Trela: Szekspir to nie był głupi facet
Role Jerzego Treli naznaczyły spektakle Swinarskiego, Jarockiego, Wajdy, Grzegorzewskiego. Wielki aktor zgodził się zagrać w „Wassie Żeleznowej” Gorkiego na otwarcie warszawskiego Och-Teatru.
- Podobno jestem specjalistą od świrów
- Pierwotna, dzika energia "Merlina"
- Holoubek, Łomnicki i inni
- Zapasiewicz, ostatni z wielkich
- Drugi teatr Jandy rozpoczyna działalność
- Joanna Kulig: Ja mam "niewyparzoną gębę"?
- Preisner: Nowej epoki już nie zrozumiem
- "Mam dość artystycznego niechlujstwa"
- Lipińska: Nie mam w sobie nic z outsidera
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Piątek 2012-05-25

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W „Wassie Żeleznowej” gra pan niewielką rolę. Przypuszczam, że są tacy, którzy powiedzieliby, że Jerzego Treli nie wypada obsadzać w epizodach…
Jerzy Trela: Nigdy nie unikałem epizodów. Przeciwnie, zawsze mnie ciekawiły, ponieważ stanowiły szansę, by podczas kilku minut bycia na scenie zrobić coś istotnego. Nigdy więc nie
sądziłem, że powinienem brać tylko duże role, bo tak wypada. Mnie wypada grać wszystko, co uważam za stosowne, co mnie inspiruje. Dlatego owe epizody, obok ról głównych, towarzyszą mi
przez całe życie. Pamiętam Ziemlanikę w „Rewizorze” Gogola w reżyserii Jerzego Jarockiego. Grałem go z wielką przyjemnością. Jarocki sprawił, że Ziemlanika stanowił
kontrapunkt wobec Horodniczego i finale przejmował władzę. I jakoś tak się stało, że epizodyczna przecież rola nabierała szczególnego znaczenia, a mnie dawało to dodatkową satysfakcję. W
pierwszym krakowskim „Weselu” Jerzego Grzegorzewskiego zagrałem Jaśka. Do prób generalnych nie mówiłem ze sceny jego finałowego monologu. W końcu zdenerwowałem się i w
żartach zagroziłem Jerzemu, że jeśli wreszcie nie wpuści mnie na scenę, to mu udowodnię, że Jasiek to główna rola. Coś było na rzeczy, bo odrzekł, że właśnie o to mu chodzi. A potem i
on, i ja dostaliśmy za to „Wesele” nagrody. Rzecz jasna, niczego nie gram dla splendoru. Przygotowując epizody, mogę być służebny wobec ludzi, z którymi pracuję, których
szanuję i lubię. W „Szczęśliwych dniach” w warszawskiej Polonii też mam epizod…
A jednak Willie jest na scenie niemal cały czas.
Największą przyjemnością jest jednak to, że mogę partnerować Krystynie Jandzie, którą tak bardzo podziwiam za jej role, jej zmagania z oboma teraz teatrami, za jej energię. U pani Krystyny
zagrałbym nawet krzesło (śmiech). Kiedy gra się główne role, siłą rzeczy trzeba brać od innych, bo to koledzy grają na mnie, wzmacniają moją postać. Wyznaję zasadę, że czasem trzeba
być służebnym wobec innych, spłacić dług wobec tych, którzy kiedyś czymś mnie obdarzyli. Tak właśnie jest w „Wassie Żeleznowej”. Spotykam się na scenie z panią
Krystyną, z moimi studentami. Dlatego granie epizodów w żadnym razie nie może być dla mnie uwłaczające. Maklakiewicza uwielbiałem za jego epizody właśnie (śmiech).
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!