Zażywanie kokainy to czynność raczej zgubna w skutkach. Ale kultura zna i takie przypadki, gdy rzecz wychodziła ludzkości na dobre. Białego proszku nie odmawiał sobie choćby ów wiedeński doktor, który do historii przeszedł jako twórca psychoanalizy. Legendy głoszą też, że pod wpływem kokainy znajdował się pisarz Robert Louis Stevenson, pisząc nowelę "Doktor Jekyll i Pan Hyde" – zresztą tytułowa dwoistość osobowości miałaby mieć ścisły związek z odkryciami inspirowanymi używką. Teraz do grona konstruktywnych kokainistów dołącza Francuz Frédéric Beigbeder.

Impuls do powstania autobiograficznej "Francuskiej powieści" pojawił się pewnego feralnego wieczoru, kiedy to w wyniku brawurowej próby ściągnięcia kreski z maski czarnego chryslera (pełna dekadencja!) pisarz trafił do aresztu. Nagła i brutalna izolacja wywołała w nim silną potrzebę utrwalenia przeszłości. I tak tą, trzeba przyznać, raczej dziwną drogą przeszliśmy od narkomanii do literatury.


Wydawałoby się, że nie ma nic nudniejszego od wysłuchiwania czyichś wynurzeń na temat dziadków, babć, rodziców, rozwodów i historii rozmnażania, czyli wszystkiego tego, co składa się na ludzkie życie. Rzecz wszelako leży w sposobie opowiadania. Beigbeder ma podstawową umiejętność, którą muszą dysponować autorzy porywający się na autobiograficzne dzieła: jest odpowiednio autoironiczny, szczery, a zarazem przewrotny. Jednak gdy dłużej się nad tym zastanowić, najważniejszą cechą ludzi piszących o sobie (niezależnie od tego, ile w tych wyznaniach prawdy) musi być pewność siebie. Ostatecznie mało jest rzeczy równie bezwstydnych jak jawne zaproszenie: czytajcie o moim życiu, jest takie ciekawe! Trzeba przyznać, że Beigbeder i na tym polu wygrywa. Nic dziwnego – w końcu dziesięć lat pracował w reklamie.

"Francuska powieść" koncentruje się wokół przypadków z życia rodzinnego. Autor twierdzi, że ze swojego dzieciństwa niewiele pamięta, bowiem doznał dziwnej amnezji. Teraz próbuje odtworzyć zdarzenia z rodzinnej przeszłości. Gdy wbić się w tkankę książki, widać wyraźnie, że najważniejszym zdarzeniem z jego młodzieńczej biografii był rozwód rodziców. Młody Frédéric zyskał dwa domy, a przy okazji prezent dość koszmarny: świadomość wszechobecnego kłamstwa. Ten fałsz ma tu uniwersalne przełożenie – z opowieści o mikroświecie jednej rodziny wyłania się historia życia we współczesnym społeczeństwie w ogóle. Niekoniecznie francuskim.


Podobno to najbardziej szczera z książek Beigbedera. Pisze on: "Wszyscy myślą, że często opowiadałem swoje życie, a ja dopiero zacząłem". I dalej: "Do tej pory opisywałem człowieka, którym nie jestem, kogoś, kim chciałbym być (...)". Nie wiadomo, czy wierzyć pisarzowi, bo jak wiadomo, autorzy to wielcy łgarze, a im bardziej starają się szczerze opisać własne życie, tym bardziej kłamią. Bezpieczniej więc traktować Frédérica Beigbedera jako pierwszorzędnego literackiego bohatera i z tym nastawieniem czytać "Francuską powieść", wynotowując co celniejsze bon moty.

FRANCUSKA POWIEŚĆ | Frédéric Beigbeder | przeł. Anna Michalska | Noir Sur Blanc 2010 | 29 PLN