Pana druga w dorobku książka "Biały król" ma charakter zbioru opowiadań, a bardziej jeszcze - zapisków z pamiętnika dorastającego chłopca. Pisze pan dziennik?

György Dragomán: To zabawne, bo wielu krytyków literackich na Węgrzech miało podobne spostrzeżenia. Ja dopiero po lekturze tych recenzji pomyślałem, że może faktycznie mają rację i wygląda to jak pamiętnik. A dziennika prywatnie nigdy nie prowadziłem. Na "Białego króla" składają się opowiadania, pierwotnie drukowane co miesiąc w węgierskiej prasie.

Główny motyw "Białego króla" to utrata ojca. Tajniacy zabierają 12-letniemu chłopcu ojca właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebuje męskiego autorytetu.

To prawda, bohater moich opowiadań sam musi się stać własnym ojcem i zmierzyć się ze światem dzieci - bo w końcu jest dzieckiem - ale w dorosły sposob. Nie zapominajmy jednak, że rzecz dzieje się w czasach komunizmu, a dzieciństwo jest przeważnie pełne przemocy psychicznej i fizycznej. W ten sposób najlepiej widać, jak działa dyktatura. W moim przekonaniu dzieciństwo to w ogóle imperium absurdu, nie odczuwam za tym okresem szczególnej nostalgii, choć wracam czasem do niego myślami. Emigracja to dotkliwe uczucie, moja rodzina przeniosła się z Rumunii na Węgry w 1988 roku. Ale na szczęście miałem przy sobie ojca i dobre kontakty z nim.

Jakie nauki własnego ojca uznałby pan za najważniejsze?

Co było najważniejsze z tego, czego mnie uczył? Nigdy nie pisz pamiętnika w państwie policyjnym! (śmiech) Przekonałem się o słuszności tej rady w wieku 16 lat, gdy zostałem internowany przez milicję. To doświadczenie przygotowało mnie do dorosłego życia. Ojciec zawsze powtarzał, że niezależnie od wszystkiego należy zachować wewnętrzną wolność. Kiedy mnie aresztowano, poczułem, że sprostam pokładanym we mnie nadziejom. Wtedy też zrozumiałem sens tej rady.

W "Białym królu" nie ma geograficznych odniesień, nie ma ani razu mowy o Węgrzech ani Rumunii. Czy miała to być historia uniwersalna?

Tak, choć sam się dziwię. Zwłaszcza gdy dociera do mnie, ile przypadkowych wydarzeń miało wpływ na powstanie tej książki. A może właśnie dzięki tym przypadkom moje historie można właśnie w taki sposób odczytywać? Wszyscy pamiętają legendę rumuńskiego futbolu, Helmutha Duckadama, który w 1986 roku w barwach Steauy Bukareszt obronił wszystkie karne w Pucharze Mistrzów w finałowym meczu z Barceloną. I co się potem stało? Służba bezpieczeństwa pobiła go i złamała mu rękę, bo był bardziej popularny niż Ceausescu! Cztery lata temu zobaczyłem z Duckadamem wywiad w telewizji, w którym opowiadał o swoich treningach po wybuchu w Czarnobylu, kiedy przygotowywał się do występu w drużynie ministerstwa spraw wewnętrznych. Czułem się tak, jakbym doznał olśnienia. Wiedziałem, że taki motyw musi znaleźć się w mojej książce.

Studiował pan anglistykę, przekłada pan na węgierski Becketta i Joyce’a. Karierę zaczynał pan jednak jako tłumacz filmów.

I to karierę niemal w podziemiu, bo w późnych latach 80. tłumaczyłem filmy na kasetach wideo z nielegalnego obiegu! W tym biznesie kręciłem się przez dwa lata, przełożyłem w sumie około 300 filmów. Pierwszy był "Barry Lyndon" Stanleya Kubricka. Do dziś to mój absolutnie ulubiony reżyser. Z kolei pierwszą przetłumaczoną przeze mnie książką było "Trainspotting" Irvine’a Welsha.

Styl pana powieści określa się często mianem języka filmowego. Jest pan już autorem sztuki teatralnej. Scenopisarstwo nie kusi?

Pisanie scenariuszy na podstawie własnych książek? Jeśli ktokolwiek miałby to potem nakręcić, mógłby to być tylko i wyłącznie Kubrick. A to już niemożliwe. Więc po co?