12 października tego roku świat informatyki stracił jednego ze swoich bohaterów. Człowieka, którego działalność zmieniła oblicze komputeryzacji. Historyk informatyki Paul Ceruzzi wspominał go tak: „Gdyby pod mikroskopem zbadać wnętrze komputera, wszędzie zobaczylibyście jego pracę”. Nazywał się Dennis Ritchie, był współtwórcą języka programowania C oraz systemu Unix, który – w takich produktach jak Linux czy Mac OS X – jest używany do dziś. Jego śmierci nie zauważył nikt poza grupą specjalistów z branży.

Zmarły siedem dni wcześniej Steve Jobs trafił na okładki wszystkich gazet świata. Jego biografia, nad którą Walter Isaacson pracował przez kilka lat, ukazała się na amerykańskim rynku trzy tygodnie później. Bez wątpienia Jobs na biografię zasłużył. Był jedną z najbardziej rozpoznawanych postaci amerykańskiego życia publicznego, ikoną branży komputerowej, biznesu, popkultury. Egocentryk, perfekcjonista, dziwak. Uwielbiany i znienawidzony.

Jobs dał Isaacsonowi swoje błogosławieństwo, wielokrotnie z nim na potrzeby książki rozmawiał, ale nie jestem pewien, czy z ostatecznego efektu byłby w pełni zadowolony. Biografia daje bowiem co prawda portret człowieka utalentowanego, sprytnego, obdarzonego nietuzinkową osobowością, ale też despotycznego, chimerycznego, kompletnie niezważającego na potrzeby innych.

Książka Isaacsona jest biografią fascynującą. Znajdziecie w niej Jobsa takiego, jakiego znacie z mediów: perfekcjonistę dbającego o detale, nie zważając na koszty (to przynajmniej uzasadnienie, dlaczego produkty Apple’a są zdecydowanie droższe niż konkurencji), obsesyjnie dążącego do doskonałości. Genialny strateg, który spełniając swoje marzenia, kazał milionom klientów uwierzyć, że spełnia także ich sny o perfekcyjnym produkcie.

Jest tutaj Jobs, który tygodniami dogaduje porozumienie z grupą U2 i Jobs, który wymaga, by maszyny w fabryce komputerów zostały przemalowane na inne kolory niż beże i szarości. Jest Jobs, który twardo negocjuje warunki współpracy z IBM-em czy Microsoftem, i Jobs histeryk, który na słowa krytyki – także ze strony swoich współpracowników – reaguje płaczem na zebraniach zarządu Apple’a, udaje się do Indii w poszukiwaniu guru albo chodzi na „terapię pierwotnym krzykiem”. Wreszcie Jobs, który z niedomytego hipisa (gdy pracował w Atari, szefowie kazali mu przychodzić na nocną zmianę, by nikt nie musiał z nim siedzieć w jednym pokoju), zmienił się w bywalca salonów, przyjmowanego przez prezydenta Reagana, a na swoje 30. urodziny zapraszającego na prywatny koncert Ellę Fitzgerald.

Nie ma wątpliwości, że bez Steve’a Jobsa branża komputerowa wyglądałaby inaczej – ale nie byłoby też jego sukcesu bez wielu wybitnych współpracowników, ze Steve’em Wozniakiem, projektantem pierwszego komputera Apple na czele. Jobs zwykł zapominać o swoich przyjaciołach. Isaacson o nich pamiętał.

STEVE JOBS | Walter Isaacson | przeł. Przemysław Bieliński, Michał Strąkow | Insignis 2011