Sorokin cykl poświęcony kosmicznemu pochodzeniu niektórych ludzi mógł zakończyć efektownie. Zrobił to zaledwie efekciarsko. Tym samym "23 000" staje się najsłabszą powieścią z całej serii. Nie znaczy to jednak, że okrutnie złą. Po prostu kiepsko wypada w porównaniu z rozpoczynającym trylogię "Lodem", a szczególnie późniejszym "Bro".

Tym razem wszystko wydaje się być zbyt proste, schematyczne i często również - co dla czytelnika chyba najgorsze - przewidywalne. Szczególnie jeśli chodzi o pierwsze 100 stron powieści, które nie wnoszą nic nowego do Sorokinowej historii. Członkowie Bractwa Światłości znów podróżują po świecie, budząc serca kolejnych ukrytych w ludzkich ciałach kosmitów, którzy w 1908 roku spadli na ziemię w lodzie meteorytu tunguskiego. Uderzają ich w mostek lodowymi młotami i właściwie nic poza tym się nie dzieje. Nie licząc może schizofrenicznych snów, które nawiedzają niektórych członków Bractwa. Śnią się im mieszkańcy Zakaukazia próbujący zapobiec spełnieniu ich misji za pomocą urządzeń budowlanych i kałasznikowów. Fakt, opisy Sorokina są krwawe i przerażające. Niestety nic wartościowego nie wnoszą do powieści. Podobnie jak naiwne pacyfistyczne pogadanki.

Szczęśliwie, "23 000" rozkręca się. Autor rozpoczyna grę z czytelnikiem, puszcza do niego oko, żartuje. W charakterystyczny dla siebie, przesycony absurdem sposób, sugeruje na przykład kosmiczne pochodzenie Roberta Planta. Nie zapomina przy tym o rozwinięciu historycznych, politycznych i mesjanistycznych wątków z wcześniejszych części trylogii. Do Biblii powraca zresztą nie raz - chociażby przetwarzając na własne potrzeby historię Adama i Ewy.

Po raz kolejny szydzi też z totalitaryzmów, przedstawiając faszystów jako posłańców miłości. Wszystko to zostało już przez autora napisane, nie szokuje już więc i nie dziwi. Może wciągnąć, ale tylko wytrwałego czytelnika.

Niestety, akcja dość często się załamuje. Byłoby inaczej, gdyby autor czasem niepotrzebnie, sztucznie i dla efektu, zanadto jej nie rozpędzał, nie bawił się w niepotrzebne pościgi, ucieczki i niemal szpiegowskie intrygi. Po tym wszystkim opisy rytuałów Bractwa Światłości dłużą się w nieskończoność.

Na pewno nie stracił jednak Sorokin nic z literackiego szaleństwa, zachowując przy tym zwykle wystarczającą jak na wymogi gatunku dawkę logiki. Elegancko rozprawia się również z korporacjonizmem, konsumpcjonizmem, wirtualnym światem i całą epoką internetu. Pozostaje bacznym obserwatorem rzeczywistości. Miejmy tylko nadzieję, że nie przyjdzie mu już nigdy do głowy wskrzeszać bohaterów lodowej trylogii.


23 000
Władimir Sorokin, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska, W.A.B. 2007