Pobożnisie należący do jego parafii uznali skłonności miłosne nowego proboszcza za najstraszliwszy skandal, jednak pobożnisie byli w mniejszości. Pozostałym owieczkom, nawet tym, które bardzo pragnęły pozostać w cnocie, sytuacja, jaka powstała, gdy ich pasterzem został człowiek o takiej aparycji, obyczajach i reputacji, jak Grandier, wydawała się w jakiś nieokreślony a przyjemny sposób ekscytująca. Seks łatwo bowiem łączy się z religią, mieszanka ta zaś ma szczególny, lekko odstręczający, a jednak rozkoszny i pikantny, drażniący podniebienie posmak, niczym objawienie – no właśnie, czego? Oto jest pytanie.

Już sama popularność Grandiera wśród kobiet wystarczyła, żeby stał sie on wysoce niepopularny wśród mężczyzn. Od samego początku mężowie i ojcowie jego parafianek zaczęli darzyć głęboką nieufnością tego inteligentnego, młodego dandysa o wykwintnych manierach i wielce wymownego. Jednak gdyby nawet ich nowy proboszcz był świętym, dlaczego taki tłusty kąsek jak prebenda u Świętego Piotra przypadła obcemu? A nasi miejscowi chłopcy, czy oni są gorsi? Dziesięciny w Loudun powinny były trafić do kiesy synów tego miasta, ot co. Na dobitkę, ów przybłęda nie przybył sam. Przywiózł matkę, trzech braci i siostrę. Jeden z jego braci znalazł wcześniej zajęcie w kancelarii naczelnego sędziego. Drugi, który był kapłanem, otrzymał stanowisko głównego wikarego u Świętego Piotra. Trzeci, który również otrzymał święcenia, nie posiadał żadnego stanowiska, krążył tylko niczym wygłodzony sęp, wypatrując przypadkowych kościelnych zajęć. Istna inwazja.

Jednakowoż nawet malkontenci musieli przyznać, że Grandier umiał wygłosić piekielnie dobre kazanie i ze był bardzo zdolnym kapłanem, człowiekiem zdrowej doktryny, a nawet świeckiej wiedzy. Lecz wszystkie te zalety obróciły się przeciwko niemu.

(...)

Tylko niewiele mniej nieprzyjemna od przyjaźni, jaką darzyli Grandiera ci wyborowi intelektualiści, była wrogość wszystkich pozostałych outsiderów. Nieufność głupców, ponieważ on sam był tak mądry; zawiść nieudolnych, ponieważ jemu się powiodło; nienawiść nijakich za jego dowcip; gburów i prostaków za jego wytworne maniery, wreszcie nieatrakcyjnych za jego powodzenie u kobiet – cóż to za hołd składany jego uniwersalnej wyższości! Trzeba tu dodać, że nienawiść ta nie była jednostronna. Grandier nienawidził swoich nieprzyjaciół równie namiętnie jak oni jego. „Przeklinaj więzy; Błogosław swobody” [1]. Są ludzie, którym nienawiść i gniew wypłacają wyższą dywidendę aniżeli miłość – w postaci natychmiastowej satysfakcji. Agresywni od urodzenia osobnicy rychło popadają w uzależnienie od adrenaliny, dając rozmyślnie upust swoim najgorszym namiętnościom po to, by poczuć kopnięcie, które jest skutkiem działania ich pobudzonych przez psychikę hormonów. Wiedząc o tym, że jeden odruch apodyktyczności skutkuje wywołaniem kolejnego oraz następnych, gorliwie kultywują w sobie wojowniczość i agresję. No i oczywiście szybko znajdują się w najgorętszym ogniu walki. Jednak oni najbardziej uwielbiają właśnie tę walkę, ponieważ w jej trakcie zmiany chemiczne zachodzące w ich krwi powodują, że intensywnie czują się sobą. „Czując się dobrze”, w sposób naturalny uznają, że sami s ą dobrzy. Uzależnienie od adrenaliny racjonalizowane jest jako Święte Oburzenie, no i wreszcie – tak jak prorok Jonasz – ludzie ci popadają w przeświadczenie, rozumie się: niezachwiane, że ich gniew jest rzeczą słuszną.


Nieomal od chwili przybycia do Loudun Grandier uwikłał się w serię gorszących, jednak dla niego samego arcyprzyjemnych sporów i kłótni. Kiedyś pewien szlachcic pogroził mu szpadą. Z innym szlachcicem, którym był lieutenant criminel, naczelnik miejskiej straży porządkowej, wdał się w publiczną wymianę wyzwisk, która rychło przerodziła się w bitkę. Będący w mniejszości proboszcz oraz jego akolici zostali zmuszeni do zabarykadowania się w zamkowej kaplicy. Nazajutrz Grandier złożył skargę w trybunale kościelnym i lieutenant criminel został natychmiast upomniany za uczestnictwo w skandalu. Curé triumfował – lecz miało to swoją cenę. Oto wpływowa osoba, która poprzednio darzyła go tylko nieuzasadnioną antypatia, stała się jego śmiertelnym, przysięgłym wrogiem, wyczekującym tylko sposobności, żeby się zemścić.

Elementarna roztropność, w nie mniejszym stopniu niż zasady chrześcijańskie, nakazywała proboszczowi nieszczędzenie wysiłków, by wygaszać płonące wokół niego ogniska wrogości. Jednakże pomimo wieloletniego pobytu u jezuitów Grandierowi było nadal bardzo daleko do miana chrześcijanina; pomimo też dobrych rad, jakich udzielał mu d’Armagnac i jego przyjaciele, był niezdolny, ilekroć w rachubę wchodziły namiętności, do roztropnego działania. Długotrwałe kształcenie religijne nie wykorzeniło bynajmniej ani też nie przytłumiło jego miłości własnej, za to uzbroiło jego ego w teologiczne usprawiedliwienia i wymówki. Niewykształcony egoista chce po prostu tego, czego chce, i kropka. Poddajcie go edukacji teologicznej, a stanie się dlań oczywiste i uzyska nieomal status aksjomatu przekonanie, że tego, czego o n chce, chce również Bóg; że jego sprawa jest również sprawą czegoś, co on sam akurat uważa za Prawdziwy Kościół, i że wszelki kompromis jest jakby metafizycznym traktatem z Monachium, ugłaskaniem Skrajnego Zła. „Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze” [2]. Ludziom pokroju Grandiera wskazania Chrystusa wydają się bluźnierczym zachęcaniem do paktowania z Belzebubem. Zamiast próbować pogodzić się ze swoimi wrogami, proboszcz postanowił rozjątrzyć ich wrogość tak bardzo, jak to leżało w jego mocy. A jego moc – w tym wypadku – niemal nabrała cech geniuszu.

Dobra Wróżka odwiedzająca kołyski, w których leżą wyróżnieni, to niejednokrotnie Zła Wróżka w świetlistym przebraniu. Przybywa z naręczem prezentów, lecz jej dary aż nazbyt często przynoszą nieszczęście. Urbainowi Grandierowi na przykład, obok rzetelnych talentów, przyniosła najbardziej olśniewający, ale też najbardziej niebezpieczny dar – mianowicie dar elokwencji.

(...)

Niebawem zasłynął swoimi coniedzielnymi naśladownictwami wygłaszanymi z kazalnicy Świętego Piotra, a wzorem dlań byli Jeremiasz i Ezechiel, Demostenes, Savonarola, a nawet Rabelais; potrafił świetnie drwić i unosić się świętym oburzeniem, a równie świetnie ironizował, co grzmiącym głosem roztaczał apokaliptyczne wizje.


Jednak natura nie znosi próżni – nawet umysłowej. W dzisiejszych czasach bolesną próżnię nudy wypełniają, nieustannie ją przywracając, kino, radio, telewizja i komiksy. Naszym przodkom, znacznie bardziej niż nam, albo też znacznie mniej (któż to wie?) sprzyjało szczęście, albowiem doskwierającą im nudę mógł uśmierzyć tylko cotygodniowy spektakl w wykonaniu ich proboszcza, uzupełniany niekiedy o dodatek w postaci dysput prowadzonych przez zapraszanych kapucynów oraz wędrownych jezuitów. Głoszenie kazań jest sztuką, lecz również tutaj, podobnie jak w innych sztukach, złych wykonawców jest znacznie więcej aniżeli dobrych. Parafianie Świętego Piotra mogli sobie powinszować, że w osobie wielebnego Urbaina Grandiera posiadają wyśmienitego wirtuoza, gotowego i zdolnego do wykonywania uciesznych i zajmujących improwizacji na temat najsubtelniejszych nawet tajników wiary chrześcijańskiej, oraz nawet najbardziej delikatnych i drażliwych kwestii dotyczących ich parafii. Jak energicznie i stanowczo wytykał on złe postępki; jak odważnie ganił nawet zajmujących najwyższe stanowiska! Chronicznie znudzona większość była wniebowzięta. Lecz jej aprobata tylko podsycała i powiększała wściekłość tych, którzy stawali się ofiarami elokwencji proboszcza.

Wśród ofiar znaleźli się również mnisi należący do rozmaitych zgromadzeń, które od chwili wygaśnięcia otwartej wojny hugenotów z katolikami założyły domy zakonne w tym niegdyś protestanckim mieście. Antypatia Grandiera do tych mnichów miała źródło przede wszystkim w tym, że on sam był świeckim księdzem, tak lojalnym wobec swojej kasty, jak każdy dobry komunista czy nazista jest lojalny wobec swojej partii. Wytworem zaś lojalności wobec organizacji A są zawsze pewne podejrzenia, pogarda, a nawet nienawiść do organizacji B, C i D oraz wszystkich pozostałych. Dotyczy to nawet wewnętrznych elementów większej, nadrzędnej całości. Historia Kościoła odsłania hierarchie poszczególnych nienawiści, tworzących jakby uporządkowaną strukturę drabiny – od nienawiści oficjalnej, instytucjonalnej, jaką Kościół darzy heretyków i pogan, do wzajemnej nienawiści zakonów, kolegiów, prowincji – i poszczególnych teologów.

(...)

Jedno z pierwszych zarządzeń ogłoszonych z ambony przez nowego proboszcza dotyczyło konieczności spowiadania się wiernych u księdza parafialnego, nigdy zaś u obcego. Kobiety, których spowiadało się najwięcej, podporządkowały się temu skwapliwie. Ich parafialnym księdzem był obecnie czysty, schludny, przystojny i wykształcony młody mężczyzna o manierach szlachcica. Takich cech nie sposób przecież przypisać przeciętnemu spowiednikowi, przyodzianemu w habit kapucyński czy karmelicki. Niemal z dnia na dzień mnisi stracili większość uczciwych penitentów, a co za tym idzie – większość swoich wpływów w mieście. Grandier wzmocnił ów pierwszy cios serią mało przychylnych komentarzy wygłoszonych pod adresem najważniejszego źródła karmelickich dochodów – słynącego cudami wizerunku Notre-Dame de Recouvrance.


Niegdyś cały kwartał miasta wypełniony był gospodami i noclegowniami, w których zatrzymywali się pielgrzymi, przybywający, żeby wypraszać zdrowie, męża, potomka albo też powodzenie w życiu. Obecnie jednak Notre-Dame de Recouvrance zyskała potężnego konkurenta: Notre-Dame des Ardilliers, której świątynia znajdowała się w Saumur, oddalonym od Loudun zaledwie o kilka mil. Świeci także podlegają modzie, podobnie jak terapia medyczna czy kobiece kapelusze. Każdy wielki Kościół ma swoją przeszłość, w której pojawiają się parweniuszowskie wizerunki, nowobogackie relikwie, wypierające bezlitośnie dawne czyniące cuda artefakty, co trwa dopóty, dopóki one same nie zostaną brutalnie wyeliminowane z publicznych łask przez jakieś nowsze i przejściowo atrakcyjniejsze cudotwórstwo i magię. Dlaczego Notre-Dame des Ardilliers zyskała, niemal z dnia na dzień, tak ogromny prymat nad Notre-Dame de Recouvrance? Najbardziej oczywista z wielu przyczyn to ta, że des Ardilliers należała do oratorianów, jak zauważył zaś Aubin, pierwszy biograf Grandiera, "cały świat się zgadza, że oratorianie są ludźmi o dużych zdolnościach, a do tego bardziej szczwanymi niż karmelici". Należy przypomnieć, że mowa jest o zgromadzeniu świeckich księży. Być może właśnie dlatego Grandier traktował Notre-Dame de Recouvrance z niejakim – zabarwionym sceptycyzmem – chłodem. Lojalność wobec własnej kasty nakazywała mu pracę na pożytek i chwałę świeckiego duchowieństwa, a jednocześnie na ujmę i zgubę mnichów. Notre-Dame de Recouvrance niewątpliwie popadłaby w zapomnienie, nawet gdyby Grandier nigdy nie przybył do Loudun. Jednakże karmelici woleli trwać przy swoim zdaniu. Rozważanie spraw i wydarzeń w kategoriach realistycznych, dostrzeganie ich wielorakich przyczyn jest trudne i nie dostarcza żadnej satysfakcji emocjonalnej. O ile łatwiej, o ile prościej jest wskazywać w każdym przypadku pojedynczą przyczynę, najlepiej personalną! Iluzorycznemu zrozumieniu towarzyszy wtedy przyjemność, jakiej dostarcza uwielbienie – w pomyślnych okolicznościach – albo też identyczna, a nawet głębsza przyjemność – jeśli okoliczności są niekorzystne – jaką czerpię się z prześladowania kozła ofiarnego.

Oprócz tych drobnych nieprzyjaciół Grandier niebawem zyskał nowego, mogącego nieporównanie bardziej mu zaszkodzić. Na początku roku 1618, podczas uroczystości religijnej, w której uczestniczyli wszyscy kościelni dygnitarze z okolicy, Grandier, jakby specjalnie zadając sobie w tym celu trud, grubiańsko obraził przeora Coussay, zajmując miejsce przed nim podczas uroczystej procesji ulicami Loudun. Formalnie rzecz biorąc, decyzja kanonika była ze wszech miar uzasadniona. W procesji wyruszającej z jego własnej świątyni kanonik Sainte-Croix miał prawo poprzedzać przeora Coussay. Prawo to obowiązywało także wówczas, gdy, tak jak w tym wypadku, przeor był jednocześnie biskupem. Tyle tylko, że istnieje coś takiego, jak uprzejmość; istnieje też coś takiego, jak roztropność. Przeor Coussay był biskupem Luçon, biskup Luçon zaś nazywał się Armand-Jean du Plessis de Richelieu.


[1] William Blake, Małżeństwo Nieba & Piekła, przeł. Franek Wygoda, Wrocław 2002, s. 41
[2] Mt 5, 25. Cyt. za: Biblia Tysiąclecia, wyd. III, Warszawa 1982



Przełożył Bartłomiej Zborski
Copyright (c) Mrs Laura Huxley 1952
(c) Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010
(c) Copyright for the Polish translation by Bartłomiej Zborski, 2010

Książka ukaże się 2 marca 2010 roku nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w serii "Biblioteka Babel"

Skróty pochodzą od redakcji "Kultury" DGP