Dlaczego osadziłeś akcję nowej powieści we Wrocławiu? Kraków cię już zmęczył?

Łukasz Orbitowski: Od kiedy zacząłem pisać, każdy mnie pytał: dlaczego ten cholerny Kraków? Napisałem o miłości – dlaczego w Krakowie?, napisałem o duchach – czemu duchy w Krakowie? Po latach odpowiadania na to samo pytanie, postanowiłem porzucić go choć na chwilę. Ale mówiąc serio, to pisanie o tym samym mieście po jakimś czasie robi się nudne. A że do Wrocławia zawsze mnie ciągnęło, postanowiłem ruszyć się właśnie tam. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Może taka, że to miasto trochę rozdarte, ni to niemieckie, ni to polskie, osadzone w dwóch światach. Może to nieco dodaje wartości tej książce, ale na pewno o niczym nie przesądza. Poza tym Wrocław umyka łatwej definicji, nie ma prostego ciągu skojarzeń. Myślisz Warszawa – stolica, Kraków – kultura, Poznań – biznes, Gdańsk – morze, handel. A z Wrocławiem nie ma tak prostego skojarzenia, przynajmniej ja znaleźć go nie umiem.

W powieści ważną rolę odgrywają kwestie wiary i cudów. Nie chciałeś czytelników bardziej sprowokować? Umieścić akcję w Toruniu albo Częstochowie?

Nie przyszło mi to nawet do głowy podczas pisania. Teraz mogę odpowiedzieć, czemu bym tego nie zrobił. Ja sam jestem człowiekiem niewierzącym, ale nie uważam za słuszne i stosowne, żeby pakować się ludziom w sprawy prywatne, jaką jest wiara. Mogę się zawsze z ludźmi religijnymi pospierać, ale nie ma powodu, żeby ich obrażać. Poza tym walenie w ojca Rydzyka jest czymś bardzo prostym, każdy to robi. Dlaczego miałem uderzać w tych, w których uderzają wszyscy?

Ale „Święty Wrocław” jest do pewnego stopnia uderzeniem w fanatyzm religijny, odwołujesz się nawet do wszelkiego rodzaju cudów typu „Matka Boska na szybie”. Celowo, czy interesowały cię raczej ludzkie postawy w obliczu nieznanego?

Dla jednych Matka Boska na szybie będzie cudem, dla innych plamą. Dla jednych Bóg jest podstawą wiary, dla innych bzdurą. Tu najważniejsze jest rozróżnienie między domniemanym fenomenem a sytuacją, która pojawia się realnie. Ten mój święty Wrocław, czarne, demoniczne osiedle, istnieje obiektywnie, to coś, czemu nie można zaprzeczyć. I wydawało mi się naturalne, że ludzie będą na to reagować gwałtownie. Niektórzy będą chcieli się do niego dostać, inni będą się modlić, a jeszcze inni będą chcieli odciąć to miejsce od świata albo zbudować przy okazji własną karierę. Nie zależało mi jednak na jakiejś ostrej krytyce religijnego fanatyzmu. Wyobraź sobie, że nagle Bóg zstępuje na ziemię i mówi: oto jestem. Każdy w podobnej sytuacji zareagowałby ostro, w sposób, który mógłby zostać uznany za fanatyczny, a byłby przecież czymś zrozumiałym, słusznym.

To, co mówisz, i to, co wynika z twojej książki, w jakiś sposób kłóci mi się z twoją deklaracją, że jesteś niewierzący.

Pisarz jest – przynajmniej z reguły – głupszy od swoich książek. Pewne myśli i wrażenia pojawiają się dopiero podczas pisania. A potem sam się sobie dziwię, że to napisałem. Poza tym często piszę wbrew własnemu życiu i poglądom. Czym innym jest odrzucenie wiary w to, że istnieje istota wyższa, zainteresowana żywo naszym losem, a czym innym przekonanie, że o pewnej cudowności, nadnaturalności świata, który nas otacza. Dzieją się rzeczy niewytłumaczalne, które nie zawsze możemy uchwycić za pomocą racjonalnego myślenia.

Gdybym robił wywiad dla „Vivy!”, powinienem teraz spytać, czy widziałeś kiedyś ducha.

Nie, ale widziałem ludzi, którzy widzieli... Nie wierzę w to, że zmarli nawiedzają nas po śmierci, natomiast wierzę, że są ludzie którzy doświadczają pewnych manifestacji, które odbierają w ten sposób. Te manifestacje muszą mieć jakieś swoje źródło. Jakie – tego nie wiem. Być może nasza cywilizacja po prostu skręciła w stronę racjonalnego pojmowania świata, a być może mogła skręcić w zupełnie innym kierunku. Odrzucone możliwości wracają czkawką. Są swoim własnym cieniem.

Czy horror jest dobrym medium do opisywania stanu ducha społeczeństwa?

Wynika to już z samych założeń gatunku, bez których horror nie może się obejść, czyli wprowadzenia elementów nadnaturalnych do naszego świata. Żeby to zagrało, ten świat musi być naprawdę znany i bliski. Horror się nie może dziać w Neverlandzie. Trzeba czytelnikowi pokazać realia, które zna: jego miasto, ulicę, dom. A gdy zajmujesz się odwzorowaniem rzeczywistości, to w którymś momencie zaczynasz też opisywać pewne mechanizmy społeczne, zasady, które rządzą funkcjonowaniem ludzi. I nagle okazuje się, że osiemdziesiąt procent twojej książki składa się nie z manifestacji upiorów, ale opisu rzeczywistości. W „Świętym Wrocławiu” starałem się przełamać ten schemat: najpierw mamy coś nieprawdopodobnego, dziwnego, a potem fluidy płyną w stronę realności.

A nie myślałeś o napisaniu powieści właśnie realistycznej? W „Tracę ciepło” czy „Świętym Wrocławiu” są obszerne fragmenty, które znakomicie sprawdziłyby się w literaturze mainstreamowej. Czy pisząc fantastykę, nie skazujesz sam siebie na getto?

Oczywiście, że tak. Ale po pierwsze jest tylu autorów mainstreamowych, a Orbitowski jest jeden. I to jest już powód, żeby poczuć się dobrze. Po drugie pisarstwo to zawód dosyć niebezpieczny, bo trudno się wyspindrać na szczyt czy nawet przyjemną grań, ale zlecieć z tej grani jest bardzo łatwo. Więc jeśli już zajmujesz się czymś tak szalonym jak literatura, to pisz to, co wydaje się słuszne. A jeśli mi przyjdzie do łba pomysł na powieść mainstreamową, to wtedy ją napiszę. Nigdy nie zakładam, że teraz będę pisał horrory, a potem coś innego.

Twórcom literatury fantastycznej wciąż trudno przebić się do mainstreamu. Udało się to choćby Jackowi Dukajowi czy Andrzejowi Sapkowskiemu, ale tak naprawdę wciąż pozostajecie w cieniu. Nie przeszkadza ci to?

Fantastyka, a horror w szczególności, jest ignorowana, ale skoro tu siedzimy i rozmawiamy, to znaczy, że nie jest jeszcze tak źle. Poza tym mimo braku zainteresowania krytyki horror ma mnóstwo fanów – mówię tu choćby o książkach Kinga czy o polskim fenomenie Grahama Mastertona. Ludzie chcą to czytać i oglądać. Najważniejsza w pisaniu horrorów jest właśnie przyjemność z odnalezienia z ludźmi wspólnego języka. Zresztą w ostatnich latach dokonał się ogromny postęp i wreszcie uznano, że fantastyka to jest normalna literatura. Ale to prawda, że gdyby taki Dukaj – przy swojej skali talentu – pisał powieści głównonurtowe, to nie musiałby bić głową w mur przez prawie dwadzieścia lat, żeby go media zauważyły. Podobnie Sapkowski, który na sukces pracował dziesięć lat. Ich książki są teraz doceniane, obaj na to zresztą niewątpliwie zasłużyli, ale jest też cała masa pisarzy, którzy są utalentowani, ale ponieważ piszą fantastykę, nie mają szansy przebić się dalej. To niedocenienie fantastyki wynika głównie z niewiedzy. Wielu krytyków – i to nawet nie jest ich wina – nie ma odpowiednich narzędzi, by uprawiać krytykę literacką na tym gruncie, wiele osób nie potrafi nawet odróżnić, co w fantastyce jest wtórne, a co twórcze. Prywatnie tęsknię za taką zgodą między literaturą fantastyczną a głównonurtową, ale wydaje mi się, że niewiele osób jej potrzebuje. Wydawcy, fani, a nawet część pisarzy, którzy mają swoje tematy, swoje wydawnictwa i zapewnione miejsce na liście bestsellerów Empiku.

Warto zatem walczyć o szersze zainteresowanie gatunkiem?

Oczywiście, że warto. Fantastyka ma sporo do zaoferowania. Literatura głównonurtowa oddaliła się w pewnym momencie od tradycyjnych struktur narracyjnych, doszło w do zerwania z fabułą, powieść umarła itd. Tymczasem fantastyka, nawet ta najbardziej przaśna, nastawiona wyłącznie na rozbawienie, zasmucenie bądź przestraszenie czytelnika, jest bardzo dobrą szkołą fabuły. Z drugiej strony literatura mainstreamowa jest świetną szkołą samoświadomości językowej, przemyślanego operowania słowem. Tego czasem brakuje mi w fantastyce, gdzie język – bardzo często, nie zawsze – jest jedynie wehikułem, który służy popychaniu akcji naprzód. Takie zderzenie obu światów literackich może okazać się bardzo owocne. I skorzystają na tym nie tylko pisarze, ale przede wszystkim czytelnicy.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie interesuje cię pisanie książek, ale opowiadanie historii.

To prawda, ja po prostu chcę opowiadać historie. Gdyby mi za to płacili, siedziałbym przy ognisku i nawijał. Chciałbym próbować sił z różnymi mediami: napisać komiks, zrobić film albo chociaż słuchowisko radiowe. Cały czas mam nadzieję, że będzie mi to dane, choć oczywiście nie porzucę pisania książek.

Mówiłeś, że Dukaj czekał na uznanie przez prawie 20 lat, Sapkowski przez 10. Czy teraz pora na Orbitowskiego? W tym roku mija dziesięć lat od wydania twojego debiutanckiego zbioru opowiadań.

Ja z nikim się nie ścigam, zresztą z Dukajem i Sapkowskim zwyczajnie ścigać się nie mogę. Debiutowali na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ja pierwsze teksty w czasopismach komercyjnych puściłem już w nowym milenium. Przynależymy więc do różnych pokoleń literackich. Tu trzeba też zadać pytanie o miarę sukcesu. Nie doczekałem się filmu, który miałby nominację do Oscara, nie doczekałem się pierwszego miejsca na Top 10 Empiku. Z drugiej strony cztery lata temu zapylałem na budowie w Stanach, a teraz żyję sobie spokojnie, robię to, co chcę, jestem człowiekiem, któremu się w jakiś sposób spełniły się marzenia. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będę się zajmował literaturą w tak zaawansowany sposób, tobym się puknął w łeb. Trudno więc, żebym narzekał na swój los. A i tak wszystko jeszcze przede mną

Rozmawiał Jakub Demiańczuk

p

Książki Łukasza Orbitowskiego znajdziesz w sklepie LITERIA.pl >