Anonimowy kupiec wyłożył na aukcji w Christie's 106,5 mln dol. za "Nu au plateau de sculpteur" Pabla Picassa. Wcześniejszy rekord świata utrzymywał się aż sześć lat. Od czasu gdy dokładnie 104,1 mln dol. zapłacono za "Chłopca z fajką" tego samego autora.

Trudno o więcej dowodów, że rynek sztuki nie tylko wyszedł z kryzysu, ale też pojawił się na nim nowy boom inwestycyjny. Jednak po doświadczeniach z zeszłego roku inwestorzy powinni być ostrożniejsi. Kryzys na światowych rynkach finansowych udowodnił, że sztuka to inwestycja intratna, ale niekoniecznie bezpieczna.

– Rynek sztuki ruszył w górę wraz z muzealnymi i indywidualnymi zakupami w pierwszym kwartale 2010 r. Będą one kontynuowane w dalszej części roku, niezależnie od globalnych wskaźników ekonomicznych – mówi „Dziennikowi Gazecie Prawnej” Janet Smith, właścicielka amerykańskiej firmy Janet Gwendolyn Smith Art zajmującej się doradztwem inwestycyjnym. Koniunktura jest dziś lepsza, niż zakładali analitycy. 4 maja tego roku, w dniu, w którym indeks Dow Jones World zanotował spadek o 2,5 proc., dom aukcyjny Christie’s znalazł się na pierwszych stronach amerykańskich gazet. Wieczór licytacji prac z kategorii „Impressionist & Modern” okazał się rekordowy i przyniósł 335 mln dol. Sprzedano 81 proc. oferowanych dzieł. Dzień później Sotheby’s dołożył 190 milionów. W maju na różnych aukcjach padło także wiele rekordów dla poszczególnych artystów. Za 32 mln dol. sprzedano obraz Andy’ego Warhola. To najwyższa cena, jaką kiedykolwiek uzyskał jego autoportret. Również obrazy Marka Rothki (28 mln), Jakcsona Pollocka (8 mln) i Agnes Martin (2 mln) sprzedawały się za cenę dwukrotnie wyższą od tej, jaką zamierzały osiągnąć domy aukcyjne.

...czytaj dalej


Kolekcja Lehman Brothers

Nie zawsze jednak sprawy idą tak dobrze. Na sztuce można sporo stracić. Pokazuje to historia Banku Lehman Brothers. Ta mniej znana. 25 września w nowojorskim oddziale Sotheby’s syndyk masy upadłościowej Lehman Brothers zamierza urządzić wielką wyprzedaż dzieł, w które bank inwestował od wczesnych lat 90. To 400 prac głównie z zakresu sztuki współczesnej. Przodują w nich nazwiska Damiena Hirsta, Gerharda Richtera, Richarda Prince’a, Takashiego Murakamiego oraz Johna Currina. Problem w tym, że większa część kolekcji banku Lehman to sztuka, która najbardziej straciła w ostatnim czasie na wartości. Damien Hirst, najbogatszy żyjący artysta świata, w 2008 r. sprzedał na aukcjach dzieła o wartości 270 mln dol. W 2009 r. – tylko za 18 mln. W tym roku najprawdopodobniej nie udało mu się osiągnąć nawet połowy tego wyniku.

Przykład kolekcji Banku Lehman jest więc świetnym dowodem na ryzyko, które niesie ze sobą inwestowanie w prace artystów drugiej połowy XX wieku. Według raportu przygotowanego w maju przez pismo „The Wall Street Journal” także Richard Prince zalicza się do twórców, których prace gwałtownie traciły na wartości. W 2008 r. jego prace sprzedane na aukcjach były warte 68 mln dol. Rok później – już niecałe 12. Stracili również inwestorzy, którzy wkładali pieniądze w prace duńskiego mistrza fowizmu Keesa Van Dongena, norweskiego malarza Edwarda Muncha oraz francuskiego artysty Pierre’a Bonnarda. Syndyk banku liczy na odzyskanie 10 mln dol. Ile Lehman Brothers zainwestował, nie podano. Z pewnością była to jednak wielokrotność tej sumy.

– Rynek sztuki współczesnej można porównać do holenderskiej tulipanowej gorączki z XVII wieku. Nowa, bogata klasa średnia rzuciła się wtedy na tulipany. Ich wartość zaczęła wzrastać, inwestorzy i spekulanci weszli na rynek. Ceny znów zaczęły szybować. Aż cebulka tulipana kosztowała tyle co dom. Wtedy inwestorzy zauważyli, że rynek został przeszacowany, i wszystko się załamało – tłumaczy w rozmowie z „DGP” Ben Lewis, krytyk sztuki, autor głośnego filmu dokumentalnego „Rozdęty rynek sztuki współczesnej”.

...czytaj dalej


Załamanie nie dotknęło jednak całego rynku. Obrazy mistrzów, Pabla Picassa, Pierre’a Augusta Renoira i Claude’a Moneta utrzymały swoje ceny. Z żyjących artystów najwięcej na wartości zyskał Jasper Johns. W tym roku jeden z jego obrazów z serii „Flag” sprzedał się za 28 mln dol. Mimo że zakładano zaledwie 15 mln.

Johns to od lat jeden z inwestycyjnych pewniaków. 9 listopada 1988 r. ten amerykański minimalista został najdroższym żyjącym artystą. Jego obraz „White Flag” sprzedał się w domu aukcyjnym Christie’s za 7 mln dol. Do tamtej pory prace żyjących twórców rzadko osiągały pułap 5 mln. Lecz kolejnego wieczora Johns pobił swój własny rekord. Praca „False Start” na licytacji w Sotheby’s poszła za, bagatela, 17 milionów dolarów! W 2006 r. ten sam obraz ponownie wystawiony na aukcję został kupiony przez anonimowego kolekcjonera za 80 mln dol. I tym samym wdarł się do dziesiątki najcenniejszych prac w historii sztuki. Zaraz za dziełami Gustawa Klimta i Francisa Bacona, ale przed najdroższym z Rubensów.

Artystyczne przekręty

Niecałe dwie dekady wystarczyły, by wartość pracy Johnesa wzrosła niemal pięciokrotnie. Takiego zarobku nie gwarantują żadne inwestycje w akcje. Ale naiwnością byłoby myśleć, że zawsze należy iść tropem aukcyjnych wyników. – W długiej perspektywie cena może faktycznie odzwierciedlać wartość dzieła sztuki, lecz w przypadku nowych artystów jest wiele innych czynników, które podbijają stawki: moda, podaż i kaprysy kolekcjonerów – mówi „DGP” William MacDougall, szef londyńskiego domu aukcyjnego MacDougall’s. W praktyce oznacza to, że sprzedanie za rekordową sumę jednej pracy danego artysty nie pociąga za sobą koniunktury na inne jego dzieła. Nawet jeśli pochodzą z tego samego okresu i reprezentują identyczną wartość artystyczną. Najlepszym przykładem jest rekordowa cena za rzeźbę Alberto Giacomettiego. Identyczną rzeźbę, jak ta sprzedana w Sotheby’s, tego samego dnia kupił anonimowy kolekcjoner w nowojorskiej Gagosian Gallery. Tyle że za dużo mniej, bo 45 mln dol. Skąd taka rozbieżność w cenie? Górę mogły wziąć ambicje licytujących, choć Ben Lewis podejrzewa, że mogło dojść do manipulacji: – Moje wątpliwości budzą ogromne ceny Giacomettiego i ostatnio sprzedanych prac Warhola. Wielu dilerów sztuki ma interes w tym, by odbudować ten rynek. Nie jest powiedziane, że nie działają razem i nie podbijają cen.

...czytaj dalej


Jedna z tego rodzaju historii dotyczyła osobiście Damiena Hirsta. Jego praca „For the Love of God”, wysadzana dziewięcioma tysiącami diamentów czaszka, sprzedała się trzy lata temu za 100 mln dol. Rynek zareagował szybko – popyt na prace artysty zwiększył się kilkukrotnie. Właśnie wtedy Hirst zorganizował bezprecedensową aukcję. Stał się pierwszym artystą, który omijając dilerów i galerie, wystawił swoje dzieła na sprzedaż. Zgarnął za jednym zamachem 111 milionów funtów. Dopiero w zeszłym roku wyszło na jaw, że sprawa z rekordową czaszką była zwykłą manipulacją. Za tajemniczym konsorcjum, które ją kupiło, stał sam Hirst, chcący podbić cenę własnych dzieł. Po ujawnieniu sprawy przez brytyjskie media ceny jego prac poleciały w dół.

Takich przypadków rynek sztuki współczesnej zna coraz więcej. Jose Mugrabi, największy na świecie kolekcjoner prac Warhola, przyznaje się do manipulowania cenami dzieł mistrza pop-artu. Zbierając swoją kolekcję, niejednokrotnie celowo przepłacał. Wszystko po to, by podnosić wartość posiadanych prac i w przyszłości sprzedać je z zyskiem. Choć stosowanie podobnych trików na rynku papierów wartościowych jest zakazane, na aukcjach sztuki wciąż uchodzi płazem.

– Brakuje obiektywnej wyceny dzieł. W czasie aukcji często decydują emocje. Świetnym przykładem z naszego podwórka jest Malczewski czy obrazy Brandta za ponad milion dolarów. To są kwoty nie do powtórzenia – mówi „DGP” Krzysztof Maruszewski, dyrektor działu inwestycji alternatywnych Wealth Solutions, firmy z branży doradztwa finansowego. Maruszewski przyznaje, że sztuką nie interesuje się w Polsce jeszcze zbyt wielu klientów. Inwestują głównie ci, którzy posiadają już aktywa w postaci akcji. W skali kraju – około 100 osób. Dlaczego tylko tyle? – Ryzyko jest tu większe niż w przypadku akcji. Są możliwe duże przebitki, ale też spore straty. Jednak przy maksymalnej dywersyfikacji koszyka, włożeniu 20 proc. w sztukę mistrzów, a resztę w młodych artystów, a także przy założeniu długiego, 10-letniego okresu inwestycji ze spokojem można zyskać 100 procent zarobku – zapewnia.

...czytaj dalej


Polacy też są w cenie

Nad rynkiem akcji inwestycje w sztukę mają jednak zasadniczą przewagę. Sprzedaż dzieła sztuki po sześciu miesiącach od zakupu jest zwolniona z podatku. A polski rynek sztuki, dopiero się rozwijający, ale już dostrzegany na Zachodzie, potrafi zaskoczyć sporymi wzrostami cen dzieł rodzimych artystów. Młody artysta Peter Fuss w 2007 r. przygotował pracę „For the Laugh of God”, plastikową czaszkę wysadzaną cyrkoniami, która zresztą była parodią dzieła Hirsta. Kilka jej egzemplarzy sprzedało się po 2 – 3 tysiące euro. Już kilka miesięcy później dwie z kopii zostały kupione na londyńskich aukcjach za 19 i 8 tysięcy funtów. Obraz Stanisława Ignacego Witkiewicza „Udzielny byk na urlopie – portret Leona Chwistka” w przeciągu dziewięciu lat pojawiał się trzykrotnie na aukcjach. Po pięciu latach wartość skoczyła o 239 proc., po dwóch kolejnych o 88, i wreszcie po następnych dwóch – o kolejne 100. Spore przebicie notują cały czas obrazy Wilhelma Sasnala, prace Piotra Uklańskiego czy Mirosława Bałki. Warto przypomnieć, że właśnie w czasach ekonomicznego kryzysu nieznany nabywca zapłacił aż 713 250 funtów za trzy „obrazy liczone” Romana Opałki z cyklu „1965/1-nieskończoność”. To absolutny rekord za pracę polskiego artysty. Transakcja miała miejcse w Wielkiej Brytanii. Inwestując w rodzimą sztukę, warto więc zwracać uwagę na jej notowania właśnie na światowych rynkach, a nie tylko lokalnym.

Można też inwestować, nie mając o sztuce pojęcia. Pomogą nie tylko doradcy, ale także fundusze inwestujące w dzieła. Jedną z największych tego typu instytucji na świecie jest londyńska The Fine Art Group. Zarządza 100 mln dol. zainwestowanymi w sztukę. Posiada obrazy i rzeźby warte od kilku tysięcy do kilku milionów dolarów za sztukę. Kupuje je na rynkach całego świata, od Europy przez Amerykę po Azję. Prace wielkich twórców są przechowywane w magazynie lub pokazywane na organizowanych przez grupę wystawach. Nie trafiają jednak do właścicieli. Ci mogą się cieszyć jedynie zyskiem.

...czytaj dalej


Grupa zarządza czterema różnymi funduszami. Dla trzech z nich, inwestujących w sztukę światową, minimalny wkład wynosi 250 tys. dol. Dla czwartego – skupiającego się na sztuce z Chin oraz Bliskiego Wschodu – 100 tysięcy. W przypadku Fine Art Fund I upłynął już wyznaczony okres inwestycji i jest ona zamknięta dla inwestorów. Jej średnia roczna stopa zwrotu z aktywów sprzedanych wynosi 34 proc. Zbycie wszystkich aktywów nastąpi w ciągu 4 – 9 lat. Ale firma może pozbyć się części obrazów już nawet następnego dnia po zakupie.

– Jedną z naszych najbardziej interesujących transakcji było dzieło dawnego mistrza zakupione za 4,9 mln dol. i sprzedane za 6 mln dol., zanim jeszcze zakończyliśmy płatności – chwali się w rozmowie z „DGP” Philip Hoffman, dyrektor generalny The Fine Art Group. To jedna strona medalu. Druga jest mniej pozytywna dla inwestorów. Dziennikarze „The Wall Street Journal” zauważyli, że struktura opłat jest podobna do tej, którą posługują się kontrowersyjne fundusze hedgingowe. The Fine Art Group pobiera 2 proc. prowizji od samego zarządzania. 20 proc., gdy fundusz zarobi 6 proc. Tym razem inwestora nie omija także podatek, bo wkłada pieniądze w fundusz, a nie bezpośrednio w dzieło sztuki.

A co z jego wartością artystyczną – wypada spytać dla przyzwoitości. Nie oszukujmy się, ta liczy się coraz mniej. – Sztuka to dziś towar. Dzieła sprzedające się najlepiej w Deitch Co. (popularna wśród milionerów nowojorska galeria wystawiająca znanych współczesnych artystów – red.) to sztuka, która dobrze wygląda na ekranie komputera. Większość dużych kolekcjonerów jest tak zajęta w swoich biurach, że nie ma czasu oglądać prac w galeriach – twierdzi w rozmowie z „DGP” Charles Darwent, krytyk brytyjskiego dziennika „The Independent”. Wychodzi na to, że dziś największą sztuką jest na sztuce dobrze zarobić.