Erica Jong opowiadała kiedyś, że będąc studentką, została zmuszona do wysłuchania wykładu pewnego pisarza, który dowodził, że kobiety nie mogą być pisarkami, bowiem ich doświadczenia są zbyt ograniczone. Nie mają pojęcia o krwi, bebechach, chodzeniu na dziwki i rzyganiu na ulicy. Nie wiadomo, co stało się siłą napędową - agresja, antykoncepcja? - jedno jest pewne: kobiety nie tylko udowodniły, że pisarkami mogą być (i to wybitnymi), ale również, że na wyżej wymienionych polach mają całkiem niezłe rozeznanie.

Kiedy w 1963 roku Sylvia Plath wydała "Szklany klosz" i opisała menstruację, poruszenie było porównywalne z opublikowaniem "Biblii Szatana". Dziś, po epoce sięgania po podpaski "z pewną taką nieśmiałością", tego rodzaju wyznania wzbudzają podobne emocje co zimny kotlet. Za sobą mamy też czas ciskania gromów na wspomnianą Jong, która w 10 lat po Plath z energią rozpasanej samicy opisała niespożyty apetyt erotyczny, wydobywając kobiecą seksualność z poczucia winy i obowiązkowej monogamii. Jej "Strach przed lataniem" okazał się ogromnym sukcesem, Jong sprzedała ponad 12 milionów egzemplarzy książki. Każdy chciał przeczytać, jak robi to Isadora Wing.

Nieludzka kobiecość

Co więc jest godne opisu? Walki byków, znój na froncie, wycieczki do burdelu? Wydaje się, że początkowo kobiety chciały pisać po męsku, bo doświadczenie uważane za kobiece nie było doświadczeniem ludzkim. "Kobiece" oznaczało marginalne, drugorzędne. Sprawa sięga czasów nam bardzo bliskich. Elfriede Jelinek, której większość dzieł powstała w latach 70. i 80., mówiła, że dziwi ją fakt niskiego nasycenia twórczości kobiet przemocą. Powinno być to - jej zdaniem - naturalne zjawisko w przypadku utworu, który od razu zostaje skazany na pogardę, bo autor jest kobietą. Austriaczka miała wielki udział w przesuwaniu pionków na literackiej szachownicy. Przełamywała bariery płci językiem agresji. "Amatorki", "Wykluczeni" czy "Pianistka" to książki w chwili ukazania się z całą pewnością wywrotowe. Straszno-komiczny koncept rządzący jej tekstami, który polega na bezlitosnym szyderstwie z językowej papki, fascynował i pokazywał władzę języka nad mentalnością, sposobami odbioru świata, a poprzez tę demaskację pomagał się wyzwolić - przede wszystkim płci pięknej. Dziś jednak książki noblistki stają się coraz bardziej ich własną karykaturą. Mnożenie słowa "kutas" (ów organ mógłby właściwie występować tam bez przypiętej do niego reszty człowieka) oraz opisywanie jego misji wtargnięcia na jak najszersze terytoria wagin, jest tylko niezłą rozrywką.

Może po prostu Jelinek i jej koleżanki po piórze wywalczyły dla młodszego pokolenia pisarek szereg możliwości, z których te żwawo korzystają, nie okazując nawet wdzięczności? Dla Judith - bohaterki "Własnego pokoju", klasycznego eseju Wirginii Woolf z 1929 roku - kariera artystyczna była niemożliwa. Tym bardziej szukanie noclegu w gospodzie czy samotne włóczenie się po ulicach. Pisząc ten tekst, Woolf zapewne nie przypuszczała, że sprawy ulegną zmianie tak szybko: po upływie 70 lat Judith będzie mogła wejść do najbardziej nikczemnej speluny, zamówić wszystkim kolejkę, odtańczyć dziki taniec na rurze, odbyć ekspresowy stosunek seksualny w toalecie, splunąć na podłogę i wyjść. Taki obraz wyłania się po pokoleniowej zmianie warty, gdy do głosu doszły pisarki urodzone w latach 70., a nawet 80. XX wieku.

Burzenie barykad

Te dziewczyny nie mają przynależnych matkom i babkom twórczych kompleksów. Co więcej - w ogóle nie mają kompleksów. Japonka Hitomi Kanehara w "Językach i kolczykach" czy Chinka Mian Mian w "Cukiereczkach" zakwestionowały słowa nieszczęsnego profesora, którego musiała wysłuchać Jong. Ich doświadczenia pisane są krwią i seksualną ekstremą. Wszystkie tematy uważane niegdyś za "męskie"przeszły gładko do prozy kobiecej. "Cóż mi pozostało prócz ćpania?" - pyta Mian Mian. "Codziennie piłam, zwłaszcza przed zaśnięciem"- wtóruje jej Kanehara. Powstająca w latach 50. (oczywiście męska) literatura bitników skupiona na poszukiwaniu ekstremalnych doświadczeń alkoholowo-narkotykowych przeszła do historii jako poważna refleksja na temat negocjacji między systemem społecznym a indywidualną wolnością. Wspomniane książki młodych pisarek czynią to samo - pół wieku później. W warunkach późnego kapitalizmu Mian Mian i Kanehara opisują bolesny paradoks: że nawet to, co miało być ucieczką od społecznych zobowiązań - alkohol, narkotyki, seks - staje się elementem zniewolenia, tym razem metkami i brandami. Bohaterki ich powieści opowiadają o uzależnieniu od Black Label czy Heinekena, nie zaś po prostu od whisky i piwa. Do niedawna trudno było sobie wyobrazić żeński odpowiednik "Pod wulkanem" Lowry’ego. Spowiedź kobiety alkoholiczki? Już samo słowo alkoholiczka brzmi niepoważnie.

Im bliżej czasów współczesnych, tym więcej zdobytych barykad. Dla Henry'ego Millera nieposkromione życie erotyczne zamienione w literaturę było afirmacją wolności i życia. Gest ten powtórzyła kilkadziesiąt lat później Erica Jong. Jej książka była dowodem tego, że wyzwolenie seksualne stało się udziałem kobiet - w myśl twierdzenia, że mamy tylko to, co posiadamy duchowo. Kiedy w 2002 roku francuska pisarka Catherine Millet wydała skandalizujące "Życie seksualne Catherine M.", dostaliśmy lodowaty obraz tego, co po owym wyzwoleniu. Trudno znaleźć drugą książkę, która z taką precyzją dokonywałaby rozdzielenia ciała od intelektu. Ciało w powieści Millet to tylko sterowana głową maszyna do czerpania erotycznej satysfakcji. Nie ma żadnego łącznika emocjonalnego między tymi dwoma komponentami.

W odstępie dekady doczekaliśmy się dwóch znaczących polskich skandalistek - Manueli Gretkowskiej i Doroty Masłowskiej. Pierwsza "Tarotem paryskim" i "Kabaretem metafizycznym" - wprowadziła do literatury polskiej konwulsyjną niemal cielesność. Druga poszła znacznie dalej - pokazała, że pisarz nie ma płci. Tworząc postać Silnego, bohatera "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną", dowiodła, że w pisaniu możliwa jest rzecz magiczna - przekroczenie granic siebie. Osoba pisząca jest hermafrodytą, dane są jej obie płci, z których może w procesie twórczym korzystać.

Świat bez pogardy

Dlaczego tak się dzieje? Prawdopodobnie dawne definicje straciły sens. Stary, drastycznie spolaryzowany porządek, operujący - mówiąc obrazowo - zaganianiem pojęć do dwóch przeciwległych narożników (męskie - żeńskie, czarne - białe itp.), taktownie zdechł wraz z dojściem do głosu mniejszości homoseksualnych i powstaniem setek alternatywnych sposobów konstruowania tożsamości, której na zawsze i na pewno wcale określać nie musimy (by przypomnieć choćby instytucję internetowego czatu). Nie wiadomo, co jest męskie, co żeńskie, a co po prostu nijakie. Z tej mętnej magmy powstają rozmaite nowe, pokraczne formy, które nigdy nie przybierają ostatecznego kształtu. Mężczyźni rozpływają się w opowieściach o uroczych dołeczkach na twarzach swoich bobasów, podczas gdy kobiety prowadzą rozmowy, w których lejtmotyw stanowi niecierpiąca zwłoki kwestia zrobienia komuś laski.
Wbrew pozorom jest w tym jakaś perspektywa niezłej przyszłości. Być może kobiety ostatecznie przestaną drążyć swoje wnętrza i zaczną się rozglądać wokół siebie. Zamiast pamiętników Bridget Jones będziemy otrzymywać dzieła kolejnych autorek pokroju Zadie Smith czy Kiran Desai, dla których płeć zdaje się nie stanowić żadnego problemu. Pisząc, skupiają się na stworzeniu wiarygodnego bohatera - nieważne jakiej będzie płci. Podejmują najistotniejsze tematy współczesności, z żelaznym spokojem opisując świat wokół siebie. Świat, który został już przez nie zdobyty, a teraz ma być tylko twórczo przetworzony i oddany w ręce czytelnika. Bez obawy o to, że spotka się z pogardą.