Od wielu lat coraz bardziej chciałem pisać o dawnym Lublinie, tylko żadna konwencja jakoś nie chciała się sprawdzić. Komisarz Maciejewski okazał się zapalnikiem,
którego szukałem. Teraz bomba wybuchła i już wiem, co dalej robić. Sam pomysł lubelskiego kryminału ma jednak kilkanaście lat. Narodził się w bibliotece, gdzie jako student ślęczałem nad
pewną kwerendą i nagle koleżanka pokazała mi artykuł w gazecie z lat 20. - "Pan Teofil dostał w profil". Dostał, bo zamiast wrócić do domu na kolację, szukał po
staromiejskich zaułkach towarzystwa pięknych i wyzwolonych pań. Gdy przeczytałem o panu Teofilu, byłem akurat świeżo po wydaniu pierwszej powieści "Obsesyjny motyw babiego
lata". Jedna z jej postaci nazywała się Zygmunt Maciejewski. Usiadłszy na serio do kryminału retro, uznałem, że przeniesienie tego imienia i nazwiska będzie dobrym żartem.
Wchodziłem w dorosłe życie razem z kolejną polską niepodległością i sam czułem się trochę jak taki Cezary Baryka, tyle że z młodością raczej nudną niż dramatyczną. Może dlatego w
moim odczuciu lata 90. były powtórzeniem 20., a pierwsze dziesięciolecie XXI w. - lat 30. Czyli żylibyśmy - w pewnym sensie - ponownie w roku 1938. Analogii jest więcej, niż mogłoby się
wydawać: radosna przedsiębiorczość i jej zduszenie, Polska regionów znów zastąpiona "Polską warszawską", denominacja... Przeżyliśmy nawet odpowiednik Wielkiego Kryzysu
około roku 2000. Dlatego pisząc o międzywojniu, wcale nie mam wrażenia, że uprawiam historię. Zajmuję się współczesnością, tylko ukrywam ją pod ładniejszą maską. A jako pisarz
współczesny sięgam po tematy niemal publicystyczne: trójkąt władza-biznes-media w pierwszym "Komisarzu Maciejewskim" czy przemysł erotyczny w "Kinie Venus".
Bo właśnie na tym, według mnie, polega ten prawdziwy czar II RP, że to wcale nie była żadna wylęgarnia bohaterów, ale epoka jaskrawych kontrastów: wytwornych sukien i brudnych szwindli. Nasi
pradziadkowie czy dziadkowie nie różnili się od nas aż tak bardzo, jakbyśmy sobie tego życzyli. Patriotyzm, honor, poczucie obowiązku - te wartości również były cenione, ale nie
zastępowały chleba, wódki i kiełbasy. Jak to w życiu.
Częściowo jest to efekt nagromadzenia się wiedzy z wielu lat, bo okresem dwudziestolecia zajmowałem się, pisząc pracę magisterską i przymierzając się do doktorskiej. Badałem wówczas
życie literackie przedwojennego Lublina, jednak siłą rzeczy w orbicie moich zainteresowań pojawiła się również prasa, kina, teatry, knajpy... Także cenzura i policja jako organy
uprzykrzające życie nazbyt lewicowym literatom. Ale przede wszystkim spotkało mnie to szczęście, że jest u nas jeszcze kilka osób odgrzebujących lokalną historię - głównie mam na myśli
Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN", który sukcesywnie uzupełnia internetowe archiwum dawnego Lublina: od artykułów historycznych, przez prasę, po wspomnienia mieszkańców
miasta. Właśnie w jednym z takich wspomnień przeczytałem o ojcu Salki, choć oczywiście nie wiem, czy rzeczywiście nazywał się Cytryn i czy miał córkę. Z kolei Zakrzewski to jedna z
najbardziej malowniczych postaci przedwojennego Lublina - poeta Józef Łobodowski. Związany początkowo z komunistami, jednak po głębokim rozczarowaniu jeszcze w latach 30. zaciekły krytyk
stalinizmu. Jego powieściowe imię i nazwisko zaczerpnąłem z fabularyzowanej autobiografii poety "Dzieje Józefa Zakrzewskiego". Natomiast informacje o lubelskiej policji niemal
spadły mi z nieba, bo gdy robiłem przymiarki do pisania pierwszej z moich powieści kryminalnych, akurat ukazała się doskonała praca o lubelskiej policji tutejszego historyka, Roberta
Litwińskiego z UMCS.
Faktycznie, najtrudniej jest wiarygodnie odtworzyć rzeczy najbardziej banalne. Ale wiele z nich też jest do znalezienia w pracach historycznych, tylko trzeba zwracać większą uwagę na cytaty i
przypisy. Znakomitą bazą są również stare filmy i gazety. Nie wszystko da się z nich wyczytać wprost, ale w sumie tworzą ulotną wartość zwaną przez recenzentów "wyczuciem
epoki". Zresztą moim zamierzeniem nie jest stuprocentowa zgodność fikcji z historią. Próbuję jedynie - możliwie wiernie, ale przede wszystkim atrakcyjnie - przybliżać lata
międzywojenne współczesnym czytelnikom. Stąd moja obsesja akcentowania drobiazgowych wątków w rodzaju niedofinansowania policji, rozgrywek personalnych, donosów...
Z mojego punktu widzenia - coś więcej. Nie trawię "magii nieistniejącego świata", bo takie podejście wydaje mi się równie bezmyślne jak antysemityzm. Mniej groźne, to
prawda, jednak uprawianie żydowskiej cepelii ma tyle wspólnego z kulturą jidysz, ile piosenki "Mazowsza" z kulturą ludową. Próbuję pokazać Lublin tamtych lat takim, jaki
rzeczywiście był - a było to miasto w 1/3 żydowskie. Te 40 tys. żydowskich mieszkańców to byli nie tylko kantorzy synagog, kupcy i rabini - to także złodzieje, prostytutki i sutenerzy - jak
w każdej grupie ludzkiej niezależnie od wyznania.
Tak, część tych historii to rzeczywiście były legendy, ale jak większość legend - z mocnymi podstawami faktograficznymi. Problem był poważny, bo tego rodzaju przestępstwa nawet dziś nie
są proste do udowodnienia, a w dodatku do 1931 roku za handel ludźmi w Polsce groziły śmiesznie niskie kary. Jeśli dobrze pamiętam, główny temat "Kina Venus" zarysował mi
się podczas zbierania materiałów do "Morderstwa pod cenzurą". Szukając informacji o prostytucji w Dwudziestoleciu Międzywojennym, dotarłem do stosunkowo świeżych
artykułów o działalności gangu Cwi Migdal - międzynarodowej organizacji sutenerów kierowanej przez żydowskich bossów. Wśród rzeczy, które mnie zaskoczyły, jedna była szczególna: jak to
możliwe, że dowiaduję się o tym wszystkim dopiero teraz? Mafia, bądź co bądź, jest istotnym elementem promocji Sycylii i słyszymy o niej zewsząd. Dlaczego więc Cwi Migdal stał się
tematem tabu? Bo antysemici mieliby używanie? A może dlatego, że nie wypada o tym mówić po Szoah? Tymczasem trudno wyrządzić człowiekowi większą krzywdę, niż postawić mu pomnik. Raz w
roku ktoś składa pod nim kwiaty, przez resztę miesięcy brudzą go gołębie. A ja naprawdę żałuję, że mój Lublin już nie jest wielokulturowym miastem - ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Dlatego w lubelskich Żydach chcę widzieć żywych ludzi takich jak my.
Chodziło mi raczej o to, że historia dzieli się na skansen i na historię żywą - zależnie jak do niej podejdziemy. Gdy powiemy "tak było i koniec", jak to miewa miejsce na
lekcjach historii - jest to skansen. Gdy powiemy "tak było i tak jest" albo "tak było i podobnie jest dzisiaj, bo..." - to zupełnie inna sprawa. Mnie interesuje
ten drugi rodzaj historii i w kryminałach o komisarzu Maciejewskim ta historia jest więcej niż tłem. Funkcjonuje na wielu poziomach: w głównej kanwie fabuły, realnych postaciach
drugoplanowych, w scenerii, rozmowach bohaterów, niekiedy nawet w opisach pogody. Co ciekawe, w Lublinie sporo osób odbiera książki o komisarzu Maciejewskim przede wszystkim jako powieści
historyczne. Nie zapomnę, jak na jednym z moich spotkań autorskich dwóch starszych panów spierało się, który z piłkarzy Unii Lublin - drużyny, której kibicował komisarz - był lepszym
strzelcem.
Nawet tych najbliższych planów - na kolejną książkę - mam kilka. Natomiast samego Zygi Maciejewskiego - jak przystało na człowieka z przedwojennego materiału, nie da się łatwo zabić.
Niedawno napisałem opowiadanie o jego prywatnym śledztwie w 1968 r. Podejrzewam, że komisarz doczeka jeszcze generała w ciemnych okularach i czołgów na ulicach w 1981.