrób to, uczyń tamto, zmiłuj się. Wydaje mi się to nieeleganckie, niestosowne, żebym ja Panu Bogu mówił, co ma robić.

Niechcący reprezentuje pan bardzo głęboką teologię.
Możliwe. Od dziecka nie mogę Panu Bogu wydawać poleceń. Rozumiem, że można podziękować, ale chyba nic więcej. I godzinki takie są. Formuła: "Przybądź nam Miłościwa Pani ku pomocy" mi odpowiada.

Specyficzne deklaracje jak na niewierzącego.
Temperament prześmiewcy każe mi powiedzieć, że ogólnie jestem niewierzący, ale w Matkę Boską wierzę. (śmiech)

To wróćmy do poczucia humoru. "Ryś" jest filmem poprawnym, bez typowego dla Brytyjczyków obrazoburstwa.
Bo to film dla nas, nie dla Brytyjczyków.

Nie, bo pan jest grzeczny.
To ciężka obelga i mogę panu przyłożyć, ale na razie się powstrzymam, może pod koniec rozmowy się zmobilizuję i coś panu zrobię. Tadeusz Boy-Żeleński w 1929 roku napisał w recenzji: "Im dłużej żyję na świecie, tym bardziej inteligencja i dowcip bez dobroci wydają mi się niesympatyczne i niezajmujące". I ja uważam, że to prawda. Dobroć to nie jest fanaberia, ale rodzaj obowiązku wobec ludzi.

Więc nie bawią pana angielskie żarty z gejów, niepełnosprawnych, księży, kobiet, chorych psychicznie itd?
Bawią mnie, ale robię je tylko w ścisłym gronie. Majakowski powiedział, że żeby się śmiać, trzeba mieć twarz. Ja dodam, że trzeba wiedzieć, że coś jest żartem, odbiorca musi być z tym oswojony. Kiedyś napisałem drugą część skeczu "Ucz się, Jasiu" i tam majster dbał o to, by chłopiec przed każdym zajęciem modlił się do Anioła Stróża. Chciałem pokazać cwaniaczka, który tak wyczuwa inny trend. Zrobiło się piekło, że szydzę z Boga, wiary katolickiej, Kościoła! Położyłem uszy po sobie, bo nie chciałem nikogo dotknąć, obrazić. Nie widzę powodów, by prowokować ludzi, którzy tego nie rozumieją. Po prostu trzeba być dobrym.

Nie można być dobrym, bo ani się człowiek obejrzy i nie ma komu w mordę dać - mawiał klasyk.
Zawsze się ktoś znajdzie. Tu wyjątkowo jestem optymistą! (śmiech)

A zdarzyło się panu…?
W dorosłym życiu raz ze trzydzieści lat temu stanąłem w obronie faceta zaatakowanego przez dwóch oprychów na Nowym Świecie.

Nie ma pan wrażenia, że w Polsce można śmiać się tylko z władzy i rozliczać wyłącznie polityków? Anglicy równie często jak z Blaira kpią z dziennikarzy, z Hugh Granta.
Władzy w Polsce nie szanuje się od zaborów, a może i wcześniej. Tak to zostało ukształtowane i teraz człowiek nie bardzo zastanawia się, czym oddycha, a oddycha niechęcią do każdego, kto sprawuje władzę. Z definicji. Ale kiedy bracia Kaczyńscy popłakują, że prasa nie zachwyca się ich osiągnięciami i stylem rządzenia, to im wcale nie współczuję. Poza wszystkim zaś uważam, że jeśli ktoś jest beksą, nie powinien pchać się na najwyższe urzędy w państwie.

Dość popularna teza głosi, że wielu satyryków umarło razem z PRL-em.
Umarli najsłabsi, którzy i tak by umarli, nawet gdyby był PRL. Wolność słowa tylko przyspieszyła ich upadek. Trzeba pamiętać o paradoksie: najsłabsi satyrycy istnieli tylko dzięki cenzurze. Taki satyryk stał na scenie, chrząkał, milczał, robił miny, sugerując, że w tym miejscu miał dowcipny tekst, ale mu wycięli. A Wojtek Młynarski nie robił min. Dlaczego Młynarski? Bo mam anegdotę na jego temat. W piosence "Puzzle" opisywał taki obrazek: "lasek, rzeczka, za zakrętem robotnicy z transparentem". Cenzura wycięła mu "robotników z transparentem", bo z klasy robotniczej śmiać się nie było wolno. Wojtek rozmawiał więc z nimi, kto mógłby tam się znaleźć: "przodownicy z transparentem" - też nie. "Pracownicy?" Nie, nie. Wreszcie zdenerwowany Młynarski mówi: "A krasnoludki z transparentem mogą być?". "O, widzicie, bardzo dobrze". W ten sposób powstał jeden z zabawniejszych dowcipów.

Pan też z cenzurą negocjował?
Nie było innej możliwości. W marcu 1968 roku, już po zdjęciu "Dziadów", kiedy nawet "Przegląd Pszczelarza" był cenzurowany w KC, przyniosłem do cenzury tekst mojej nowej sztuki "Kochany panie Ionesco". Wicedyrektor od teatrów, pan Rusinow, mówi do mnie: "Towarzyszu Tym - bo oni do wszystkich mówili towarzyszu. - Idźcie do domu. Was tu nie było. Tak się umówmy. Przecież się lubimy". Po prostu bał się podjąć jakąkolwiek decyzję w tym momencie. Byłem jednak bezlitosny, tekst zostawiłem do ocenzurowania.

I jaki był efekt?
Po dwóch tygodniach dyrektor Rusinow przyjmuje mnie z uśmiechem: "Czytam wasze sztuki od początku, no, ale wiecie, ogromny postęp. Świetne, śmieszne, dowcipne! Powiem wam prywatnie, że dałem żonie do czytania i śmiała się, a ona przecież cywil. No, siadajcie". I komunikuje mi oficjalnym tonem, że to pesymistyczna sztuka i nie zgadza się na jej wystawienie. Pomogła dopiero interwencja u szefa cenzury.
Więcej, na przykładzie STS-u, demonstrowano też cenzorom z mniejszych województw, co można puszczać i dlaczego. Dzwoniono z Mysiej i pytano: czy nie macie ze 20 miejsc na przedstawienie, "bo mamy wycieczkę towarzyszy cenzorów z Rzeszowa?".

Ale nie zawsze ta znajomość pomagała?
Oczywiście. W STS-ie całe przedstawienia zatrzymywali. Jeszcze gorzej było z filmami, bo - jak mawiał Lenin - film jest najważniejszą ze sztuk. Do "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" wrzucaliśmy ze Staszkiem Bareją sceny wywalone nawet z powodów technicznych, byle zapchać czymś film zmasakrowany przez cenzurę i wydział kultury KC. Ale czasem nawet pozytywna opinia cenzury nie pomagała.

Jak to?
Na premierę "Nam nie jest wszystko jedno" do STS-u przyszła Zofia Gomułkowa. Efekt: następnego dnia przedstawienie zdjęto. Nie spodobało się pani Zofii. Taka wizyta to zresztą nie była żadna nowość. W STS-ie bywali wszyscy: Kołakowski, Słonimski, Konwicki, Bardini i Józef Kępa, I sekretarz komitetu warszawskiego. Ten miał zawsze potrzebę "normalnej rozmowy" po przedstawieniu. Więc on mówił, a my kiwaliśmy głowami, bo co mieliśmy robić.

Nie mieliście obaw, że uwiarygadniacie PRL?
Oczywiście, że w jakimś sensie biliśmy się "o ludzką twarz socjalizmu", ale ta gra w ciuciubabkę na tym polegała. Chcieliśmy powiedzieć jak najwięcej, udawaliśmy więc, że chodzi o "drobne mankamenty, które nie mogą przesłonić nam morza pozytywów".

Od ilu lat jest pan obszarnikiem?
Od ponad trzydziestu. Mam na Suwalszczyźnie niecałe 5 hektarów ziemi VI klasy, nieuprawianej, bo tam nikt już nie uprawia ziemi. Kiedy się tam pojawiłem, to nie było żadnego telewizora, traktora, samochodu ani nawet trzeciej fazy prądu - były same żarówki. Dziś nie ma ani jednego konia, a ja byłem ostatnim, który sobie zainstalował telewizor. Doceniamy swoją ciężką pracę, bo jak oni wstają koło czwartej do obrządku, to u mnie dopiero gaśnie światło.

Nie żal panu Warszawy?
Nie, bo mojej Warszawy już nie ma. Ja tu przeżyłem okupację i powstanie. Styczeń 1945 i wejście Armii Czerwonej zastało nas w Ożarowie. Matka, jak dawniej przed Niemcami, tak teraz ukrywała się przed Rosjanami, ale było łatwiej, bo przed bolszewikami wystarczyło schować się w szafie, a oni i tak nie wiedzieli, co to jest i nie umieli tego otwierać.

Straszny z pana antykomunista.

Ojciec mnie tego nauczył. Przecież to coś okropnego, ten komunizm. Lenin był pierwszym w świecie terrorystą, jak dziś bin Laden - żadnych skrupułów, strzelanie do człowieka było dla niego oczywistością.

Jest pan z czegoś szczególnie dumny?
Z tego, że zawodowo piszę, co jest nadzwyczajnym, cudownym darem od losu.

Studiował pan prawie wszystko.
Jak pan wie, przeszedłem przez wiele instytutów naukowych, lecz niczego nie skończyłem.

Jest nas paru. I co mi pan tu opowiada o inteligencji?
Przepraszam bardzo, zagalopowałem się, proszę to wykasować [śmiech]. Przez rok pracowałem jako robotnik u Wedla w dziale "pieczywo cukiernicze". Maturę zdałem w 1953, miałem niespełna 16 lat, bo po wojnie poszedłem od razu do IV klasy. Zdawałem na chemię na politechnikę, studiowałem ją zresztą dwa razy. Nigdy nie dochodziłem dalej niż do drugiego roku. Ze szkoły aktorskiej wylano mnie po czterech semestrach za brak postępów w nauce. Najkrócej byłem na przetwórstwie spożywczym na SGGW.

To w ramach konkursu na najbardziej absurdalny kierunek studiów?
Pracowałem w Wedlu i nie chciałem iść do wojska, więc zgosiłem się do SGGW, mówiąc, że właśnie połknąłem bakcyla przetwórstwa. Przyjęli mnie na drugi semestr, dostałem indeks, legitymację i poszedłem na pierwsze zajęcia. Było to laboratorium mikroskopowe, gdzie obejrzałem lancetnika w kilku przekrojach, narysowałem go, opisałem i tyle mnie widzieli. Wojsko miałem załatwione, więc nie pojawiłem się więcej na zajęciach. Składałem też papiery na wydział włókna Politechniki Łódzkiej, zdawałem do studium nauczycielskiego w Warszawie na wydział rysunku i prac ręcznych. Wszystko w ucieczce przed zasadniczą służbą wojskową. Udało mi się.
Na wszystkich tych kierunkach był jeden wspólny przedmiot - marksizm-leninizm. Doszedłem do takiego poziomu wiedzy na ten temat, byłem tak obcykany z "Krótkiej historii WKP(b)", że i dziś mógłbym startować z powodzeniem w jakimś konkursie.

Nie miał pan pokus, by się jakoś ułożyć z władzą?
Nigdy, najmniejszych. To byli dla mnie okupanci. Nie byłem specjalnie walczący, nie siedziałem w więzieniu, nie bito mnie. Owszem, podpisałem w 1975 roku list przeciwko zmianom w konstytucji PRL. Dostałem wtedy zakaz występów w radiu, zdjęli mi sztukę, troszkę mnie potargali, ale krótko. To były właśnie te epizody ginące w morzu pozytywów (śmiech).

Jeździ pan na spotkania autorskie?
Bywam. Dawno temu wydzwaniali do mnie z uczelni w Sopocie, że koniecznie muszą się ze mną spotkać, bo jestem tam tak popularny, że studenci spokoju nie dają. Pojechałem, a na drzwiach plakat zapraszający na spotkanie ze Stefanem Tynfem. Wszedłem więc, rozpocząłem spotkanie i na początek powiedziałem, że pan Stefan nie mógł przyjechać i w zastępstwie przysłał mnie.

O czym pan na tych spotkaniach opowiada?
Choćby o tym, jak w latach 70. prowadziłem wieczorki "Karuzeli warszawskiej". Pod egidą "Expressu Wieczornego" organizowano w peryferyjnych dzielnicach stolicy cykl spotkań z aktorami i pisarzami. Kiedyś pisarka Magdalena Samozwaniec zaskoczyła mnie, mówiąc publicznie, że zapomniałem zadać jej najważniejszego pytania. Zbaraniałem, przeprosiłem ją i widzów i przyznałem, że nawet nie wiem, o jakie chodzi. Ona na to, że nie spytałem o jej hobby. "To jakie jest pani hobby?". Na co znana pisarka odpaliła mi: "Moje hobby to jest to, co się w łóżku robi".

Przepraszam, ale ja też nie spytałem o pana hobby.
Nie szkodzi. Niech pan pyta.

To jakie jest pana hobby?
(cisza) Kamienie.

W nerkach?
Dobre (śmiech), ale ja mówię serio. Od lat zbieram kamienie. Zwożę sobie z całego świata. W Kuwejcie mnie przez to zaaresztowali, bo celnicy na lotnisku odkryli wielki kamień, który próbowałem wywieźć. Dopiero tamtejszy przedstawiciel LOT-u wytłumaczył im, że jestem aktor i dał im do zrozumienia, pukając się w czoło, że jestem kompletnym wariatem. No i puścili mnie.

Jak widać po spotkaniu z panią Samozwaniec niełatwo by prezenterem.
Niełatwo. Przekonałem się o tym po raz kolejny kilka lat temu, kiedy robiłem w amfiteatrze w Mrągowie duży koncert, z dokręcanymi materiałami filmowymi, z telewizją. No i TVP chciała to rozreklamować, więc zaprosili mnie do Warszawy, bym o tym opowiedział. Przyjeżdżam ponad 300 kilometrów i przed nagraniem znana prezenterka mówi do mnie: "To o co mam pana pytać?". "Wszystko jedno, o co pani chce". Ona brnie dalej: "Ale może na czymś panu zależy?". Mówię że nie, że to oni mnie zaprosili, ale po chwili takiej rozmowy orientuję się, że ta pani zupełnie nie wie, o czym rozmawiać i opowiedziałem jej o koncercie. Zadowolona pyta mnie więc, czy coś mnie podczas jego realizacji zaskoczyło. Mówię, że tak, że zdumiony byłem świetną formą i energią na scenie Karin Stanek. "Mógłby pan powtórzyć nazwisko tego pana?". I wtedy spytałem, dlaczego właśnie ją wyznaczyli do rozmowy ze mną. "Bo ja się specjalizuję w estradzie".

Niemożliwe.
Tak było. Opowiedziałem tę historię gościom mojego przyjaciela. Zakończyłem ją jakoś w ten sposób, że pewnie będą państwo zaskoczeni jakie kadry ma telewizja, na co przerwała mi jedna pani, mówiąc, że ona nie będzie zaskoczona. "Bo ta prezenterka to moja córka".

*Stanisław Tym, satyryk, aktor, reżyser i felietonista. W latach 50. studiował w Warszawie, m.in. chemię na Politechnice Warszawskiej, przetwórstwo na SGGW, a także na Wydziale Aktorskim PWST. W czasie studiów pisał teksty i występował w kabaretach studenckich. Był też bramkarzem i szatniarzem w klubie studenckim Stodoła. W latach 1960-1972 był aktorem, autorem i reżyserem warszawskiego Teatru STS oraz Kabaretu Owca. W latach 1984-1986 dyrektor Teatru Dramatycznego w Elblągu