Często po obejrzeniu ekranizacji dobrej literatury mówi się z przekąsem: książka była lepsza. Pan, pisarz, którego tyle razy ekranizowano, też ma takie uczucie niedosytu po filmach?

Robert Harris: Po „Autorze widmo” Polańskiego w życiu bym nie powiedział: książka była lepsza. Oczywiście, że nigdy do końca nie masz pewności, co reżyser zrobi z twoim tekstem, nawet jeśli sam robiłeś jego adaptację scenariuszową. Muszę przyznać, że siedząc w tym biznesie od lat i śledząc, co się dzieje na rynku adaptacji, jestem zatrwożony, jak zła jest większość prób przeniesienia literatury na ekran. Z moich doświadczeń wynika, że filmowcy mają zwyczaj wyrzucać większość pracy literata do kosza. Jest nawet w tym biznesie takie powiedzenie kierowane do pisarzy: bierz forsę i znikaj. Nikt nie ma ochoty pamiętać, że istniał twórca książki. Jeśli mu zapłaciliśmy, to znaczy, że skończyliśmy z nim interesy.



Na początku byłem pełen nadziei, że ci ludzie wiedzą, co robią. Potem przekonałem się, że wcale tak nie musi być, a ja będę tym, który najdłużej będzie się tym gryzł: roztrząsał, które momenty książki były słabsze, które lepsze, co dałoby się z nią zrobić. Przecież nikt nie udzieli bardziej precyzyjnej i szczerej rady reżyserowi niż autor książki. Tym bardziej pracując z Polańskim nie mogłem być szczęśliwszy. Doświadczenie z „Autorem widmo” było genialną odskocznią od standardu. Polański szanuje książki bardziej niż ich autorzy. Ira Levin powiedział, że „Dziecko Rosemary” było najwierniejszą ze wszystkich adaptacji jego książek. Roman ma rodzaj literackiej wrażliwości, świetnie rozumie książki, wyławia z nich kluczowe detale. W scenariuszu „Autora widmo” kazał mi przywrócić kilka rzeczy, które nadgorliwie wyrzuciłem, adaptując powieść.


Prawie wszystkie pańskie książki zostały sfilmowane. Czy z czasem nie nabrał pan nawyku pisania pod kino, konstruowania powieści tak, by ich adaptacja była łatwa?

Nie. Chociaż sama natura tego, co w pisarstwie mnie pociąga, jest bliska filmowemu myśleniu. Interesuje mnie przede wszystkim prowadzenie narracji. To jest dla mnie przyjemność estetyczna, w obrębie której pracuje fabuła. Mimo to nie mam z tyłu głowy filmu, gdy piszę. W moich powieściach nigdy nie umieszczam opisów postaci, punktuję ich pewne cechy osobowości, wyciskam esencję psychologiczną. To czytelnik decyduje, jak te osoby powinny wyglądać. Mój odbiorca wykonuje połowę roboty: wymyśla fizyczność postaci, ich doznania zmysłowe. Na ekranie to już muszą być konkrety: materiał ma być jedwabiem, a twarz ma być Pierce’a Brosnana. Tę robotę filmowiec musi zrobić sam.


„Autor widmo” to pański drugi projekt z Romanem Polańskim. Poprzedni, „Pompeja”, nie doszedł do skutku. Jak się układały relacje panów, jak się wspólnie pracowało?

Od początku udało nam się zbudować bardzo bliską współpracę. Roman jest mistrzem świata w lunchach i innych posiłkach. Pracowaliśmy rano, potem obowiązkowy lunch, potem on szedł na popołudniową drzemkę, a ja porządkowałem materiały i przepisywałem to, nad czym danego dnia pracowaliśmy. Następnie spotykaliśmy się podsumować dzień, co zawsze kończyło się zawołaniem Romana: czas na kolację! Znów więc siadaliśmy razem do stołu. Oczywiście nie bez przerwy rozmawialiśmy o scenariuszu. Bardzo interesują mnie sprawy, którymi także on się interesuje: wojna, okupacja Polski, reżim komunistyczny w Europie Wschodniej. To są rzeczy, których on był świadkiem. Jest też świetnym partnerem do rozmów o polityce, literaturze. Zaprzyjaźniliśmy się przez ten czas bardzo. Prywatnie jest przeciwieństwem osoby, którą znamy z planu filmowego, gdzie jest bardzo skoncentrowany i nie zawsze uważa na to, co mówi. W kontaktach osobistych jest czarujący. Dam prosty przykład: często dzwonił do mnie wieczorami. Kiedy zdarzało się, że odbierała żona albo któreś z dzieci, zawsze najpierw zamieniał parę zdań z nimi, pytał, co słychać. Dopiero potem prosił mnie. Niewielu jest takich ludzi.


To prawda, że pierwszy raz obejrzeliście „Autora widmo” razem w jego willi w Gstadt?

W połowie stycznia zadzwonił do mnie, że ma kopię filmu i chce byśmy zobaczyli go razem. Był już gotowy, z muzyką – fenomenalną zresztą. Kompozytor Alexandre Desplat to geniusz. Ja byłem zachwycony. Roman powiedział, że jest jeszcze za blisko tego, by osądzić film. Kiedy powstawał „Autor widmo”, ciągle powtarzałem mu: powinieneś to zrobić w stylu swoich wczesnych filmów. W pewnym momencie oglądania, podczas sceny, w której Ewan McGregor jedzie rowerem w deszczu, pokazał na ekran i powiedział: chciałeś „W matni”, no to masz.


Ma pan za sobą karierę dziennikarza. Korzystał pan z tego doświadczenia przy pisaniu „Ghostwritera”?

Fikcja musi się z czegoś brać. Poznałem dobrze świat dziennikarzy, znam nieźle polityków, znam w końcu ludzi, którzy są ghostwriterami. Chyba najważniejsze było przy tej powieści to, że byłem po obu stronach: towarzyszyłem w podróżach oficjalnych Tony’emu Blairowi, przyjaźniłem się z nim. Widziałem ludzi z kamerami wyglądających z każdego okna, ale też stałem z mikrofonem w tłumie kolegów po fachu, czekając na przyjazd Margaret Thatcher.


Tworząc „Ghostwritera”, oczywiście odnosił się pan do rzeczywistości politycznej, a adaptując go na scenariusz „Autora widmo”, myślał pan o jakichś konkretnych filmach?

Hitchcock to był oczywiście mój numer jeden. Jestem wielkim fanem jego twórczości. „Okno na podwórze”, a przede wszystkim „Północ, północny zachód” to jeden z moich ulubionych tytułów. Trudno zresztą nie pomyśleć o nim, oglądając „Autora widmo” – przecież to historia człowieka wplątanego przypadkowo w cudzą aferę. Na tym tekście odcisnęła bardzo swoje piętno moja fascynacja „Chinatown”. Pierwszy raz widziałem ten film na studiach w Cambridge i powalił mnie na kolana. Wiem, że kiedy piszę, nie uwolnię się od obrazów z filmów tych dwóch reżyserów, podobnie jak nigdy nie będę potrafił wyrzucić ze świadomości prozy Orwella czy Grahama Greene’a. Zawsze będą punktem odniesienia. Pracuję zresztą podobną metodą jak Greene – najpierw powieść, potem scenariusz. Bardzo trudne wydaje mi się napisanie od razu tekstu dla kogoś. Bym mógł to zrobić, najpierw muszę mieć coś swojego.


„Autor widmo” wydaje się stworzony dla Polańskiego.

Obaj mamy podobne wyczucie suspensu, postaci, sposobów odsłaniania tajemnicy, paranoi. Spotkałem Romana w styczniu 2007 roku. Wtedy miałem napisane jakieś dwie strony powieści „Ghostwriter”. On miał do mnie zupełnie inną sprawę - chciał kupić prawa do „Pompei” i namówić mnie, bym zrobił z powieści scenariusz. W pogawędce zapytał mnie, nad czym teraz pracuję. Powiedziałem, że zaczynam pisać powieść o ghostwriterze. Nudy! – zakrzyknął Polański. Oczywiście pograł ze mną psychologicznie. Chciał, żebym skoncentrował się na scenariuszu dla niego. Roman ma bardzo silną osobowość, bardzo wpływową. Wydaje mi się, że kontaktując się z nim często z powodu „Pompei”, zacząłem nieświadomie w bohatera „Ghostwritera” wkładać kolejne cechy Romana. Ale nigdy z nim o tym nie rozmawiałem. Scenariusz „Pompei” był gotowy w kwietniu 2007 roku. Mniej więcej w maju czy w czerwcu skończyłem pisać powieść „Ghostwriter”. W sierpniu było wiadomo, że realizacja „Pompei” nie dojdzie do skutku. We wrześniu posłałem Polańskiemu egzemplarz swojej powieści z dopiskiem: „Drogi Romanie, może spróbujemy to zrobić. Tym razem nie będą potrzebne togi ani wulkany”. Za trzy dni zadzwonił i powiedział: „Róbmy to! To jest Chandler”. Maszyna produkcyjna ruszyła bardzo szybko. Niespodziewanie szybko. Normalnie jest tak, że mówią, że kupią scenariusz, a nie kupują. Jeśli już kupią, to zazwyczaj nie robią z tego filmu.


Jak głęboko Polański pozwolił panu ingerować w film? Doradzał mu pan na przykład w sprawie obsady?

Zaangażował mnie bardzo w prace nad filmem: pokazywał projekty scenograficzne, rozmawiał o obsadzie. Właściwie to moja żona wpadła na pomysł obsadzenia Ewana McGregora w tytułowej roli. On ma w sobie coś w everymana, a równocześnie coś miłego, coś, co budzi sympatię patrzącego. Dla mnie było pewne, że to nie może być ktoś tak wyrazisty, że aż odpychający – przecież ta postać jest w kadrze przez bite dwie godziny filmu. Martwiły mnie pierwsze wybory obsady, kiedy rozważano Nicolasa Cage’a i Tildę Swinton.


Często rozmawia pan teraz z Polańskim?

Ostatni raz 20 minut temu. Był ciekawy, jakie są reakcje po premierze filmu. Pamiętam, że w pierwszy weekend od przeniesienia go z więzienia do willi w Gstadt zadzwonił do mnie i powiedział: „Jestem Adamem Langiem z własnego filmu. Jestem w willi, z której nie mogę wyjść, dookoła kłębią się tłumy dziennikarzy, a nad dachem lata helikopter”.