Wciąż jesteś w podróży…
Joanna Kulig: Taki zawód. Już się przyzwyczaiłam. Dobrze mieszka mi się w Krakowie, ale czasami ciągnie do Warszawy… W Krakowie prowadzę życie domowe i towarzyskie, a w Warszawie pracuję. Jest w tym jakaś konsekwencja.

Właśnie skończyłaś próbę do „Wassy Żeleznowej”, rzadko wystawianej w Polsce sztuki Gorkiego. Ostatni raz „Wassa” była grana w Teatrze Wybrzeże prawie 30 lat temu.
Pani Krystyna Janda zaproponowała byśmy przeczytali tekst Gorkiegom, jak gdyby po raz pierwszy i wspólnie odkryli jego aktualność. Okazuje się, że Gorki był niezwykle dotkliwy w swoim okrucieństwie, przenikliwy w ukazaniu słabości ludzkich charakterów.

Krystyna Janda zbudowała adaptację „Wassy” na podstawie dwóch wersji dramatu Gorkiego: z 1910 i 1935 roku, oraz z opartego na motywach „Żeleznowej” filmu Gleba Panfiłowa z 1989 roku – „Matka”.
To będzie spektakl o przemocy w rodzinie. Takie dictum usłyszeliśmy na pierwszej próbie. Trochę byłam zdziwiona. Gorki? Przemoc w rodzinie? Ale Krystyna Janda doskonale wie, co robi. Odnalazła u Gorkiego rejestry, które brzmią bardzo współcześnie. Z jednej strony chodzi o desperacką walkę Wassy o przetrwanie jej rodziny, z drugiej – dotykamy całego katalogu społecznych patologii i zwyrodnień.

W „Wassie” grasz Natalię: postać nieprzyjemną, mroczną, tajemniczą…
Początkowo miałam grać Lubę, przeciwieństwo Natalii: niepełnosprawną, autystyczną dziewczynę, chyba najjaśniejszą postać dramatu. Kiedy zaczynałam już „zaprzyjaźniać” się z Lubą, zadzwoniła pani Krystyna Janda z pytaniem: „A co byś powiedziała, gdybym obsadziła cię z twoją siostrą, ale wtedy grałabyś Natalię, a Justyna – Lubę”.


Twoja siostra, Justyna Schneider, debiutowała w Polonii rolą Heleny w „Grubych rybach” Bałuckiego w reżyserii Jandy…
Od dłuższego czasu marzyłyśmy, żeby zrobić coś wspólnie. Ta propozycja Krystyny Jandy spadła nam z nieba. Tyle że musiałam uśpić poczciwą Lubę i odkryć demoniczną Natalię. Moja bohaterka nie ma żadnych złudzeń, że zło zawsze wygrywa. Chociaż pokochałam Lubę, cieszę się, że mogę mierzyć się z Natalią. Coś nowego, coś innego.

Jak się pracuje z Krystyną Jandą?
Mała szkoła aktorska. Krystyna Janda wchodząc w rolę, zapomina o wszystkim, również o sobie. Staje się Wassą. Natalia jest w nią zapatrzona. Aśka Kulig również, bezwiednie (śmiech). Kiedy na dzisiejszej próbie Wassa-Janda założyła na głowę szalik, po pewnym czasie zorientowałam się, że mimowolnie zrobiłam to samo. Przy wszystkich różnicach wynikających z doświadczenia, dorobku czy wieku, myślę, że reagujemy z panią Krystyną Jandą podobnie, mamy zbliżony temperament.

Można odnieść wrażenie, że – jak niegdyś Jandę – rozpiera cię energia. Rok 2009 był przełomem. Zagrałaś w kilku filmach, występujesz w teatrze, śpiewasz. Trudno za tobą nadążyć.
Pozory. Miałam dłuższą przerwę. Przygotowywałam się jedynie do głównej roli w dużym, europejskim filmie, w którym prawdopodobnie zagram. Przede wszystkim jednak usiłowałam się wyciszyć, odnaleźć w sobie spokój, który wcześniej zgubiłam. To doświadczenie okazało się cenne, bo w sytuacji, w której telefon z propozycjami dzwoni bardzo często, nie czuję, żeby cokolwiek wymykało mi się spod kontroli. Nakręciłam dwa filmy w Polsce – z Magdaleną Łazarkiewicz i Januszem Kondratiukiem, jeden w Niemczech – z udziałem m.in. Leny Olin, przygotowuję się do kolejnych. Równolegle od czasu do czasu gram w podwójnej obsadzie w „Sonacie Belzebuba” w Teatrze STU, w Starym i w Polonii, ale nie czuję, żeby praca wyczerpywała mnie emocjonalnie i fizycznie.


Jesteś zaprzeczeniem reguł obowiązujących w profesji aktorskiej. Najpierw nie bardzo chciałaś być aktorką dramatyczną (dostałaś się na specjalizację wokalno-estradową w krakowskiej PWST), potem bardzo szybko, bo już na drugim roku studiów, dostałaś propozycję zagrania Hermii w „Śnie nocy letniej” w reżyserii Mai Kleczewskiej. Ty jednak, obsadzana chętnie przez młodych i modnych reżyserów - Klatę, Kleczewską czy Zelenkę - zrezygnowałaś z etatu w Starym.
Zagrałam va banque. Długo do tego dojrzewałam, bardzo mocno to przeżyłam. Mimo wszystko uznałam, że poza niezaprzeczalnymi korzyściami wynikającymi z pracy w znakomitym zespole, robię coś wbrew sobie. Dzisiaj uważam, że rezygnacja z etatu w Starym była jedną ze słuszniejszych z decyzji w moim życiu.

Miałaś wtedy coś w zanadrzu?
Niewiele, pan Krzysztof Jasiński zaproponował mi Kordelię w „Królu Learze”, którą być może zagram, oraz udział w „Sonacie Belzebuba”. I tyle. Problem był we mnie. Miałam wrażenie, że to już finał. Że aktorstwo mnie przerasta, nie czuję tego. Praca w teatrze nigdy nie była zresztą moim marzeniem, chciałam śpiewać. Ale wszystko potoczyło się trochę poza mną. Najpierw na drugim roku studiów, w trakcie warsztatów zagrałam Albertynkę w „Operetce” Gombrowicza, następnie jej reżyser – Mikołaj Grabowski – zaprosił mnie na spotkanie z Mają Kleczewską, szybko weszłam do zespołu Starego. I trochę się zagubiłam. Dopiero w momencie, kiedy zrezygnowałam z pracy w Starym, zrozumiałam, że jednak chcę być aktorką. Mam talent.

I szczęście…
Tak. „Doktor Halinę”, Teatr TV w reżyserii Marcina Wrony, w którym zagrałam tytułową rolę, zobaczył w Anglii reżyser „Lata miłości” Paweł Pawlikowski. Zaproponował mi udział w swoim nowym filmie „The woman in the fifth”, w którym zagram obok m.in. Kristin Scott-Thomas i Ethana Hawke. Z kolei casting do niemieckiego filmu wygrałam wbrew wizji reżyserki, Anny Justice i producentów. To miała być zupełnie inna postać: odmienna fizycznie i psychicznie, a jednak przekonałam niemiecką ekipę swoim temperamentem, pasją i energią. Nawet jeżeli nie jestem do końca pewna, czy mam rację, w budowaniu roli uważnie słucham siebie, ufam własnej intuicji. A w Starym byłam zagubiona.


W Krakowie plotkowano, że rezygnując ze stałej pracy w teatrze, myślałaś o trudnej współpracy z Mają Kleczewską.
Kiedy się spotkałyśmy, byłam za młoda i zbyt naiwna. Maja Kleczewska, przygotowując spektakl, opiera się głównie na aktorskiej improwizacji, do czego szkoła teatralna nas nie przygotowuje. Nikt nie mówił mi o sposobach ochrony przed reżyserem, tymczasem podczas prób do „Snu nocy letniej” wydarzyło się, moim zdaniem, sporo nadużyć, kilka niekontrolowanych zachowań. To była jazda bez trzymanki, a ja byłam wtedy właściwie jeszcze dzieckiem.

„Sen nocy letniej” Kleczewskiej miał zdeklarowanych entuzjastów i zajadłych oponentów.
To był dobry i ciekawy spektakl, ale dla mnie zaświeciło się żółte światełko. Za dużo korzystałam wtedy z siebie, z prywatnych, niekiedy toksycznych emocji. Uruchomiłam pamięć emocjonalną - wynajdując uśpione pokłady bolesnych przeżyć. Nikt mi nie powiedział, że to wyboista droga, na której łatwo się wykoleić. Myślę jednak, że praca z Mają czegoś mnie nauczyła. Zupełnie inaczej podchodzę do budowania postaci, bardziej dojrzale i świadomie. Myślę, że gdyby nie było tej „drugiej drogi”, zrezygnowałabym z zawodu. Aktorstwo to nie psychodrama.

Mówisz rzeczy niepopularne. Masz „niewyparzoną gębę”?
Nie jestem bezczelna, ale dociekliwa. Bywam wkurzająca, bo chcę wszystko wiedzieć. Każdego reżysera zamęczam pytaniami (śmiech), ale potrzebuję tego wszystkiego po to, żeby w momencie, kiedy wyjdę na plan filmowy albo na scenę, działać organicznie, mimowolnie przetwarzając emocjonalność postaci na własne ciało.


W wywiadach z tobą bardzo często pojawia się wspomnienie telewizyjnej „Szansy na sukces”. Wiele lat temu wygrałaś ten program, śpiewając „Między ciszą a ciszą” Grzegorza Turnaua.
Ludzie wciąż mnie poznają po głosie. To było przecież 12 lat temu. Miałam 15 lat.

Kim była dziewczynka, która 12 lat temu przyjechała do Warszawy z malutkiej Muszynki?
Przestraszone, ambitne kurczątko. W mojej miejscowości mieszka zaledwie 300 osób i wszyscy to oglądali. Mama była dumna. Grzegorz Turnau powiedział, że jestem dziewczynką ciekawą świata, a fakt, że pochodzę z małej miejscowości, może być tylko moim atutem. Bardzo się staram, żeby nie stracić tego atutu. Nie zapomnieć, skąd jestem.

Maksym Gorki pisał: "Trzeba tak żyć, żeby można było mieć szacunek dla samego siebie".
Szacunek dla siebie wynika z umiejętności docenienia innych. Przed pointą zawsze powinien być kontrapunkt.