Kwestia nurtująca widzów od czasu premiery poprzedniej autorskiej wersji "Blade’a" z 1992 roku nadal pozostaje otwarta. W nowym filmie ścigającemu androidy Deckardowi (Harrison Ford) znów śni się jednorożec. Zaś w finale uciekający z replikantką, w której się zakochał, policjant znajduje wykonaną przez jego partnera ze służby figurkę orgiami przedstawiającą mitycznego wierzchowca.

W innej scenie przez ułamek sekundy w jego oczach można dostrzec czerwony błysk charakterystyczny dla androidów. Wielu fanów widzi w tym niezbity dowód na to, że zabijający humanoidy Deckard sam był maszyną i finalny "Blade Runner" zapewne utwierdzi ich w dotychczasowych przekonaniach.

Obok autorskich wariantów filmu boks zawiera dwie wersje kinowe z 1982 roku oraz płytę z wywiadami, zdjęcia dokumentujące proces realizacji oraz fragmenty materiałów, które nigdy nie trafiły na ekrany. Dowiadujemy się rzeczy zdumiewających.

Okazuje się, że Ridley Scott początkowo odrzucił propozycję wyreżyserowania filmu, bo przygotowywał się do ekranizacji "Diuny". Zgodził się dopiero po śmierci swojego młodszego brata – rzucając się w wir zajęć, próbował wrócić do równowagi psychicznej.

Praca na planie była drogą przez mękę. W wykreowanym przez Scotta Los Angeles Anno Domini 2019 panował mrok, mgła i nieustannie padał deszcz, związku z czym ekipa realizatorska pracowała w maskach przeciwgazowych i narciarskich goglach.

Zapierająca dech iluminowana piramida korporacji Tyrella w rzeczywistości była atrapą ze sklejki na stole sześciometrowej długości, podświetlaną żarówką o mocy 10 tys. wat. Filmowe samochody miały karoserie z drewna umieszczone na podwoziach volkswagenów.

Chałupniczymi z dzisiejszej perspektywy środkami Ridleyowi Scottowi udało się wykreować wizję zdegenerowanej przyszłości, świata po katastrofie ekologicznej, moralnej i estetycznej, która dała początek wielu nurtom współczesnej popkultury, od kina s.f. po cyberpunk.

W zremasterowanych i autoryzowanych przez reżysera wersjach ta wizja ciągle robi niesłychane wrażenie. Żeby się o ty przekonać, warto zapłacić 250 zł, bo tyle żądają za boks w sklepie.

p

Aktor Rutger Hauer dla DZIENNIKA

"Łowca androidów"? Czy ten film pomógł mi w karierze? Ależ skąd. Przecież „Blade Runner” funkcjonował poza głównym nurtem kina. Więc dzisiejszy sukces i kultowość tego dzieła nie miała dla mnie większego znaczenia. Dopiero teraz odczuwam pewne profity, które w momencie powstawania tego filmu były dla mnie nieistotne.

Zresztą w latach osiemdziesiątych i dziś celowo wybierałem sobie filmy undergroundowe, żeby mieć poczucie, że mam więcej wolności niż jakikolwiek amerykański aktor. Gdyby tak nie było, nie uprawiałbym tego zawodu przez tyle lat.

Ja naprawdę nie oczekuję niczego od nikogo. Mam pracę i ją wykonuje. Wcale nie obchodzi mnie kariera. I nie umiem wytłumaczyć, dlaczego ludzie chcą mnie oglądać na ekranie. Jedno jest pewne - ciągle zatrudniają mnie w najbardziej poświrowanych filmach, jakie mógłbym sobie wyobrazić.