Ubiegłoroczne premiery Ibsena na naszych scenach - z bardzo nielicznymi wyjątkami - dowodzą, że polski teatr nie zna na niego dobrego sposobu.

A to zagra po bożemu, jak "Jana Gabriela Borkmana" w warszawskim Powszechnym, albo wywróci do góry nogami, tak jak zrobiono to z "Norą" w Teatrze Narodowym.

"Dzika kaczka" Magdaleny Łazarkiewicz nie bulwersuje i nie zachwyca. Jest to lekcja Ibsena odrobiona po łebkach. Ustawione sytuacje sceniczne, klika tzw. nastrojów, ze trzy sceny mające świadczyć o tym, że zespół realizatorów zdaje sobie sprawę z jakości tej sztuki. Rezultat jest mętny i nużący.

Każdy, nawet najbardziej niedouczony teatrolog recytuje, że "Dzika kaczka" to traktat o zasadności docierania do prawdy, nawet jeśli ma ona zniszczyć spokój rodziny, złamać ludzkie życie.

W przedstawieniu Łazarkiewicz ten temat pozostaje wyłącznie w sferze deklaracji. Daleko ważniejsza okazuje się sprawa niepewnego ojcostwa Hjalmara Ekdala, co dziś nikogo już nie ziębi, ani nie grzeje. Może z wyjątkiem fanek wenezuelskich seriali oraz kibiców naszego życia politycznego z zapartym tchem śledzących badania DNA przywódców pewnej części naszego narodu. Jak na Ibsena - to jednak mało.

A co w tym przedstawieniu ma robić owa kaczka? Skąd awansowała na tytułową bohaterkę? Pojawia się kilka razy w rozmowach, ale tylko jako składnik domowego inwentarza. Nic jednak z tego nie wynika, nikt nie mówi o niej z czułością, a tu nagle okazuje się, że aby coś komuś udowodnić, należy tę nieistotna kaczuszkę ustrzelić.

"I stąd tytuł filmu" - jak mawiał niezapomniany Maniek Kociemniak w "Para-męt pikczers".

To generalny problem tego przedstawienia. Co pewien czas wypala bomba emocji, jak w scenie, gdy Dorota Godzic (Gina Ekdal) jest podduszana przez Marcina Kuźmińskiego w roli jej męża fajtłapy. Sporo tu się mówi o prawdzie, ale brakuje jej na scenie.

Przedstawienie Magdaleny Łazarkiewicz sprawia wrażenie "niedopilnowanego". Każdy gra tu osobno. Godzic pamięta, że to Ibsen, jest więc odpowiednio zbolała, Krzysztof Jędrysek jako stary Ekdala wpadł na moment z "Pana Jowialskiego", Marcin Kuźmiński gra polski film obyczajowy, Radek Krzyżowski urwał się z którejś z telenowel. Molvik Grzegorza Mielczarka był pewną niespodzianką. Nie gra bowiem niby-demonicznego bohatera Ibsena, ale jednego z zalotników z Gogolowskiego "Ożenku". Tego wiecznie milczącego, bo zalanego w pestkę.

Po cóż była więc ta "Dzika kaczka"? Może dla nowego przekładu? Fakt, to ciekawe usłyszeć u mieszczańskiego Ibsena swojskie gówno. Może dla fotografii Grzegorza Rogali użytych jako element scenografii? No tak, to bardzo ciekawe (nawet na dodatkową gwiazdkę). Ale w tej sytuacji wystarczyło zaprosić nas na wernisaż…


"Dzika kaczka": Henryka Ibsena w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz miała swoją premierę w Teatrze im. Juliusza Słowackiego 3 marca tego roku.