„Syjoniści do Syjamu” ukazują się po ponad 40 latach od napisania. Trudno nie spytać, dlaczego tak późno?

Marek Nowakowski: Oczywiście mogłem wydać „Syjonistów”, których pierwotny tytuł brzmiał „Jak ja zazdroszczę Cyganom”, już w 1968 roku. Książka przez Jugosławię dotarła do Paryża, do Jerzego Giedroycia. A że była gorącą, aktualną relacją z kraju, zależało mu na jak najszybszym druku. Konstanty Jeleński prowadził nawet wstępne rozmowy na temat przekładów na obce języki. Targałem się z myślami dzień i noc – wydać czy nie wydać? I postanowiłem nie wydawać.

Dlaczego?

Zdawałem sobie sprawę, że ta książka rozpęta burzę. Być może wywoła nawet międzynarodowy oddźwięk. PRL-owskie gazety będą pisać, że jestem zdrajcą, jurgieltnikiem, który za pieniądze wywiadów – złych, potwornych, imperialistycznych, na czele z CIA – wydaje książkę szkalującą dobre imię Polski. To wszystko spotkało mnie wiele lat później, gdy napisałem „Raport o stanie wojennym”. Po Marcu ’68 może nie siedziałbym w więzieniu, ale nie istniałbym już jako pisarz, zostałbym sprzedawczykiem. Mógłbym oczywiście zostać na emigracji, bo byłem wtedy w Paryżu, ale to nigdy mnie nie interesowało. Wiedziałem też, jaką reakcję wywołałyby u mnie działania władzy po wydaniu „Syjonistów do Syjamu”. Obudziłaby się we mnie wściekłość i nienawiść do tej władzy, która tak mnie gniecie. I wtedy bym się – siłą rzeczy – zmienił w pisarza stricte politycznego. A ja miałem inną wizję swojego pisania, potrzebę, żeby to, co robię, było literaturą, nie publicystyką. Pan Jerzy to zrozumiał. Skończyło się na tym, że kilka tekstów, osiem czy dziewięć, wydrukowałem w „Kulturze” pod pseudonimem.

Ale od dwóch dekad żyjemy już w wolnej Polsce, a „Syjoniści do Syjamu” ukazują się drukiem dopiero dziś.

Wciąż coś pisałem, miałem inne sprawy i nie myślałem o tej książce. Przypadek sprawił, że dwa lata temu, już po śmierci Jerzego Giedroycia, Jacek Krawczyk z Instytutu Literackiego odnalazł teczkę z pieczęcią „Kultury”, a w niej moje teksty. No i przesłał mi to do kraju. Pożółkły papier, część pisana na maszynie, rękopisy ze spłowiałym atramentem...

Co pan czuł, przeglądając te zapomniane zapiski?

Pomyślałem, że to dobre. Jest w nich uchwycona charakterystyka tamtych czasów, realiów. Tego, co się działo na dole, a nie na górze – tam mieliśmy Marzec, rozważania, dotknięcie heglowskie, intelektualistów wyzwalających się z komunizmu, bo zobaczyli nagle, że komunizm to zło, które wyzwala antysemityzm. A ten antysemityzm przecież zawsze był w komunizmie obecny. Teraz toczą się debaty o Marcu, w których nie ma nic z nastroju życia, ulicy, zwykłych ludzi – robotników, urzędników, partyjniaków, bezpartyjnych, fajnych ludzi, strachliwych, odważnych. Nie mówi się o tym, jak oni to odbierali. Jak partia sączyła od góry ten jad antysemityzmu.

Zastanawiam się, czy pan nas, Polaków, za bardzo nie usprawiedliwia, mówiąc, że to nie była nasza wina, tylko partyjnej góry.

Działanie partyjnej góry było jednym z motywów tamtych wydarzeń. Drugim był antysemityzm istniejący w nas, jak w każdym narodzie. Przypomnę panu Francję, wspaniałą, światłą. Jak się zachowywała podczas okupacji? Jak wyglądał rząd Vichy pod Petainem? U nas też były takie tendencje, chociaż nigdy nie istniał antysemityzm fizyczny w rodzaju pogromów jak te w Rosji carskiej, rzezie Żydów dokonywane podczas okupacji rękami Węgrów w Budapeszcie czy Litwinów w Kownie.

Czytając pańskie teksty, trudno nie dojść do wniosku, że w wielu wypadkach antysemityzm był pretekstem, aby wyeliminować konkurentów.

Przez całe lata PRL-u – można tu wliczyć i okupację – strasznie nas deprawowano, niszczono. Wszystko było nam podawane centralnie, odgórnie. Kraj był biedny, zdewastowany, a nasze narodowe schizofrenie powstawały przez brak wolności. Ludzie nie mogli wyrażać tego, co myślą, wszystko było stłamszone, mówione szeptem w domu. Marzec ’68 stał się rodzajem ciemnego, dziwnego wyzwalacza emocji. A antysemityzm okazał się przepustką do kariery. Niżsi partyjni działacze chcieli wygryźć wyższych rangą i zająć ich stołki. To się rozprzestrzeniało, niekoniecznie tylko na ludzi partyjnych.

Wbrew tytułowi „Syjoniści do Syjamu” nie są jednak wyłącznie książką o Marcu ’68. To opowieść o mentalności zniewolonego umysłu.

Oczywiście, ale to też książka wydana z chęci przypomnienia pozytywnych wydarzeń, tego, co w ludzkich zachowaniach dobre. To się dziś zupełnie zaciera, nawet w pamięci świadków tamtych wydarzeń. Życie codzienne z 1968 roku zupełnie nam umknęło. Dlatego wydałem „Syjonistów do Syjamu”. Podejmowano ten temat od strony ideowej, światopoglądowej, a sam szczegół, materia ludzkich, zwykłych zachowań pozostaje niewidoczna.

Może to nie interesuje czytelników lub pisarzy? Albo po prostu trudno o tamtych wydarzeniach pisać z takiej perspektywy?

Na pewno dziś byłoby bardzo trudno. Taką książkę – biorąc pod uwagę dzisiejsze doświadczenia – mogłoby się przeintelektualizować. Łatwo można sprawić, że będzie to fałszywa literatura, w której prawda zostanie zatarta przez subiektywny zapis emocji. Wtedy otrzyma się jednostkową relację, a mnie chodziło o wizję wspólnotową. Zależało mi na uchwyceniu całości, wielogłosie, zapisie świata, który wtedy istniał.

Czy dziś można napisać dobrą książkę o polskiej historii, o PRL-u? Taką, w której z jednej strony PRL nie byłby tylko synonimem zła, a z drugiej nie zostałby sprowadzony do zabawnego absurdu?

Jeśli ma się pasję do pisania o minionych czasach, grzebania, rekonstruowania przeszłości, to można. Niestety dotychczas młodzi pisarze nie stworzyli nic takiego. Jako przykład, że to da się zrobić, wspomnę choćby Jonathana Littella i jego „Łaskawe”. Oto Amerykanin związany z Francją, piszący po francusku, tworzy książkę dającą ciekawy, bardzo złożony portret Niemca zaangażowanego w najgorsze działania aparatu hitlerowskiego. Ta książka jest silna i niezwykle sugestywna.

Polski pisarz od razu wpadnie w pułapkę publicystyki i moralizowania?

Tu ciągle są jakieś jednostronne racje i właśnie je ilustruje literatura. To jest pułapka. Gdy pisze się tego rodzaju historię, kiedy rekonstruuje się zamierzchłą przeszłość, trzeba być wolnym i otwartym. Trzeba być autorem typu „ucho i oko”, pisać o tym, co się odbiera, i z tego budować historię. Nie wolno mieć odgórnych założeń, celu, tez. W taki sposób nie powstanie prawdziwa literatura.

Sprawdź tę książkę w sklepie LITERIA.pl >