"Krytycy powtarzają mi: Tom, twoje prace są bez znaczenia. To fascynujący komentarz. Rzecz w tym, że moja sztuka jest istotna, bo jest ważna dla 10 milionów ludzi. To czyni mnie najbardziej znaczącym artystą współczesności" - mówi Kinkade. I nie rzuca słów na wiatr. Do amerykańskich kin właśnie trafił pierwszy wyprodukowany przez niego film - "Thomas Kinkade’s Christmas". W roli głównej: Peter O’Toole.

Mistrz światła

W październiku wpływowy magazyn o sztuce "ArtReview" opublikował listę stu najpotężniejszych ludzi art worldu. Na miejscu pierwszym znalazł się Damien Hirst. Na ostatnim Thomas Kinkade. Anglik to cynik, prowokator, hedonista i dandys zafascynowany pieniądzem i śmiercią. Amerykanin przeciwnie, stoi na straży tradycyjnych wartości, Boga, rodziny i ogniska domowego, a swoją sztuką chce głosić pochwałę życia. Hirsta kupują szejkowie, Roman Abramowicz, Charles Saatchi. Nabywcy Kinkade’a są anonimowi: to zwykli ludzie, którzy nie pojawiają się na czołówkach gazet. A jednak Hirst i Kinkade mają wiele wspólnego. Żaden nie jest artystą w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Obydwaj stoją na czele potężnych manufaktur produkujących sztukę, odpowiednio marki Hirst i marki Kinkade. Twórczość pierwszego produkuje około 200 osób, drugi zatrudnia prawie pół tysiąca pracowników. Oszacowanie zarobków tych artystów to zadanie dla lepszej klasy inspektorów podatkowych: w obu przypadkach mowa jest o rocznych obrotach rzędu kilkuset milionów dolarów.

Ostatnie miejsce w rankingu "ArtReview" to z pozoru miejsce słabe, ale w wypadku Thomasa Kinkade’a jednak sensacyjne. Amerykański malarz znalazł się na jednej liście z dyrektorem Tate Modern, sir Nicholasem Serotą, z klasykami współczesności Gerhardem Richterem i Jasperem Jonesem, z Lucienem Freudem i Charlesem Saatchim. Krótko mówiąc w towarzystwie, w którym do tej pory nie było dla niego miejsca.

Od jego sztuki bolą zęby. Kinkade to król przesłodzonego kiczu, jego ulubionym tematem są przytulne wiejskie chaty i domki położone w uroczych okolicach. Pasjami przedstawia główne ulice amerykańskich miasteczek, romantyczne latarnie morskie, górskie krajobrazy, kwitnące ogrody. Punktem wyjścia tych przedstawień jest akademickie malarstwo realistyczne, mocno przełamane jednak odrealnioną, bajkową atmosferą przypominającą ilustracje z broszurek świadków Jehowy. Wszystko tu błyszczy i świeci, nad pejzażami ciągle wschodzą i zachodzą łagodne słońca. Nic dziwnego, że Kinkade każe nazywać się "malarzem światła". To zastrzeżony znak towarowy.

Oryginały do sejfu, kopie na rynek

Szacuje się, że w co 20 amerykańskim domu jest jakiś artystyczny produkt firmowany przez Thomasa Kinkade’a. Jego twórczość to realizowany z rozmachem od ćwierć wieku projekt, który czyni z "malarza światła" niemal artystę konceptualnego. W fenomen ten, oprócz złego smaku, zaplątany jest jeszcze Pan Bóg, którego twórca ogłosił swoim agentem artystycznym.

W latach 80. Kinkade zasilił szeregi "new born christians". Urodził się w miasteczku Placerville w Kalifornii. Pochodzi z rozbitej rodziny, w czym skłonni do psychologizowania interpretatorzy doszukują się przyczyny przywiązania do wartości rodzinnych, które w wypadku "malarza światła" jest niemal obsesyjne. Studiował sztukę na kalifornijskich uczelniach, pracował przy rysowaniu filmów animowanych, usiłował utrzymywać się z malarstwa. Nie widział przed sobą jasnej przyszłości - aż do dnia, w którym doznał objawienia i namalował obraz przedstawiający Jezusa jako Księcia Pokoju. Mniej więcej w tym samym czasie narodził się pomysł biznesu, który dziś ma postać potężnej firmy Thomas Kinkade Co.

"W statystycznym amerykańskim domu jest średnio 40 ścian. Naszym zadaniem jest zapełnić je sztuką Thomasa Kinkade’a" - mówi jeden z menadżerów Thomas Kinkade Co. Jak tego dokonać? Kinkade maluje kilkanaście obrazów rocznie, ale niemal wszystkie chowa do sejfu. Sprzedawane są reprodukcje, fotografie dzieł "malarza światła" nanoszone są na płótno i opracowywane tak, aby możliwie najwierniej przypominały prawdziwy, ręcznie wykonany obraz. Najtańsze prace można mieć już za mniej niż 1000 dol. Nieco droższe są kopie ręcznie podretuszowane przez jednego z kilkuset asystentów artysty. Najwięcej trzeba wydać na produkty sygnowane i dotknięte ręką samego mistrza - kosztują nawet do 50 tys. dol.

Z przemysłową produkcją "Kinkade’ów" zsynchronizowany jest system dystrybucji. Reprodukcje można kupić on-line, w telewizji QVC The Home Shopping Channel oraz w sklepach firmowych zwanych Thomas Kinkade Signature Gallery. Placówki tej sieci działają na zasadzie franczyzy jak McDonaldy, jest ich na świecie ponad 200.

"Były książki sprzedające się w milionach egzemplarzy i muzyka sprzedająca się w milionach egzemplarzy. Nie było jednak, aż do teraz, sztuki sprzedającej się w milionowych nakładach. Ja znalazłem sposób na dostarczenie milionom ludzi sztuki, którą będą w stanie zrozumieć" - głosi Kinkade. Jaki to sposób? Twórczość Kinkade’a można nazywać ersatzem sztuki, ale "malarz światła" oferuje ją części społeczeństwa lekceważonej przez "poważne" środowisko artystyczne. To wielomilionowa rzesza wyznawców tradycyjnych wartości - zarówno w sensie moralnym i społecznym, jak i estetycznym - ludzi przestraszonych współczesnością, zachowawczych. Sztuka Kinkade’a to czysty eskapizm: artysta kreuje świat idealnie niewinny, wyprany z emocji, konfliktów, niepokoju - wizualny środek znieczulający.

Ale Kinkade’owska anestezjologia nie na każdego działa. Amerykańska publicystka Joan Didion słusznie zauważa, że w tych pejzażach o zbyt żywych kolorach jest coś upiornego, a urocze chatki wyglądają jak domki Baby Jagi, śmiertelne pułapki na Jasia i Małgosię. W elitach Kinkade potrafi budzić agresję i aż się prosi, żeby go parodiować. Internet roi się od sprowokowanych twórców, którzy usiłują zbezcześcić idylliczny świat i za pomocą photoshopa uzupełniają śliczne podmiejskie domki o flagi ze swastykami, podpalają latarnie morskie, każą włóczyć się obdartym bezdomnym po ulicach wzorowych miasteczek. Kinkade jest jednak odporny na cynizm ironistów. I tak nie do nich adresuje swoją sztukę. Artysta, który ma cztery córki i wszystkim na drugie imię dał "Christian" (chrześcijanka) nasyca obrazy chrześcijańskimi aluzjami, gra na religijnych emocjach i przewiduje specjalne zniżki dla wojskowych (czynnych i w stanie spoczynku): 100 dolarów upustu na cenę ramy do obrazu.

Modlę się przed swoimi obrazami

Kinkade ma na sumieniu kilka grzeszków: miał po pijanemu oddać mocz na pomnik Kubusia Puchatka w Disneylandzie, kiedy indziej molestować pracownicę. Właściciele franczyzowych galerii znają go jako bezwzględnego biznesmena doprowadzającego ludzi do ruiny: wielu byłych kierowników Thomas Kinkade Signature Galleries poszło z "malarzem światła" do sądu; niektórzy wywalczyli odszkodowania, a FBI wszczęło śledztwo w sprawie domniemanych nieuczciwych praktyk Thomas Kinkade Co. Drobne rysy nie mącą jednak pobożnego wizerunku. "Moja żona i ja modlimy się przed moimi obrazami - wierzymy, że Bóg potrafi przemawiać poprzez piękno" - wyznaje Kinkade, który głosi, że jego sztuka nie jest po prostu sztuką, lecz "potężną siłą". Ma na myśli siłę mistyczną, ale kiedy indziej woli mówić o potędze marketingu i tłumaczy, że "Thomas Kinkade to wielowymiarowa marka stylu życia". Na antenie QVC reklamuje swoją twórczość, chwaląc się, że sprzedaje dobra artystyczne wartości "miliona dolarów na godzinę".

Dzieła sztuki to jednak tylko falanga produktów rzucanych przez artystę na rynek. Kinkade nie przesadza, przedstawiając się jako artysta "stylu życia", i szerokim gestem sprzedaje licencje na towary w duchu i stylu Kinkade. Przed obrazem Kinkade’a można postawić sobie kanapę Kinkade, popijać na niej ciepłą herbatę z kubka Kinkade, odmierzać czas kalendarzem Kinkade i czytać książkę Kinkade’a - lub oglądać wyprodukowany właśnie przez artystę film "Thomas Kinkade’s Christmas Cottage", opowiadający o młodych latach "malarza światła". A jeżeli mieszka się w miejscowości Vallejo, można to wszystko robić w domu w stylu Kinkade. W tym kalifornijskim miasteczku pomysłowy deweloper wybudował osiedle stu domków, wzniesionych na wzór uroczych chatek z obrazów najpopularniejszego artysty Ameryki. Bukoliczny świat Kinkade materializuje się w rzeczywistości, amerykański marzenie spełnia się na jawie. I tylko kwestią gustu pozostaje, czy jest to piękny sen czy koszmar.