Kiedyś robiliśmy Jasełka w ochronce, do której posyłali mnie rodzice. Nasza pani rozdzielała role, ja miałam zagrać diabła. Histeryzowałam strasznie, aż gorączki dostałam, że mam się wcielić w tę postać. Nie mogłam zasnąć. Tłumaczyłam rodzicom, że nie pójdę więcej do ochronki. Ale rano mi przeszło i zadebiutowałam.Dopiero dziś rozumiem, jakie to było wyzwanie. O wiele ciekawiej jest zagrać diabła niż anioła. Ale nie, ja chciałam wtedy być aniołkiem. Łzy leciały mi po policzkach. Po raz pierwszy czułam wtedy zawodową gorycz...

Mój ojciec, który miał wszystkie książki świata, uczył mnie wierszy. Próbowałam je na swój sposób interpretować. Chyba już wtedy pracowałam nad warsztatem aktorskim. A potem było wymagające Gimnazjum im. Hoffmanowej. Nasza polonistka wpadła na pomysł urozmaicania lekcji czytaniem fragmentów książek z podziałem na role. Musiałam być niezłą chłopczycą, skoro zawsze przydzielała mi role męskie. Moje prośby nic nie dawały. Żadne tam Oleńki, Irenka była Kmicicem, Zagłobą, Papkinem.

Podobałam się publiczności, więc i mnie szybko ta zmiana płci zaczęła się podobać. Zaczęliśmy robić szkolne przedstawienia, a nawet pisać sztuki. W szkole wygrałam konkurs dramaturgiczny. Napisałam sztukę z nawiązaniem do tradycji greckiej, z chórami - a jakże. Zrozumiałam, że teatr mnie coraz bardziej uwodzi. Koleżanki grały dla zabawy, ale dla mnie to była poważna praca.

Któregoś dnia zobaczyłam na ulicy plakat zapowiadający występy absolwentów Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, który prowadził Aleksander Zelwerowicz. Poszłam tam. To było przeżycie, którego nie umiem opisać. Ich występ wszystko we mnie wywrócił. To było jak dotknięcie nieba! "Może i ja tak mogę?" - pomyślałam. Jestem uparta i tamtego dnia powiedziałam sobie, że niedługo z nimi wystąpię.

Zaraz po spektaklu pobiegłam za kulisy i chwyciłam jednego z aktorów za mankiet. "Proszę pana, proszę pana, bo ja też bym tak chciała" - próbowałam tłumaczyć. Zdębiał. Prawdę mówiąc, dosyć lekceważąco na mnie wtedy spojrzał. Zawołał kolegów: "O, takie coś przyszło" - tak mnie właśnie określił. Zapamiętałam mu to na długo i wypomniałam później, jak już byłam zawodową aktorką. A to był Zbigniew Koczanowicz, ten sam, który potem w serialu "Noce i dnie" grał Żyda Szymszela.

Jego koledzy obejrzeli mnie, coś skomentowali, ktoś się zaśmiał, ale nie zniechęciło mnie to. Przeciwnie. "Już ja im pokażę" - pomyślałam. Poszłam do sekretariatu, wypytałam szczegółowo o egzamin do szkoły teatralnej, zapisałam w notesiku. Miła pani, która widząc mnie wyraźnie chciała mi odradzić, powiedziała: "Dziecko, ale to jest bardzo ciężki egzamin. Jeszcze tylko takiej uwagi było mi trzeba!" "Niech się pani nie martwi" - powiedziałam. "Egzamin zdam na piątkę. Będę aktorką charakterystyczną. Ripostę miałam ostrą od zawsze".

Przygotowałam fragmenty "Lalki" Prusa, a z poezji wiersze Gałczyńskiego. Gdzie wtedy mogłam pomyśleć, że później Gałczyński będzie pisał specjalnie dla mnie... Na egzamin jechałam tramwajem. Zobaczyłam w nim dziewczynę, która wyglądała jak gwiazda filmowa. Była jak z innej bajki w tej szarej rzeczywistości. Nie mogłam od niej oderwać wzroku. I pech chciał, że wysiadła na tym samym przystanku i szła na ten sam egzamin. Oblał mnie zimny pot. Czułam, że jestem bez szans. Myślałam, że ona nawet nie musi się odzywać, żeby ją zauważyli, a ja byłam tylko "takim czymś".

Chciałam wrócić do domu. I kiedy już miałam wyjść, usłyszałam głos, który mnie wywołał do sali egzaminacyjnej. To był Zelwerowicz. Po chwili krzyknął: "Kartofle się pani wysypały!" A ja przestraszona zaczęłam te nieistniejące kartofle zbierać. Takie dostałam zadanie. Byłam pewna, że mnie nie przyjmą. Po tygodniu ogłosili wyniki, jakimś cudem zdałam. Ta śliczna dziewczyna też. To była Irena Malkiewicz, późniejsza wybitna aktorka teatralna.

CDN