Jak przekonują pomysłodawcy, przyznanie Różewiczowi doktoratu honorowego uczelni plastycznej nie powinno dziwić, gdyż związki jego twórczości ze sztuką są bardzo bliskie. Co więcej, twórczość autora "Kartoteki" jest także wyjątkowo inspirująca dla samych plastyków, o czym świadczy wystawa "Grafiki dla Różewicza", której wernisaż odbędzie się jutro na wrocławskiej ASP. Pokazane zostaną graficzne i multimedialne interpretacje utworów Różewicza, m.in. znakomite, klasyczne już plakaty z lat 70. Jana Jaromira Aleksiuna i Macieja Urbańca do przedstawień dramatów Różewicza. Wiele z tych prac to klasyka polskiego plakatu. Także jutro odbędzie się premiera krótkometrażowego filmu w reżyserii Alana Urana, studenta wydziału grafiki wrocławskiej ASP, "Ocalony". Inspiracją scenariusza krótkiej fabuły stały się wydarzenia z życia Tadeusza Różewicza przypadające na lata II wojny światowej.

Uwieńczeniem obchodów będzie premiera dwujęzycznego, polsko-niemieckiego autorskiego wyboru wierszy "Nauka chodzenia" z ilustracjami Eugeniusza Geta-Stankiewicza, wybitnego grafika, którego z Różewiczem łączy od lat bliska współpraca. Oprócz intrygującej formy książka ma też zaskakującego wydawcę. Jest nim Biuro Literackie - oficyna znana z głównie z promocji autorów młodych, zbuntowanych bądź poszukujących, tworzących na uboczu głównego nurtu. Czyli takich, którzy fascynują swoją niepokornością zbuntowaną młodzież. A Różewicz już dawno przecież został okrzyknięty i klasykiem, i "pomnikiem", co w powszechnym mniemaniu oznacza obiekt z muzeum literatury. Książka jednak dowodzi, że zdecydowanie przedwcześnie. Bowiem Tadeusz Różewicz jest nadal młody i przekorny.


Andrzej Zawada, eseista, historyk literatury, juror nagrody literackiej "Angelus":
Poezja Różewicza niezmiennie bierze się z uniwersalnego przekonania, że pisanie ma sens wtedy, kiedy trzyma się rzeczywistości. Odnotowując w dzienniku pod datą 14 maja 1958 r. swoje kłopoty z cenzurą, poeta westchnął: "Nieszczęsny, uparłem się pisać z sensem (często moralnym, politycznym itp.). Dobrze ci tak, stary realisto!". W obszernym tomie poetyckim Tadeusza Różewicza "Wyjście" (2004) znajdziemy kilka poematów i parę wierszy, które tworzą wyrazistą grupę tekstów zdecydowanie nielirycznych. Należą do niej "Strachy na lachy", "Rozmowa ojca z synem o zabijaniu czasu", "Przecieram oczy", "Główka pracuje"... Można w niej widzieć dominację spojrzenia satyrycznego, skierowanego na współczesną rzeczywistość preparowaną przez media.

Z widoczną satysfakcją wytrawnego ironisty Różewicz komponuje narracyjne kolaże z informacyjnych prefabrykatów, tak je dobierając, by odwołać się do powszechnej ich znajomości. Czytelnik musi czuć się zaskoczony obecnością w tekście poetyckim tak zwanych ikon zbiorowej świadomości. Ich banał wydobywa poeta poprzez zawsze dla jego wierszy charakterystyczne wyliczenia i zestawienia. Cytując i zderzając wzajemnie te współczesne "skrzydlate słowa" z billboardów i telewizyjnych reklam, umieszczając je w samodzielnych wersach, poeta okrutnie obnaża ich żałosne ubóstwo. Językowa nieporadność naszego otoczenia emanuje zasmucającą śmiesznością ułudy.

Dokumentujące masową wyobraźnię poematy z tomu "Wyjście" utrwalające strumień potocznej mediamowy nie są w twórczości autora "Twarzy" nowością. Znajdziemy je we wcześniejszych tomach, takich jak "Szara strefa" (2002), "Nożyk profesora" (2001), "Zawsze fragment. Recycling" (1998). Zawierają całkiem sporo utworów, które pod działaniem czasu z przesyconych aktualnością felietonowych opowieści przemieniają się w przypowieści.

Tadeusz Nyczek, krytyk literacki:
Różewicz jest oczywiście za pełny, za rozległy, żeby dało się w paru zdaniach powiedzieć, na ile jest dziś pożywny jako dostarczyciel form i idei. To tak jakby zapytać: przyda się jeszcze komu Leśmian? Albo Czechowicz? Albo Baczyński? Albo Miłosz? Albo Iwaszkiewicz? Pytania jakby nie na miejscu... Weźmy Różewicza poetę. Jest ich co najmniej dwóch: ten od "Niepokoju" po "Regio" (1947 – 1969) i ten, po dwudziestoparoletniej przerwie, od "Płaskorzeźby" (1991) po dzień dzisiejszy. Tamten pierwszy już klasyk, autor zbiorowego arcydzieła pod tytułem "Mój strzaskany świat". Arcydzieło jest już zamknięte i myślę, że dla nowych pokoleń będzie czymś w rodzaju "Liryków lozańskich" czy "Kwiatów polskich". Ten drugi Różewicz wciąż zmaga się z tematem pod tytułem "Ja i wasz parszywy świat". Tu już można odnaleźć bliższe współczesności realia, choć wyprawa w te rejony przypomina raczej błądzenie po wielce zagraconej piwnicy, gdzie nadzwyczajne znaleziska sąsiadują z kawałkami mebli, workami stęchłych kartofli i kuframi z nieużywaną odzieżą. Różewicz wdał się bowiem w jawne szydzenie z marności naszych czasów; przysparza mu wprawdzie sporo sympatii wśród wrodzonych weredyków, ale dlaczego tak często popada przy tym w wielosłowie? – właśnie on, niegdysiejszy mistrz esencji! Natomiast wciąż rośnie jego dramaturgia i właściwie nie ma tekstu, z którego teatr nie mógłby mieć większego pożytku niż z setek współczesnych przelotnych dramatów. "Kartotekę" przy niewielkich zabiegach da się przepisać na każde pokolenie doświadczone zakłamaniem i pozoranctwem swoich czasów. "Stara kobieta" jest nadal arcydziełem przekleństwa cywilizacyjnego nadmiaru, któremu, o ironio, przeciwstawiona jest główna bohaterka jako żebraczka! "Rajski ogródek", "Nasza mała stabilizacja", "Wyszedł z domu", "Głodomór", "Pułapka"... Wszystko jest do grania, byle dotrzeć do wielopokładowych sensów, a nie ślizgać się po powierzchni słów, co dziś zdaje się potoczną praktyką. To bowiem, co wystarcza na Demirskiego czy Wojcieszka, już rozbija się na Różewiczu; szkoda poprzestawać na zlizywaniu lukru z szarlotki.

Julian Konhauser, poeta, krytyk, juror Nagrody Literackiej "Angelus":
Osiemdziesięciosześcioletni Tadeusz Różewicz jest żywym klasykiem. Żywym klasykiem? No właśnie. Zajmując niepoślednie miejsce w historii powojennej literatury (nie tylko polskiej), stając się autorem pomnikowym, bohaterem szkolnych podręczników, wcale nie zastygł w swej hieratyczności, odwrotnie – daje dowód ciągle awangardowej postawy, która nie pozwala mu odcinać kuponów, zwracać się do dawno przebrzmiałej przeszłości. Mimo ciągłych ataków na jego twórczość, co jest zresztą dowodem żywej, niepokornej obecności we współczesnej literaturze, jawnych grymasów, a nawet oskarżeń o powtarzanie się czy zanudzanie czytelników, pojawiające się nowe książki poetyckie stanowią przykład mocy twórczej, młodzieńczego entuzjazmu, nieprzepartej chęci dialogu. Proszę zwrócić uwagę na ilość tomów wierszy, które wyszły spod jego pióra w ciągu ostatnich dziewięciu lat: jest ich aż pięć, od “Zawsze fragment. Recycling" (1998) po “Cóż z tego że we śnie" (2006). Każdy z nich otwiera jakąś nową perspektywę, wprowadza zadziwiająco niepokorne, "ostre" tematy, jakże ważniejsze i bardziej nośne artystycznie od wielu modszych poetów. W tomie “Zawsze fragment. Recycling" najbardziej dynamiczny i artystycznie pociągający jest dialog z Miłoszem, a właściwie gawęda o filozofii w poezji, oraz pochwała ciszy, bezdomności w świecie wiersza. Nożyk profesora porusza się na krawędzi prywatności (Porębscy, Nowosielscy, Kraków artystyczny) i "tańca śmierci". W “Szarej strefie" zaskakuje nowy rodzaj poetyckiego wysłowienia, appendix do wierszy Leopolda Staffa, uroczo naiwny hołd złożony "staremu poecie". Wyjście konstruuje poetykę "bieli", która ma być końcem historii, ale jednocześnie wkracza w świat potoczności, masowej, ogłupiającej wyobraźni ("główka pracuje"). Cóż z tego, że we śnie zaś otwiera elegijne wrota śmierci. W najnowszej poezji Różewicza nic się jednak nie kończy, wszystko się zaczyna.