Od 90 do nawet 250 złotych należało zapłacić za bilet na operę "Karmen (z happy endem)". Dla wielbicieli muzyki Gorana Bregovića pieniądze nie grały roli. Jednak nie wszyscy doczekali do końca spektaklu, a za tytułowy "happy end" uznano fakt, że "wreszcie się skończył".

Pierwsze narzekania pojawiły się jeszcze przed godziną 19.00, o której miała się zacząć opera. Ponad dwa tysiące zadziwionych gości wpuszczono na salę dopiero na kilka minut przed rozpoczęciem występu. Widzów trzymano na korytarzu, bo do ostatniej chwili za drzwiami trwały gorączkowe próby.

Wreszcie miłośnicy bałkańskich rytmów prowadzonej przez Bregovića "Orkiestry Weselno-Pogrzebowej" zasiedli w fotelach pamiętających jeszcze wyprowadzenie sztandaru PZPR, oczekując na pierwsze dźwięki muzyki. Ale wizja artysty była zupełnie inna...

"Nikt nic nie rozumiał"

Bregović, jak wynikało z programu spektaklu, osadził swoją Karmen w realiach komunistycznej Rumunii za czasów Nicolae Ceauşescu. Miała opowiadać historię miłosną pomiędzy Kleopatrą (czyli tutułową Karmen!), cyganką przepowiadającą przyszłość oraz śmieciarzem Bakią.

Spektakl zaczął się od prezentacji przez główną bohaterkę różnych możliwości artystycznych, wśród których znalazło się... puszczanie bąków spod pachy w rytm Marsylianki.

Na pierwszy akt opery, złożyły się monologi trzech postaci (w tym Bregovića) dotyczące życia Kleopatry. Kwestie recytowane po serbsku i włosku były zupełnie niezrozumiałe dla sporej części sali, a ekran z polskimi napisami zasłaniały wielkie głośniki wiszące po obu stronach sceny.

"Samo to, że sprzedawano miejsca skąd nie było widać ekranu, było wielkim oszustwem ze strony organizatorów" - zauważa Adam Wardecki, jeden z widzów. "To trwało około czterdziestu minut. Ludzie byli zdezorientowani, nikt nic nie rozumiał. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na próbie. Pomiędzy rzędami słychać było szepty: wychodzimy?, zostajemy?" - relacjonuje pan Adam.

Im dłużej trwały monologi, tym głośniej komentowano to, co dzieje się na scenie. "Gdzie jest muzyka!? Oddajcie nam pieniądze!" - krzyczeli niektórzy. "Nie widać napisów! O co w tym chodzi!" - wrzeszczeli inni.

Po czterdziestu minutach publiczność znacznie się już przerzedziła. Nagle pośród gwizdów na scenę wyszedł Goran Bregović. Zwrócił się do publiczności z pytaniem: "What's wrong"?" (Co jest nie tak?).

Potem poprosił publiczność o otwarcie programu opery i zaczął omawiać wydrukowane w nim zdjęcia prosząc widzów, by wraz z nim oglądali obrazki, szukając związku zdjęć z operą.

Gdy doprowadzeni do ostateczności ludzie przecierali oczy ze zdumienia, światła przygasły i rozpoczął się drugi akt. Tym razem z głośników popłynęła muzyka. Wreszcie nie było powodów do narzekania - publiczność mogła się rozkoszować grą prowadzonej przez Bregovića "Orkiestry Weselno-Pogrzebowej", na którą czekano blisko godzinę. Szkoda tylko, że tak krótko.

"To lekceważenie publiczności"

Opuszczający salę widzowie zapowiadali, że od organizatora będą żądać zwrotu pieniędzy. Mówiono, że wykupił prawa tylko do jednego występu wiedząc, że na samo nazwisko Bregovića da się ludzi przyciągnąć tylko raz.

"Przyglądałam się próbom tej szmiry i nie mogłam uwierzyć" - mówiła odbierającym płaszcze widzom szatniarka Sali Kongresowej. "To skandaliczne lekceważenie publiczności! Ja wiedziałam, że to się tak skończy" - dodała.

W opisie opery zapowiedziano, że miała być hołdem dla prostytutki. Padło pytanie: "Co Kleopatro dostałaś od życia? Nic". Dlatego on, Bregović, postanowił dać jej tę operę.