Marcin Świetlicki, jeden z najwybitniejszych współczesnych poetów średniego pokolenia, opublikował właśnie powieść „Trzynaście”.

To już drugi tom zapowiadanej przez autora trylogii (pierwszym było „Dwanaście”, a ostatnia część cyklu będzie nosić tytuł „Jedenaście”) o przygodach niejakiego mistrza, nieco już zmęczonego życiem i podstarzałego gwiazdora PRL-owskiego kina dziecięcego, który – niczym bohater Chandlera – nieustannie wplątuje się w rozmaite kłopoty. Chociaż Świetlicki zdecydowanie twierdzi, że „Dwanaście” i „Trzynaście” są klasycznymi kryminałami, wielu krytyków podejrzewa, że są to raczej utwory pastiszujące charakterystyczne motywy literatury popularnej.

Stanisław Bereś: Zastanawiam się, czy mówiąc do pana „Mistrzu”, popełniam jakieś przestępstwo?
Marcin Świetlicki: Myślę, że nie popełnia pan żadnego przestępstwa. Albowiem najprawdopodobniej jestem mistrzem słowa polskiego.

Zarówno w „Dwanaście” jak i w „Trzynaście” występuje bohater, który nosi miano Mistrza, ale pisany jest z małej litery...
W prasie polskiej, zwłaszcza w kolorowych warszawskich tygodnikach, piszą z dużej litery.

Ale pan pisze z małej. Dlaczego? Z braku szacunku? Z potrzeby autoironii?
Bo to jest mały mistrz, taki powiatowy po prostu.

Dlaczego mały, a do tego powiatowy?
Ponieważ znam wielu centralnych mistrzów i on nie jest aż tak dobry jak oni.

Czy można mówić o jakimś pana pokrewieństwie z mistrzem z „Trzynaście”?
Nie. Mój bohater ma zupełnie inną przeszłość niż ja, ma zupełnie inną teraźniejszość niż ja i zupełnie inną przyszłość niż ja. Różnimy się bardzo. Łączy nas tylko miejsce zamieszkania – Kraków, płeć nas łączy i to wszystko. Naiwnym krytykom się wydaje, że najprostszym kluczem do czytania mojej książki jest to, że Świetlicki napisał książkę o sobie, ale to kardynalny błąd.

Swojego bohatera skazuje pan na męki warszawki. Czy jest pan krakowskim szowinistą, czy może dostrzega pan w Krakowie podobnie jak w warszawce rzeczy śmieszne?
Ja kocham miejsce, w którym mieszkam, bo gdybym nie kochał, to bym nie mieszkał. Ale też staram się w tej książce pokazać wady Krakowa. Krakowski szowinizm to też jest doskonała rzecz do obśmiewania...

Ale u pana warszawka jest nadęta, a Kraków nienadęty.
No, ale w Krakowie jest kilku nadętych, których mogę wyliczyć na palcach jednej ręki. To jest dzwon Zygmunta, hejnał z wieży Mariackiej, smok jest nadęty…

A właściwie, co jest najśmieszniejsze u was krakauerów?
Najśmieszniejsze...? Wszystko. W Krakowie ludzie są śmieszni tak samo jak gdzie indziej. Najśmieszniejsze jest snucie planów. W innych miastach by się działało, a w Krakowie się snuje plany.

„Trzynaście” to nominalnie kryminał. Dziwny kryminał. Czy takie pan lubi czytać?
Ja czytam wszystkie kryminały. Począwszy od takiego kryminału, który się zaczynał: „Zbrodnia to niesłychana, pani zabiła pana...”. Od takiego kryminału zacząłem, bo wszystko się zaczęło od Mickiewicza. Później zaś przeczytałem „Zbrodnię i karę”, potem Adama Bahdaja książki czytałem. Bardzo często literatura ma w sobie elementy kryminału. Niemal każda literatura, oprócz prozy tej, tego... no… (śmiech). Lubię czytać też tradycyjne kryminały, czyste, takie jak w latach dwudziestych, trzydziestych poprzedniego wieku, i uwielbiam kryminały pisane współcześnie, bo to mnie podnieca. To mnie po prostu obchodzi. A ciągle mi ich mało, więc napisałem dwa i napiszę jeszcze przynajmniej jeden...

Pana powieści, podobnie jak „Kogo nie znam” Macieja Malickiego, opublikowane w serii wydawnictwa EMG to na pozór kryminały, ale tak naprawdę to utwory autobiograficzne. Bohater nie prowadzi żadnego śledztwa, tylko pije, brak tu napięcia dramaturgicznego, zagadki, poszukiwania...
Jest mnóstwo napięcia dramaturgicznego, jest mnóstwo zagadek, poszukiwania zbrodniarza. Jak pan to czytał?

Bardzo uważnie czytałem. Ale to nie jest kryminał. Panowie jesteście kumplami i umówiliście się, że wywrócicie ten gatunek do góry nogami?
Nie. My jesteśmy przekonani razem z Maciejem Malickim, że napisaliśmy powieści kryminalne i wcale nie jesteśmy skłonni słuchać krytyków z kolorowych warszawskich pism, którzy mówią, że to w żaden sposób nie są kryminały i nie są to książki dobre. Ponieważ wiemy, że ci sami krytycy piszą potajemnie swoje kryminały, piszą potajemnie swoje prozy i wiersze, i tak dalej. I chcieliby być na naszym miejscu.

Mistrz nie jest typowym bohaterem powieści kryminalnej. Wiecznie pijany, wręcz na granicy delirium, snuje się od knajpy do knajpy. W tej sytuacji żadna fabuła nie może się kleić. Zwłaszcza, że jest celowo rozmontowana, zepsuta.
Według mnie jest bardzo dobrze zmontowana i niezepsuta.

Detektyw to ktoś dynamiczny, idący śladem zbrodni. Tymczasem mistrz żadnym tropem nie idzie, co najwyżej tropem alkoholu. To nie jest dynamiczny bohater powieści kryminalnej...
Ale można być pijanym dynamicznie.

Można. Ale on nie jest w stanie popychać ani fabuły, ani zagadki. Jego to po prostu nie interesuje. Powiedziałbym, że jest to raczej antykryminał.
To jest kryminał! Gdybym chciał napisać antykryminał, to bym napisał antykryminał. Jest to kryminał, bo bohater działa. Jest w książce na przykład bardzo dynamiczna scena, kiedy mistrz tłucze kieliszek (śmiechy).

No tak, ale kiedy opuszcza go pies, a jest to jedyna istota, którą mistrz kocha, on nawet go nie szuka. To jest wyraz dynamiki bohatera?
Bo wie pan, tu chodzi o to, że niektóre ważne rzeczy dzieją się poza kartkami książki. Bohater, odchodząc na moment z książki, strzela, urządza pościgi samochodowe… Ale to są sceny poza tą książką. Opisuję za to dokładnie takie momenty, kiedy bohater wreszcie może sobie odpocząć, napić się alkoholu.

Chcę pana dobrze zrozumieć. Czyli właściwa akcja „Trzynaście” rozgrywa się poza okładkami, a wewnątrz są opisane tylko przyjemności życia? Dolce vita alkoholika?
Tak.

Ta przyjemność rozgrywa się na ogół w czworokącie knajp: Piękny Pies, Biuro, Zwis i Dym. To są magiczne krakowskie miejsca, które pan na pewno dobrze zna, bo pewnie by ich pan nie opisał. Czym się charakteryzują te knajpy? Co w nich niezwykłego?
Lokal Biuro nie istnieje, ale spotkałem się z czytelnikiem w Warszawie, który chodził z moją książką po Krakowie i mówił, że już wszędzie był. I zapytali się go, czy był w Biurze, powiedział, że naturalnie. Tymczasem Biuro nie istnieje. Piękny Pies to taki lokal na Świętego Jana, który też nie istnieje, bo został przeniesiony na ulicę Sławkowską. Gdyby pan mnie chciał znaleźć w Krakowie, to Biuro nie istnieje, do Pięknego Psa już nie chodzę, w Dymie bywam raczej koło południa i szybko wychodzę, bo tam mnie szukają warszawiacy z książką, a w Zwisie bywam, ale również rzadko. To są lokale, które ja jako Świetlicki mieszkający w Krakowie w jakiś sposób oswoiłem. Nie we wszystkich mnie lubią.

A za co?
Nie lubią mnie za to, że niektórzy bywalcy uważają, że w swoich książkach ich złośliwie opisałem, więc już staram się unikać tych miejsc, które opisałem.

Kogo jak kogo, ale kumpli te pana książki na pewno strasznie rajcują.
Nie, nie. Ja nie jestem elementem Krakowa. Jak gramy w Krakowie, to na koncert przychodzą znajomi, którzy przeważnie mówią: O Jezu, wejdziemy na piętnaście minut, pośmiejemy się ze Świetlickiego i wychodzimy... W Krakowie to zupełnie nie ma znaczenia, czy ja tam jestem, czy mnie tam nie ma. Ja jestem atrakcją turystyczną dla warszawiaków.

Żeby o czymkolwiek pisać, trzeba się na tym znać. Żeby pisać o pszczołach, trzeba mieć wiedzę pszczelarza, żeby pisać o kotach, trzeba mieć wiedzę weterynarza. Co zatem daje panu prawo do opisywania tak poważnych spraw jak ciężkie pijaństwo, i to jeszcze na pograniczu delirium tremens? Jakie studia pan przeprowadził, żeby napisać tę książkę?
W pierwszej książce „Dwanaście” w rozdziale chyba szóstym albo siódmym próbowałem opisać stany deliryczne, których tak naprawdę nie znam. Ale przecież mam jakąś tam wiedzę i wyobraźnię. Więc to opisałem. Bohater pije kolorowe wódki, bardzo różne. Wszystkich spróbowałem, mniej więcej wiem, jak smakują, więc tutaj mam doświadczenie. Ja piję dużo mniej alkoholu niż mój bohater, a wszyscy uważają, że oto właśnie umieram z powodu alkoholu. To utożsamianie autora z bohaterem jest idiotyczne. On pali dużo mniej ode mnie. Jeżeli chodzi o alkohol, to trochę się przez lata życia nauczyłem na ten temat, ale takiej wiedzy, jaką ma mój bohater, to jeszcze nie mam.

Jerzy Pilch, który jest ekspertem od wątków pijackich, twierdzi, że nie można pisać o piciu bez picia...
Ale można wyolbrzymiać. I ja to robię.

Pański mistrz jest kompletnie indyferentny politycznie, ale w sposób jadowity szydzi z donosicieli, którzy usprawiedliwiają się, że musieli pisać, bo inaczej nie mogliby stworzyć swoich wspaniałych dzieł. Trudno nie myśleć w tym momencie o Ryszardzie Kapuścińskim i toczącej się dyskusji o jego „sprawie”.
Albo mówimy o książkach, albo mówimy o człowieku. Nie możemy mówić, że donosił, ale możemy, że pięknie pisał, bo świat na tym nie polega. Najbardziej boli mnie to, że donosy Kapuścińskiego były pisane bardzo słabym językiem. One nie są tak fascynujące jak jego proza. Gdyby wysmażył przepiękne donosy, tobym się cieszył. Przynajmniej w słowie zrobiłby coś pięknego. Zupełnie nie potrafię zrozumieć, jak ktoś, kto pisze książki, może jednocześnie pisać donosy dla innych służb. Bo zazwyczaj to nie było tak, że porwano komuś dziecko i chciano mu urwać nóżkę. Tu chodziło o paszporty, wygodne życia, lepsze stanowisko. Ktoś jechał po pijaku autem i nie chciał mieć odebranego prawa jazdy... To jest przerażające.

Bohatera, który był w dzieciństwie, w czasach PRL takim jakby młodzieżowym por. Borewiczem, Polacy łatwo rozpoznają w miejscach publicznych, chociaż minęło sporo czasu, od kiedy grał główną rolę w serialu telewizyjnym. Poznają go zatem i mówią: „A to ty... Ale się zestarzałeś, zbrzydłeś i opuchłeś”. Czy to też pański problem z rozpoznawalnością?
Tak. Właśnie w „Trzynaście” opowiadam różne dramatyczne historie dotyczące rozpoznania. To są nieliczne momenty, kiedy one w jakiś sposób są podobne do wydarzeń mojego życia. Tak jak z tym człowiekiem na podwórku, który krzyczy fragmentami z filmu, w którym grał bohater. W moim przypadku były to fragmenty wierszy. Proszę sobie wyobrazić, że idzie człowiek wyrzucić śmieci do własnego śmietnika, a tu nagle jakiś młody człowiek wrzeszczy do niego, wyraźnie agresywnie, fragmenty jego wierszy. To dziwne uczucie jest. Ja się boję, że ktoś kiedyś mnie zabije, bo mnie rozpozna. Czuję właśnie takie napięcie. Będzie zdenerwowany na swoją żonę czy matkę albo będzie miał jakieś wstrętne pryszcze i będzie w taki morderczy sposób podniecony, po czym zobaczy mnie i powie: Ooo! I ciach!

Wszyscy wyobrażają sobie na ogół, że popularność to coś strasznie przyjemnego...
To jest okropne. Ja oczywiście nie znam się na prawdziwej popularności – takiej, jaką cieszą się Zbigniew Wodecki czy Grażyna Torbicka. To jest prawdziwa popularność. Natomiast ja mam ją w małej dawce. To nie jest przyjemne, bo ja chcę być gdzieś sam albo z kimś, a tu oczka ludzkie patrzą. Później w swoich blogach i pamiętniczkach piszą: Widziałem Świetlickiego. Był pijany. A później są komentarze: A ja go widziałem w pociągu, w ogóle nie chciał ze mną rozmawiać. Trochę się tych ludzkich anonimowych oczek boję. Takie historie nie są mi w ogóle potrzebne.

Jeśli nie jest potrzebne, to należałoby odsunąć się od wielkiego świata. Są tacy pisarze, których wyglądu nawet nie znamy. Wystarczy przez dłuższy czas nie pokazywać się światu.
Ale ja już zacząłem to, co robię. Mogę oczywiście uciec i bez prądu, jak Andrzej Stasiuk, hodować kozy w Beskidzie...

Już ma prąd. Całą elektrownię.
Ojej, nie jestem najlepiej poinformowany. Rzeczywiście, można żyć w pustelni. Ale ja inaczej wybrałem. Kiedyś się zamknę, w trumnie.

No to nie rozumiem, po co się skarżyć na własną popularność? Może pan przestać jeździć z koncertami, a na miasto wychodzić z podniesionym kołnierzem i w berecie.
To jest taka moja strategia. Jak już wylazłem na tę scenę, to już z niej złazić nie będę, bo mikrofon mi się przylepił do palców i trudno mi go odkleić i koniec. Poświęcam się dla was, ludzie...