CEZARY POLAK: Wraz z Eleną Filipovic jest pan kuratorem rozpoczynającego się w kwietniu 5. Biennale Sztuki Współczesnej w Berlinie. Jakim problemom poświęcona będzie tegoroczna prezentacja?

ADAM SZYMCZYK*: Część ekspozycji mieścić się będzie w Neue Nationalgalerie, budynku zaprojektowanym przez Ludwiga Miesa van der Rohe. Data zbudowania – 1968 rok – oraz architektura tego szklanego pawilonu-akwarium mają wymiar symboliczny. Samo miejsce przenosić będzie w obszar refleksji dotyczącej utopii muzeum jako szklanego domu, instytucji bez ścian. Nie sugerujemy artystom tematu, lecz zakładamy, że odpowiedzą w sposób krytyczny albo wejdą w dyskusję z problematyką danego miejsca. Innym obszarem ekspozycji będzie pas nieużytków między dzielnicami Kreuzberg a Mitte, gdzie znajdował się kiedyś mur dzielący Berlin na wschodni i zachodni. To miejsce też jest określone przez dziwną otwartość i – można powiedzieć – fundamentalny brak, rodzaj pęknięcia, które powoli się zabliźnia. Ulokowanie tam prac artystów niespełna dwadzieścia lat po upadku muru jest kolejnym wyzwaniem. Po zburzeniu muru pojawił się problem praw własności do tej ziemi. W tej chwili teren podzielony jest na działki należące do spadkobierców przedwojennych właścicieli. Coś, co było pasem śmierci pomiędzy walczącymi obozami, staje się przestrzenią komercyjną, którą można spekulować. Panuje w tym miejscu rodzaj neurotycznego napięcia, oczekiwania. Berlin jest miastem nieustającej transformacji, którą uosabia przestrzeń pozostała po murze. Dokonując wyboru artystów, kierowaliśmy się poetyką tych miejsc i znaczeniami, które ewokują.

Jak wyglądał będzie udział w Biennale artystów z Polski?

Będzie ich kilkoro. Między innymi Piotr Uklański, który pokaże publiczności pracę przedstawiającą zaciśniętą pięść przed Neue Nationalgalerie i Anna Molska, chyba najmłodsza artystka Biennale, która przygotowała instalację składającą się z dwóch nowych filmów „Moc” i „Praca”.

Jest pan wielkim orędownikiem budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Dlaczego powołanie do życia tej placówki jest takie ważne?

Nie stać nas na to, żeby nie mieć tego muzeum. To niesłychane i niedopuszczalne, żeby w dużym kraju europejskim nie było muzeum kolekcjonującego prace artystów współczesnych i umożliwiającego publiczności kontakt ze sztuką nowoczesną na światowym poziomie.

Istniejące muzea i galerie nie wystarczą?

W Polsce nie ma ani jednego muzeum sztuki nowoczesnej. Z punktu widzenia galerii komercyjnych współczesność jest towarem do zbycia, a muzeum to końcowy przystanek na drodze dzieła sztuki. Muzeum wyjmuje dzieło sztuki z rynku i udostępnia je ogółowi. Polscy malarze malują, rzeźbiarze rzeźbią, instalatorzy instalują – i co dzieje się z ich wytworami? Na naszych oczach ta sztuka ulega rozproszeniu, nie ma u nas instytucji, które prowadziłyby systematyczną politykę kolekcjonowania. Zakres zainteresowań polskich kolekcjonerów wyznaczają poprzednie epoki, głównie XIX wiek i przedwojenna moderna. Bardzo niewiele osób prywatnych w Polsce świadomie kolekcjonuje sztukę współczesną ostatnich 50 lat. Powstanie Muzeum Sztuki Nowoczesnej mogłoby odmienić tę sytuację. Wyobrażam sobie muzeum jako instytucję publiczną, która przez swoje wystawy, kolekcje i działalność edukacyjną będzie formułować znaczące wypowiedzi o sztuce współczesnej, tak aby kolekcjonerzy, artyści, galerzyści, czyli cały tworzący się w Polsce świat sztuki, mieli się do czego odnosić, nawet krytycznie. Muzeum nie odpowie ostatecznie na pytanie, czym jest nasza sztuka współczesna. Musi tworzyć obrazy zmienne, a zarazem gromadzić najważniejsze dzieła polskich artystów, które dziś z własnej winy tracimy.

Czy muzeum wytrzyma konkurencję rynkową z zachodnimi placówkami, które ostatnio chętnie kupują sztukę polską?

To w dużej mierze zależy od tego, jakie środki przeznaczone zostaną na tworzenie kolekcji. Decydenci muszą zrozumieć, że jednym z naczelnych zadań polityki kulturalnej powinno być inwestowanie w sztukę polską. Z pewnością muzea zachodnie mają więcej pieniędzy, ale sztuka polska nie będzie dla nich priorytetem. Poza tym my na pewno mamy lepszy od nich know-how. Muzeum Sztuki Nowoczesnej wciąż jest w stanie zbudować znaczącą kolekcję w krótkim czasie. Zacząć można by od Aliny Szapocznikow, której spuścizna tylko częściowo jest reprezentowana w muzeach polskich, na dodatek w formie depozytów oraz – jeśli nie jest jeszcze za późno – Andrzeja Wróblewskiego. Świadomość tego, jak wyglądał rozwój polskiej sztuki współczesnej w najmłodszym pokoleniu jest nikła. Młodzi odbiorcy interesują się głównie tym, co jest teraz, w co są zaangażowani, i to oczywiście jest pozytywne zjawisko. Muzeum powinno wypełnić tę lukę, sięgać głębiej i docierać do rzeczy, które leżą u podstaw współczesnej twórczości.

Sztuka polska ma ostatnio świetną prasę na Zachodzie. Prace Althamera, Uklańskiego, Sasnala czy Sosnowskiej osiągają duże ceny na aukcjach i są kupowane przez najważniejsze galerie i muzea. Czym pan tłumaczy te sukcesy?

Międzynarodowy rynek sztuki od kilku lat przeżywa dynamiczny rozwój. Tendencja zwyżkowa dotyczy nie tylko sztuki polskiej, to część większego zjawiska. Nawet prace młodych artystów na rynku wtórnym – aukcyjnym – osiągają wysokie ceny. Piętnaście lat temu wielkie muzea zachodnie młodej polskiej sztuki nie kupowały. Ostatnio wręczono mi album Marcina Maciejowskiego opublikowany przez Walter Koenig Verlag z Kolonii, jedno z najlepszych wydawnictw zajmujących się sztuką współczesną. Wielka księga poświęcona polskiemu malarzowi, który ma zaledwie trzydzieści kilka lat! Pojawienie się takiej publikacji jeszcze dziesięć lat temu graniczyłoby z cudem.

Dlaczego fala zainteresowania naszą sztuką pojawiła się teraz, a nie w 1989 roku, kiedy mieliśmy swoje piętnaście minut?

Wtedy powstało Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Wielu zachodnich artystów i kuratorów zaczęło do nas przyjeżdżać i poznawać rodzimą sztukę. To był proces, który musiał zająć trochę czasu. Dzisiejsza pozycja polskiej sztuki współczesnej to nie nagły przypadek, lecz wiele lat ciężkiej pracy, budowania zasobu wiedzy i udostępniania tej wiedzy profesjonalistom z zagranicy przez pokaźną grupę ludzi zajmujących się u nas tą dziedziną.

A czy dostrzega pan zmiany w stosunku Polaków do sztuki współczesnej?

Mamy postęp. Przykładem jest wielka dyskusja, którą wywołała sprawa budowy Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie. To symboliczne i wspaniałe, że w samym centrum stolicy Polski oprócz biurowców i galerii handlowych politycy potrafili zobaczyć miejsce dla instytucji kultury. Zamiast się wymieniać obelgami, niszczyć kontrowersyjne prace w państwowych galeriach i wywoływać skandale, przeszliśmy na poziom dyskusji. To już dużo. Oczywiście mówię to w kontekście Warszawy czy kilku innych dużych ośrodków. W mniejszych miastach, gdzie jedynymi instytucjami sztuki są finansowane z kasy miast Biura Wystaw Artystycznych, nieodpowiedzialna interwencja jednego radnego może sprawę funkcjonowania sztuki współczesnej w tych miejscach na długi czas położyć.

p

*Adam Szymczyk (rocznik 1970) kurator i krytyk sztuki związany z Fundacją Galerii Foksal, od 2003 roku jest dyrektorem Kunsthalle w Bazylei