Indagować wszakże niepodobna – wiadomo, że natychmiast popłynęłyby wielkie opowieści i wielkie monologi o kryzysie; zaraz rozległyby się kryzysowe lamenty i kryzysowe pieśni żałobne, tym finezyjniejsze, że wieloma strofami opiewałyby rzecz, która istnieje niezbicie, ale prawie jej nie widać.

Kloszardzi – tak jest – ewidentnie podnieśli stawki, ale czy jest to skok spowodowany światowym kryzysem, pewności nie ma. Od lat tu koczujący kloszard o imieniu Stasiu dawniej kwotę wysokości dwu złotych przyjmował nie tylko bez szemrania, ale i z wdzięcznością. Teraz marudzi. Wyciąga łapę po staremu, ale nawet po przyjęciu datku niespieszno mu z jej chowaniem. Gapi się na leżącą na jego umiarkowanie spracowanej dłoni monetę, jakby niedowidział, gapi się z tak żarłocznym zdumieniem, jakby faktycznie pieniądz z sekundy na sekundę topniał, jakby jego wartość widzialnie spadała; następnie podnosi głowę i dając mową ciała do zrozumienia, że nie lubi być traktowany niepoważnie, cedzi chłodno: – Za dwa złote piwa nie kupię.

Jeśli sytuacja taka jest symptomem kryzysu, jest to – jak na razie – symptom wyłącznie psychologiczny: cena piwa nie uległa zmianie, ale wzrosła – stymulowana pogłoskami o kryzysie – zapobiegliwość konsumentów. Pojmując zjawisko i z empatią odnosząc się do naturalnego w zapaści gospodarczej zjawiska gromadzenia zapasów, przy kolejnej okazji, po jakimś tygodniu wręczyłem kloszardowi o imieniu Stasiu pięć złotych. Tym razem specjalnie nie wydziwiał, nie odgrywał pełnych wyrazu scen pantomimicznych – od razu i z całą otwartością zażądał jeszcze złotówki, albowiem pragnie kupić sobie również papierosy. Niby minął tylko tydzień, a jak wszystko na łeb na szyję poleciało!

Osobną, również psychologiczną, ale nie dość braną pod uwagę konsekwencją kryzysu jest całkowite wyziębienie stosunków międzyludzkich. Przed kryzysem kloszard o imieniu Stasiu krążył po Hożej tanecznym i pełnym zalotności krokiem. – Kogóż to oczy moje nie widzą! – krzyczał radośnie. – Czy mogę się uśmiechnąć? Czuję, że zaraz się uśmiechnę! – zagajał uwodzicielsko i uroczo szczerzył przerzedzone i poczerniałe pieńki i nawet gdy płaciło się mu raczej za to, aby przestał się uśmiechać (zapłacić orkiestrze, żeby grać przestała) i nawet gdy honorarium wynosiło tylko pół złotego, relacje personalne były pełne serdeczności i dżentelmeństwa. Kloszard o imieniu Stasiu świadom był nie tylko wyjątkowego i nagrody godnego piękna swego uśmiechu, miał też wysoko rozwinięte poczucie osobistej godności. Otrzymałem odeń w tej sprawie wartą zapamiętania nauczkę.

Któregoś mianowicie dnia, gdy – po rytualnych okrzykach powitalnych: Kogóż to oczy moje nie widzą! Oj! Oj chyba się uśmiechnę! – i po wprowadzeniu obietnicy w czyn – uśmiechnięty od ucha do ucha kloszard o imieniu Stasiu stanął w mej bezpośredniej bliskości – nie od razu byłem mu w stanie wręczyć datek, nie miałem odpowiednich drobnych, może w ogóle nie mogłem znaleźć pugilaresu, tak czy tak – kontakt się przeciągał. Staś do moich poszukiwań – ma się rozumieć – życzliwie usposobiony, zapragnął snadź dodatkowo jeszcze czas mi umilić i wygłosił komplement zapewne szczery, ale ponieważ mężczyzna mężczyźnie dosyć rzadko takie rzeczy mówi, nieco niepokojący. Wciągnął mianowicie ze smakiem powietrze i zarzęził: – Ładnie pan pachnie. Sytuację dodatkowo gmatwał głos – z racji miejsca zamieszkania: krawężnik po sklepem całodobowym, oraz wynikającego z tego adresu trybu życia – zdarty, niski; teraz na dodatek z powodu sytuacyjnej intymności – nieoczekiwanie zmysłowy. Spojrzałem nań w popłochu i chcąc rozładować dziwaczne napięcie, powiedziałem z nieco być może nadmierną rubasznością: – Stasiu, czyżbyś jeszcze nie stracił węchu od chlania? Na co on wyprostował się z patosem, z niesłychaną dumą odchylił się do tyłu, cherlawą pierś wyprężył, szopenowskim gestem przejechał dłonią po włosach i z absolutną wyniosłością obrażonego księcia pana rzekł: – Jakoś nie! Jakoś nie!

Słowem, nawet w sytuacjach konfliktowych czy quasi-konfliktowych szło o coś więcej niż o kasę. Dziś tamte imponderabilia pierzchły jak nie bezpowrotnie, to na bardzo długo – pozostaje wywołany i wzmagany kryzysem chłód, może nawet lód transakcji jednostronnej.

Na szczęście nie wszędzie tak bywa, bywa nawet skrajnie odwrotnie, ale i w tego rodzaju skrajnościach oddziaływanie kryzysu – może zwyczajny lęk przed kryzysem – widać. W ulubionym moim, mieszczącym się wprawdzie nie na samej Hożej, ale w bliskich okolicach Hożej, barze kawowym panuje zatrważająca integracja personelu. Panowała ona tam zawsze, teraz nabrała znamion psychozy. Zintegrowany personel ani mianowicie na chwilę nie opuszcza terenu zakładu. Jak kiedyś w okolice Nowotelu zbłądzicie i wstąpicie na (w samej rzeczy najlepszą w środkowej Europie) kawę do lokalu o prasłowiańskiej nazwie Green Coffee, zawsze zastaniecie tam kolejkę stojącą przy kontuarze, wszystkie miejsca zajęte, ścisk niepoczytalny.

Będzie to wrażenie nieco mylące, przynajmniej połowę, a jak nie połowę, to najmniej jedną trzecią stolików zawsze okupują pracownicy. Pierwsza zmiana pracuje, druga biesiaduje. Potem na odwrót. Specjalna więź, jaka najwyraźniej w tym przedsiębiorstwie wytworzona została pomiędzy kierownictwem a pracownikami, a także pomiędzy samymi pracownikami sprawia, że po robocie nikomu niespieszno do domu, a i przed robotą w robocie posiedzieć miło. Czy zjawisko stymulowane jest korzystnymi zniżkami, może nawet gratisami dla pracowników nie wiem, najprawdopodobniej tak, ale gołym okiem widać, że kasa nie ma w tym wypadku pierwszego znaczenia. Ma takie znaczenie korzystna atmosfera, wysokie zaangażowanie i emocjonalny stosunek zarówno do pracy, jak i do miejsca pracy. Ci, co siedzą przy stolikach, nie mogą się doczekać, kiedy ci, co klientów obsługują, skończą, a ci, co obsługują, nie mogą się doczekać, kiedy udających konsumentów kolegów na swoje miejsce wpuszczą i zwolnione przez nich miejsca na sali zajmą. Jedni stają za barem, drudzy siadają przed barem i tak na zmianę. Do tego dochodzi często gęsto wizytujące bar kierownictwo, stale wpadający członkowie zarządu i właściciele, doprawdy nie o integracji, a o ekstrakcie integracji można tu mówić. Firma daje pracę – to pestka, w tym wypadku firma daje rzecz w kryzysie bezcenną: poczucie bezpieczeństwa. Nie dziwota, że baristki i bariści z Green Coffee, w tak sprzyjających warunkach pracując, osiągają zawodowe perfekcje i na różnych, nieraz światowych mistrzostwach baristów medale i dyplomy zdobywają. A że czasem – z powodu tej w sensie ścisłym wytworzonej na rogu Marszałkowskiej i Alej pracowniczej utopii na ziemi – dla postronnych i niezatrudnionych miejsca brakuje? Nie szukajmy dziury w całym, wokół się dzieją znacznie dramatyczniejsze rzeczy.

Jakiś czas temu akurat na tym odcinku Hożej, na którym mieszkam, gruchnęła hiobowa wieść: Przedwojenny właściciel przybył! Place i budynki odzyskuje! Czynsze podnosi! Mieszkańców na bruk wywala! Zakłady rzemieślnicze do bankructwa doprowadza! Strach i koniec świata!

Przypatruje się bliżej i owszem – zmiany widzę, apokalipsy jednakowoż nie. Pracownia pasków zniknęła w jednym miejscu ulicy – odrodziła się kawałek dalej. Sławny na cały kraj szewc pan Katana metraż zmniejszył, ale wzmógł piękno wystroju. Reszta, od antykwariatu pana Kubickiego zaczynając, na pralni pana Aftyki kończąc – stoi, jako stała.

Owszem, jedna przykra dla mnie zmiana zaszła, maleńka, a obfitująca w ekscentryczne tytuły księgarnia „Gazety Polskiej” zniknęła i na dobre przeniosła się w inne miejsce – żałuję, lubiłem tam zaglądać. Tak jest: księgarnia „Gazety Polskiej” była i się zmyła, kilkaset za to metrów dalej postało coś, czego dotąd na Hożej nigdy nie było – wypasione mianowicie biuro ogłoszeń „Naszego Dziennika”. Coś za coś? Kryzys nie kryzys – natura Hożej nie znosi pustki? Kryzys Hożej się nie ima? Jakoś nie! Jakoś nie!