Kamil Maćkowiak (rocznik 1979), kiedyś tancerz baletowy, od 10 lat aktor Teatru im. S. Jaracza, w którym zagrał w takich spektaklach jak „Made in China”, „Osaczeni”, „Zszywanie”, „Bramy raju", „Survival”. Najbardziej znany jest jednak z autorskiego monodramu opartego na „Dziennikach” Wacława Niżyńskiego, za który otrzymał kilkanaście nagród (m.in. Główna Nagroda na VI Międzynarodowym Festiwalu Monodramów Monokle w Sankt Petersburgu). Widzowie telewizyjni czy kinowi znają go z głównej roli w filmie „Korowód” Jerzego Stuhra oraz występów w serialach „Oficerowie” i jego kontynuacji, a także w „Kryminalnych” i „Naznaczonym”.



Od 10 lat pracujesz w Teatrze im. S. Jaracza, zagrałeś tam już 20 ról teatralnych. Jeśli jednak nie występujesz na scenie, gdzie chodzisz do teatru?

Kamil Maćkowiak: Raczej jeżdżę do Warszawy. Choć prawdę mówiąc, średnio lubię oglądać spektakle, do czego być może nie powinienem się przyznawać. Tak dużo czasu spędzam w teatrze, że moje wolne dni chcę spędzać gdziekolwiek indziej. Oczywiście są rzeczy, które zobaczyć trzeba i wtedy to jest poza dyskusją.


Aktor teatralny − a woli bywać w kinie?

Najczęściej jednak siedzę w domu, jestem absolutnie nudnym domatorem. Gdy spędzasz całe dnie na próbach a wieczorem grasz dla tylu osób, to cały czas podlegasz jakiegoś rodzaju ocenie − począwszy od tego jak grasz, skończywszy na tym jak wyglądasz − mam więc potem potrzebę schowania się. Choć mieszkam w Łodzi już 10 lat, przykładowo w Łodzi Kaliskiej byłem może z 5 razy. Nie jestem typem klubowo-imprezowym. Jeśli już imprezy, to raczej w kameralnym gronie. Podziwiam za to ludzi, którzy potrafią cokolwiek odreagować przy pomocy clubbingu, mnie bardziej by to spinało.


Dlaczego? Czujesz się obserwowany?

Nie, to po prostu nie jest mój żywioł. Ja nie miałem w zasadzie kiedy nauczyć się imprezować, bo od 9 do 18 roku życia byłem w szkole baletowej z internatem, więc w moim świecie wychodzenie do klubu było abstrakcją.


Masz poczucie, że przez to brakowało szaleństwa w twoim życiu?

Musielibyśmy najpierw zdefiniować szaleństwo. Jeśli tym mianem określimy imprezy, to nie brakowało mi tego nigdy, i nie brakuje. Innego rodzaju szaleństwa miałem za to w nadmiarze, czego skutki odczuwam do dziś.


O czym mówisz?

Nie mogę ci szczerze odpowiedzieć na to pytanie, bo byłbym samobójcą przyznając się do pewnych rzeczy. Wracając do szaleństwa, o które pytałaś, dzisiaj pewnego rodzaju szaleństwem jest spontaniczne spędzanie czasu i u mnie najczęściej są to jakieś wyjazdy. Z drugiej strony, jeśli spojrzymy na moje życie z punktu widzenia osoby, która pracuje od 8.00 do 16.00 to całe moje życie jest szalone.


Sto spektakli „Niżyńskiego” to musiało być niezłe szaleństwo. Jak się czujesz po tylu przedstawieniach?

Tak jak wyglądam (śmiech). Czuję się bardzo fajnie, to jest pierwsza „setka” w moim życiu. Jestem krótkodystansowcem i trudno mi wyobrazić sobie, że mógłbym grać jakiś tytuł przez osiem lat przykładowo, po 2 spektakle w miesiącu. Zdecydowanie wolałbym grać go przez dwa lata a potem się z nim pożegnać. Granie tej samej roli po paru latach, kiedy ja tak bardzo się zmieniam, wydaje mi się być strasznie nieprawdziwe w stosunku do tego, co pokazałem na premierze. Jestem już innym człowiekiem, innymi środkami aktorskimi dysponuję, inaczej też wyglądam. Fajnie wyczuć ten moment, kiedy należy się wycofać, bo wyrosło się z danej roli psychicznie − tak było na przykład z „Polaroidami”.


Może więc przyszedł już czas, żeby się z „Niżyńskim” pożegnać?

Niżyński mi się jeszcze nie znudził, trudno z niego wyrosnąć. Teraz jestem zresztą w wieku, w którym on pisał swoje dzienniki. Myślę, że jeszcze za 4-5 lat będę dalej wiarygodny w tej roli. Dodatkowo, sam jestem sterem tego spektaklu, ode mnie zależy jak on będzie wyglądał za kilka lat. Stale poszukuję nowych sensów, więc improwizuję, zmieniam go. Grałem go już po angielsku, grałem z fragmentami rosyjskiego, a to ożywia spektakl. Po pierwszych 2 latach grania, musiałem zrobić go na nowo, właśnie po angielsku, co było jak przygotowanie całkiem nowej roli. To były 3 miesiące ciężkiej pracy z lektorką po kilka godzin dziennie, przestawiania się na inny sposób mówienia, bo tak bardzo miałem wgraną w głowie melodię języka polskiego. Na szczęście Niżyński to studium choroby psychicznej, więc nawet językowe błędy, które mogły mi się przytrafić, były tu wpisane w postać i stan, w którym jest.


Oglądając spektakl po angielsku, widzimy inne przedstawienie?

W pewnym sensie, bo język w dużym stopniu determinuje przedstawienie. Różnica polega również na tym, że mam większą dyscyplinę, bo moje improwizacje są wcześniej przygotowane. W Polsce mogę popłynąć tak jak czuję danego dnia.


Nie czujesz się trochę niewolnikiem tej postaci? Chociaż grałeś w kilku serialach, to pierwsze skojarzenie z twoim nazwiskiem to jednak ta rola. To chyba rzadkie, żeby aktor kojarzył się tak silnie właśnie z rolą teatralną...

Wszystkie moje zawodowe wybory, zawsze stawiały teatr na pierwszym miejscu. Seriale robiłem raczej przy okazji, a od dwóch lat w ogóle zrobiłem sobie przerwę, bo po prostu mam alergię na banał. W teatrze zresztą również, dlatego interesuje mnie tylko trudny repertuar, niełatwe wyzwania. To jest emploi, w którym dobrze się czuję i potrafię się wyróżnić. To, co mówisz, oznacza, że moja polityka się sprawdza. Chodziło mi o to, żeby być identyfikowanym z teatrem. To, że parę razy zagrałem w jakichś serialach, znaczy dla mnie tylko tyle, że pomogłem sobie w spłaceniu kredytu. Bez fałszywej hipokryzji powiem, że niewiele jest dobrych rzeczy, które zrobiłem poza teatrem.


Sam mówisz, że grywasz zwykle mocne role. Zastanawiam się czy jest w tobie jakaś „mroczna strona”, która powoduje, że takie właśnie klimaty cię pociągają?

Myślę, że tak. Nie mówię, że moje doświadczenia są w jakiś sposób podobne do przeżyć postaci z „Osaczonych” przykładowo, ale wbrew powierzchownym opiniom, jestem dosyć depresyjną osobą. Mam rzeczywiście jakieś ciągoty w kierunku tragizmu, nawet jako dziecko nie byłem radosny. Nie chodzi o to, że nie umiem się bawić czy śmiać, ale mam raczej osobowość introwertyczną. Śmieszne, bo pewnie większość osób, z którymi pracuję w teatrze, nigdy by o mnie nie pomyślała w ten sposób.



Kiedy grasz postać, która ma za sobą ciężkie przeżycia albo doświadcza czegoś okropnego, jak się do tego przygotowujesz? Wszystko odbywa się w twojej głowie, bo rozumiem, że nie musisz się też przez to przetyrać w życiu?

Pewne doświadczenia w życiu pogłębiły moją wrażliwość. Nigdy nie byłem „powierzchowny”, o ile można tak powiedzieć o samym sobie. Identyfikowanie się z pewnymi emocjami, na przykład z chorobą psychiczną, przychodzi mi łatwo. Jest mi to bliskie w jakiś sposób, i potrafię sobie totalnie wyobrazić, jak mogłoby to u mnie wyglądać. U każdego może wystąpić obłęd przy odpowiednich okolicznościach. Jako aktor paradoksalnie najlepiej czuję się w ”Niżyńskim”, chociaż to droga przez piekło, bo przeprowadzić widza XXI w. przez 120 minut traumy jest naprawdę trudno. Z nim, i z moją postacią z „Osaczonych” najłatwiej mi się identyfikować, choć nie w wymiarze osobistym. O wiele trudnej jest mi grać role bez takich problemów emocjonalnych.


Myślę sobie, że dla kariery aktora taki zestaw ról to dobry wybór. Trudniej je przegapić i widzowi, i krytykowi. Trudniej chyba byłoby ci zagrać rolę lżejszą.

Trudniej – nie, to jest jeszcze inaczej. Odcinam się od takiego obiegowego powiedzenia, że łatwiej jest widza wzruszyć niż rozśmieszyć. Ja się z tym nie zgadzam, zapraszam zresztą na „Made in China” – to nie jest trudne. Ciężko jest mi jednak znaleźć sens w graniu postaci, która nie jest dla mnie wyzwaniem. Marzę o tym, żeby zrobić kiedyś komedię, ale boję się że miałbym z tym kłopot, bo nie wiedziałbym czasem po co ja wychodzę na scenę. Tylko bawić ludzi? Nie bez znaczenia jest też fakt, środowiska w którym wyrosłem. Background szkoły baletowej dał mi jednak dużo. Nie chcę używać słowa artysta, bo dziś i Jola Rutowicz jest artystką, ale jednak zupełnie inny ciężar ma dla mnie znaczenie tego słowa. Przychodząc do szkoły aktorskiej, byłem już w zasadzie ukształtowany. Pracowałem wtedy tak dużo i były to tak ważne dla mnie rzeczy, że w zasadzie wszystko co zrobiłem potem, było dla mnie rodzajem inercji. Nawet robienie teraz spektakli o tym ciężarze emocjonalnym, nie wydaje mi się już tak karkołomne, bo wtedy walczyłem ze swoim organizmem po 12 godzin na dobę. Tęsknię zresztą za tym dzisiaj. Balet to nie jest tylko forma sztuki, to styl życia.


Nie ma już jednak powrotu do tamtego.

Nie, ale do pewnego etapu siebie, bardzo bym chciał wrócić. Odkąd przestałem tańczyć, wiele rzeczy potoczyło się we mnie nie tak.


Masz wrażenie, że zatraciłeś w sobie jaką niewinność?

Balet tak determinował moje życie, że nie miałem nigdy wątpliwości co mam robić. Teraz na pewno zatraciłem samodyscyplinę. W zawodzie aktora albo ma się zajęte non-stop dwa lata, albo tylko kilka wieczorów w miesiącu. Nagle masz do zagospodarowania cały ogrom czasu, z którym nie wiadomo co zrobić.


Może więc czas na przygotowanie nowego monodramu?

Wstyd mi już o tym mówić. Od kilku lat mam parę pomysłów, jednak będzie o czym gadać, gdy któryś z nich zrealizuję. Jeśli zdecyduję się ponownie na monodram, to tylko autorski. Nie dlatego, że uważam, że jestem aż tak interesujący, że muszę się eksponować światu. Chodzi raczej o to, że mam potrzebę zmierzenia się z czymś nowym. Jeśli wydaje ci się, że masz skłonności do budowania czegoś więcej, niż tylko rola, to naturalnie chcesz wziąć na siebie odpowiedzialność za całość spektaklu.


Jest zresztą w tobie coś takiego, że nawet jeśli jesteś na scenie z innymi aktorami, to ma się wrażenie, że jesteś solistą.

Boję się, że jestem solistą. Przy czym mam nadzieję, że nie wykluczy to możliwości pracy w grupie. Im większe mam wyzwanie na barkach, im trudniejsza rola, tym bardziej jestem zmobilizowany, bardziej się angażuję. Nie chodzi o to, że małe role traktuję po macoszemu, bo tak naprawdę nie grałem takich w teatrze, ale jednak chyba rzeczywiście jestem solistą...


Miewasz konflikty z innymi aktorami?

Nie częściej niż wszyscy inni. To nie tu leży problem. Generalnie grywam w kameralnych obsadach, marzę jednak o tym, żeby grać w jakimś zespołowym spektaklu, żeby mnie ktoś wziął za ryj i utrzymał w ryzach. Nie jestem wcale tak trudny we współpracy jak niektórzy myślą. Małgosia Bogajewska (reżyserka m.in. spektaklu „Bramy raju” – od red.) nie obsadzałaby mnie teraz po raz czwarty w przedstawieniu (w lutym zaczynam próby), gdybym był tak ciężki do opanowania.


Czyli jesteś tylko po części samowystarczalny?

Aktor nigdy nie jest samowystarczalny, ale są momenty kiedy chciałbym zrobić coś autonomicznie. Choć im mniejsza jest grupa aktorów pracujących przy spektaklu, tym większa jest szansa, że powstanie coś dobrego. Ja myślę, że miałbym tyraniczne zapędy, gdybym był odpowiedzialny za organizację.


Masz tak duże wymagania wobec innych, wobec siebie?

Gdyby tylko ludzie wiedzieli jak strasznie jestem samokrytyczny wobec siebie − aż odbiera mi to przyjemność grania. To, co ja sam sobie funduję w głowie po niektórych mniej udanych spektaklach, to absolutna masakra. Zazdroszczę tym, którzy mają dobre samopoczucie na swój temat.


Krąży jednak o tobie taka opinia, że jesteś zarozumiały...

To jest właśnie dla mnie zaskakujące. Co to znaczy, że ktoś jest zarozumiały? Zdarzają się sytuacje, w których jestem nieprzyjemny, najczęściej w sklepach czy urzędach, kiedy spotykam się z jakimiś absurdami, które wykańczają mnie psychicznie.

Jeśli komuś wystarcza powierzchowna ocena, to ok. Ja się pod tym jednak nie podpisuję, bo znam siebie trochę lepiej. Gdybym był zarozumiały oznaczałoby to, że mam wysokie mniemanie o sobie, a wtedy moje życie przez ostatnie lata wyglądałoby zupełnie inaczej. Zawsze byłem bardzo samokrytyczny a nigdy nie miałem umiejętności cieszenia się długo sukcesem. To trwa u mnie 15 minut, do czasu gdy obdzwonię wszystkich przyjaciół. To ewidentnie spadek po balecie. Tam nigdy nie chwalą, jeśli jest dobrze, to tak ma być. Włącza mi się to niestety automatycznie, nienawidzę tego.



Czyli to pochwały cię motywują, nie krytyka?

W pochwały nie wierzę, doszukuję się zaraz czegoś nieszczerego. Największą motywację człowiek powinien mieć w sobie. Za dobrze jednak siebie znam, by dobrze o sobie myśleć.


Często z twojego powodu odwołuje się spektakle?

Odwoływałem w zasadzie tylko „Niżyńskiego”, ale to dlatego, że moja kontuzyjność, jako nie-tancerza, jest w takim spektaklu o wiele większa. Połączenie baletu z teatrem dramatycznym jest dość rzadkie. W „Survivalu”, który teraz gram, nie ma takiego ryzyka.

Z jednej strony mam taką potrzebę, żeby wytłumaczyć się ludziom z tego dlaczego odwołuję spektakle, a z drugiej jestem zupełnie zdecydowany, że nie będę dawał nikomu półproduktu. Ten spektakl wymaga ode mnie absolutnej dyspozycyjności. Nie umiem i nie chcę grać na 50%, może dlatego nie chcę grać w serialach, bo ogarnia mnie poczucie żenady, że gram takie banały. Choć to nie jest też tak, że jestem unurzany wyłącznie w sosie ambitnej sztuki, jestem też absolutnym fanem „Mody na sukces”, i od 8 lat nie opuściłem żadnego odcinka! Jest w tym jakiś absurd pomiędzy niechęcią do grania takich rzeczy, a oglądaniem „Mody...”, która jest dla mnie serialem kultowym. Oglądam ją oczywiście z całkowitą świadomością jej egzotyki. Na szczęście kino lubię już ambitne.


Kilka dni temu widziałam „Głód” Steve’a McQuenna i zastanawiam się czy przyjąłbyś taką rolę, która zakłada ekstremalną pracę nad ciałem, zmianę swojej fizyczności, ocierającą się niemal o szaleństwo.

Absolutnie. Dla roli wszystko, jeśli tylko jest to uzasadnione. W teatrze nie mam takiej możliwości. W ciągu miesiąca gram w kilku sztukach naraz, więc nie da się tego robić. Dla filmu, który jest skończoną całością, po którym wracasz do swojej normalności, jak najbardziej. Śmieszy mnie tylko podejście niektórych aktorek, że dla roli są w stanie „nawet” przefarbować włosy! Dla mnie to jest naturalną konsekwencją tego zawodu. Zresztą, takie dywagacje są niezręczne, kiedy mówimy o tym siedząc teraz przy kawie. Mógłbym mówić w zasadzie tylko o konkretnych przypadkach konkretnych ról. Teraz mówimy o fizyczności, ale eksploatowanie swojej psychiki w ciężkim repertuarze to także równia pochyła. Nie chcę uprawiać martyrologii, ale takie role zawsze kosztują.


A drażni cię, że ostatnio powstają rankingi, w których ocenia się kolejno aktorów serialowych, kinowych i reklamowych biorąc pod uwagę miniony rok? Chyba kariera aktora to proces a nie poszczególne roczniki?

O ile w balecie można by o kimś powiedzieć, że jest złym albo dobrym tancerzem, robi dwa a nie trzy piruety, o tyle w aktorstwie te oceny nie są już tak wymierne. Oczywiście można generalnie powiedzieć kto jest drewniany a kto wiarygodny, ale ostatecznie aż tak wiele rzeczy od aktora nie zależy, żeby można było realnie go ocenić. Nie rozumiem więc istoty takich rankingów.


Skończyłeś właśnie 30 lat, to jest dla ciebie czas na pierwszy bilans?

Ja jestem kolesiem, który w wieku 12 lat miał poczucie frustracji, że nic nie zrobił w swoim życiu. Taki bilans robiłem już 10 lat temu i on mnie pogrążył. W zasadzie, dopiero teraz czuję, że prawdziwa młodość przede mną. Mam sporo do nadrobienia. Wcześniej postawiłem sobie poprzeczkę tak wysoko, że nawet Helena Modrzejewska, moje największe guru, nie dałaby z tym rady. Nie mogłem nie być sfrustrowany.


Nie chcesz już sobie odpuścić?

Mam już dość biczowania samego siebie, więc może 30-tka to jest ten moment, żeby zrobić bilans. Tak, powoli sprzątam w swojej głowie...