Zawarte w niej teksty celowo jednak ułożono w porządku chronologicznym, a przynajmniej starano się ten porządek jak najdokładniej odtworzyć. Stąd liczne odstępstwa od kolejności przyjętej we wcześniejszych wydaniach, związane z faktem, że pomijane dotychczas utwory wstawiono tym razem w odpowiednie miejsca, kierując się datą powstania lub pierwodruku. Układ taki, zauważa edytor, ma jedną fundamentalną zaletę, pozwala mianowicie śledzić rozwój Nabokova jako prozaika.

Lubiący podkreślać swoją niezwykłość i wyższość intelektualną Vladimir Nabokov zwierzył się kiedyś, że jako pisarz narodził się, mając trzy lata. Wtedy to właśnie matka zaczęła czytać mu na głos wiersze ulubionych poetów. Od tego się ponoć zaczęło. Legenda to iście Nabokovowska, lecz trzymając się faktów: pierwsze zdatne do druku opowiadanie przyszłego autora "Lolity”, otwierające też niniejszy tom - "Leśne echo” - ukazało się w piśmie emigracyjnym "Rul” ("Ster”) 7 stycznia 1921 roku. Podpisane pseudonimem Vlad Sirin. Nabokov miał wtedy 22 lata i do tej pory zdążył już zyskać w Cambridge, gdzie studiował, sławę liryka, którego teksty, o czym wspomina jeden z biografów, "są wtórne, lecz dobrze napisane”.

To, co nie mogło przynieść Nabokovowi sławy jako poecie - wtórność - było też do pewnego stopnia skazą niektórych jego pierwocin prozatorskich. Skazą inną (dla niektórych zapewne: zaletą) był też może wybujały liryzm, pod którego ciężarem uginały się, jeśli nie padały, prozatorskie, nazbyt czasem sentymentalne, konstrukcje. Słychać to i widać w tekstach, takich jak "Słowo”, nostalgicznym, opowiadaniu nawiązującym do pewnych wątków twórczości E.A. Poego czy w na swój sposób niezwykle oryginalnych "Dźwiękach”, impresji, w której Nabokov zademonstrował już charakterystyczną dla niego wrażliwość językową, ale też, jak podaje jeden z badaczy tej twórczości, w stylistyce i klimacie pragnął, niestety, upodobnić się do romantycznego Wordswortha.

Pisał Nabokov w tym krótkim, silnie sensualnym tekście choćby tak: "Zdałem sobie sprawę, że nie masz nade mną żadnej władzy, że nie ty sama jesteś moją kochanką, lecz cała ziemia. Było tak, jakby moja dusza wysunęła niezliczone wrażliwe czułki, jakbym żył we wszystkim, słysząc zza dalekiego oceanu grzmiący łoskot Niagary wraz z szelestem i stukotem długich złocistych kropli, spadających w alejce.

Przelotnie spojrzałem na lśniącą korę brzozy i nagle poczułem, że zamiast rąk mam pochyłe, pokryte mokrymi listeczkami gałęzie, zamiast nóg - tysiące smukłych korzonków wplatających się w ziemię i chłonących jej soki. Pragnąłem przelać się w ten sposób w całą przyrodę, poczuć, co to znaczy być starym borowikiem o gąbczastym, żółtym spodzie kapelusza, albo ważką, albo kulą słońca”. Piękne. Wspaniałe, piękne i tak ekstatyczne, że trudno zgodzić się z Leszkiem Engelkingiem, który w posłowiu stwierdza, iż jako temat dominuje w tych prozach pierwszego okresu Nabokovowskiej twórczości "rozmaicie ujmowana śmierć”.

Na pewno śmierć była dla Nabokova fascynującym tematem, jednak kto wie, czy nie istotniejsze w pierwszym okresie jego twórczości są te doznania jedności ze wszystkim, ekstazy, radości. Wszak w tytułowym "Liście, który nigdy nie dotarł do Rosji” z roku 1924 czytamy także: "Słuchaj: jestem niezmącenie szczęśliwy. Własne szczęście stanowi dla mnie rodzaj zadania. Gdy tak włóczę się po ulicach, placach i ścieżkach nad kanałem, ledwie zważając na to, że przez zniszczone podeszwy wilgoć całuje mnie w stopy, dumnie noszę tę swoją niewysłowioną szczęśliwość”. A w przywoływanych już "Dźwiękach” pisał Nabokov: "Dziś jestem jednią; jutro znów się rozszczepię. Wszystko na świecie przenika się tak i moduluje.

Tamtego dnia płynąłem na grzbiecie fali. Wiedziałem, że całe moje otoczenie tworzy nuty jednej i tej samej harmonii, znałem - w skrytości ducha - źródło i nieuchronne rozwiązanie dźwięków, skupionych na ułamek sekundy w jedną całość, i nowy akord, który miała powołać do istnienia każda z rozpraszających się nut. Muzykalne ucho mojej duszy wszystko wiedziało i rozumiało”. Więc śmierć na pewno - w "Wigilii”, "Powrocie Czorba”, "Detalach zachodzącego słońca”. Ale do tego: zachłyśnięcie się życiem, witalnością bytu, młodością i pięknem. Tak, kiedy wczytać się w tom pierwszy opowiadań autora "Bladego ognia”, wyglądałoby rozłożenie pisarskich akcentów.

W tym znakomicie, co trzeba podkreślić, opracowanym tomie nie brakuje już także opowiadań będących przykładem słynnych, Nabokovowskich gier z czytelnikiem. Poczynając od niedyskretnych mrugnięć w rodzaju: " - Ależ on lubi morze - dodała sotto voce. I w tej samej chwili, z żalem donoszę, raz na zawsze znikła z mojego opowiadania". Aż po skomplikowane zabiegi uniezwyklające w opowiadaniach pisanych bliżej lat trzydziestych zeszłego stulecia: w "Przewodniku po Berlinie" ("jeden z moich najbardziej podstępnych utworów", czytamy w przypisach), "Detalach zachodzącego słońca" (tytuł ten, żartował Nabokov, "rozwścieczy recenzentów"), "Powrocie Czorba" (dogłębnie w posłowiu zanalizował ten tekst L. Engelking).

Intrygująca jest niemal każda strona tej prozy, każde zdanie niesie tu porcję zachwytu, tajemnicy, czasem też melancholii. Gdyby chcieć wybrać fragment najlepiej oddający klimat tego tomu, pasowałby chyba ten z "Dobroczynności", w której umiejętne wcielenie się w postać sentymentalnego zakochanego, myślącego zdaniami w rodzaju: "Miłość, którą cię darzyłem, była pulsującym, wzbierającym ciepłem łez" sąsiaduje z uwagami w rodzaju: "I właśnie wtedy uzmysłowiłem sobie czułość świata, głęboką dobroczynność wszystkiego, co mnie otaczało, błogosławioną więź, łączącą mnie z całym stworzeniem, i pojąłem, że radość, której szukałem w tobie, nie tylko z ciebie emanuje, lecz oddycha wszędzie wokół mnie: w pędzących ulicami dźwiękach, w rąbku komicznie uniesionej spódnicy, w tkliwym, acz metalicznym burdonie wiatru, w nabrzmiałych deszczem jesiennych chmurach.

Zrozumiałem, że świat wcale nie jest walką ani drapieżną sekwencją losowych zdarzeń, tylko migotliwą błogością, dobroczynnym drżeniem, nieocenionym darem, który nam ofiarowano". Do pewnego stopnia może to jeszcze echo Bunina i Turgieniewa, autorów, których Nabokov, jak się wydaje, nie przestał nigdy ani czytać, ani szanować. Na pewno jest w tym też jednak sporo tej wirtuozerii, którą później Nabokov zachwycać będzie w swoich najwybitniejszych powieściach. __________________________________________________________________________

Vladimir Nabokov, "List, który nigdy nie dotarł do Rosji i inne opowiadania. Tom 1", MUZA SA, Warszawa 2007