W ostatniej dekadzie temat Nowego Orleanu przewijał się w kulturze głównie w kontekście huraganu Katrina. Dostaliśmy np. wybitny miniserial dokumentalny Spike’a Lee "Kiedy puściły wały" i serial fabularny "Treme", poświęcony perypetiom mieszkańców zdewastowanej metropolii, którzy starają się powrócić do normalnego życia.

U Bauma też w centrum są ludzie potraktowani jako emanacja miasta, aczkolwiek wątek Katriny pojawia się dopiero w ostatniej kwarcie – jako klamra opowieści rozpiętej między dwoma uderzeniami żywiołu: Betsy w 1965 roku i Katriny 40 lat później. Wciąż jednak nie jest to książka o kataklizmach, lecz o wspólnocie – scalonej tragicznymi doświadczeniami, ale i bez nich odrębnej, wyjątkowej, zawiązanej w miejscu wymykającym się wszelkiej klasyfikacji.

"To, że Nowy Orlean nie przypomina żadnego innego miejsca w Ameryce, wykracza poza jedzenie, muzykę i architekturę" – pisze Baum. "W kontekście stechnicyzowanych, nastawionych na zysk, superwydajnych Stanów Zjednoczonych Nowy Orlean jest aktem nieposłuszeństwa obywatelskiego wielkości miasta".

Autor, dziennikarz "New Yorkera", najpierw robił gazetowe reportaże o Katrinie. Tknęło go wtedy, że wszyscy wokół, w tym on sam, patrzą na poszkodowaną aglomerację wyłącznie przez pryzmat morderczego cyklonu. Postanowił zgłębić temat i spojrzeć na Nowy Orlean oczami tubylców, owych tytułowych dziewięciu twarzy.

Bohaterowie Bauma są barwni jak samo miasto; zróżnicowani pod względem rasy, genderu i statusu materialnego. Ich historie są unikalne, ale wszystkich łączy podobnie głębokie poczucie nowoorleańskiej tożsamości, identyfikacja z tą konkretną przestrzenią. Człowiek i miasto – tak samo dalecy od ideału, wzajemnie stymulujący, związani na dobre i złe. Jeden organizm.

Baum dużo mówi o miłości do korzeni, ale tonem częściej dystopicznym niźli sentymentalnym. "Jego" Orlean to bieda, desperacja, wysoka przestępczość i bezustanne rozczarowanie. Ale i nadzieja, siła, upór, by wciąż i wciąż podnosić się po każdym upadku. Wśród bohaterów jest Willbert Rawlins, wybawca sierot z dzielnic nędzy, nauczyciel muzyki rozdający bilety do lepszego świata – szkolnej orkiestry. Jest Ronald Lewis – były radykał, w młodości dystrybuował ulotki Czarnych Panter, dziś walczy o równą płacę dla czarnych fachowców od napraw torowisk. Jest Belinda Carr, niespełniona studentka z ambicjami regularnie podkopywanymi przez serię toksycznych związków. Jest Frank Minyard, zapalony jazzman amator, niegdyś wzięty ginekolog i kobieciarz, obecnie koroner, dodatkowo pracujący pro bono na rzecz lokalnych więźniów. Jest wreszcie Joyce Montana, która przez okrągły rok szyje mężowi finezyjne kostiumy na wieńczącą karnawał tradycyjną imprezę Mardi Gras oddającą hołd Indianom przygarniającym niewolników zbiegłych z plantacji.

Mardi Gras przyciąga plebs i elitę. "Po co marnować tyle pieniędzy na Mardi Gras, skoro wciąż mieszkacie w przyczepach?" – słyszą ci pierwsi. Ale "nowoorleańczyków trudno obrazić. Często mówią: przestańcie myśleć o Nowym Orleanie jak o najgorzej zorganizowanym mieście w Stanach Zjednoczonych. Zacznijcie myśleć o nim jak o najlepiej zorganizowanym mieście na Karaibach".

Książka Bauma stanowi niezwykle rzadki przypadek reportażu zaadaptowanego na potrzeby broadwayowskiego musicalu. W trakcie lektury ten fakt przestaje dziwić, bo obcujemy z formą bardzo ekspresyjną, żywą, "filmową". Narracja może się kojarzyć z Altmanowskim "Nashville" – autor skacze między króciutkimi rozdziałami, całe miejsce oddaje bohaterom, a sam chowa się w cieniu. Nie osądza, nie komentuje. Łapie to, co ulotne. I bynajmniej nie przesadza, gdy pisze już w przedmowie, że "nowoorleańczycy są mistrzami w zapomnianej sztuce życia chwilą"

Dziewięć twarzy Nowego Orleanu | Dan Baum | przeł. Adam Pluszka | Czarne 2017