Ciągle gdzieś biegasz, próbujesz, grasz.

Właśnie wróciłem z próby. Rano byłem jeszcze w Warszawie, jutro czeka mnie kolejne spotkanie z Petrem Zelenką w Starym Teatrze, potem wsiadam w ekspres, Warszawa, spektakl, następnego dnia Wrocław. Tak jest codziennie.

Po co ci takie tempo?

Kiedy jestem w ciągłym ruchu, nie dopuszczam do głosu wszystkich uciążliwości życia, na które byłbym skazany, siedząc na kanapie.

To swego rodzaju izolacja.

Nikomu nie uda się całkowicie odseparować na przykład od polityki, która nieustannie towarzyszy naszemu życiu - chodzi jednak o odpowiedź na pytanie, czy polityka emocjonalnie nas pobudza, czy nie. Mnie nie pobudza. Poza tym ja chyba dosyć celnie rozpoznaję ludzi. Szybko stawiam diagnozę. Zwyczajnie wiem, że nie mam ochoty na żaden kontakt z jakimś ponurym indywiduum. Nawet poprzez gazetę.

W aktorstwie ciągnie cię w stronę tego co chropowate, szorstkie, nieuporządkowane.

Noszę w sobie przejmujące poczucie tymczasowości. Jestem na chwilę. Ale ta "chwila" stanowi dla mnie wartość. Chcę ją przeżyć jak najpełniej. Dlatego nieustannie szukam ludzi, którzy mnie zachwycają, albo intrygują. W swoich uczuciach potrafię być infantylny i dziecięcy. Nie zamierzam się przeciwko temu buntować, to mój kapitał. Ludzki.

Ostatnio często pracujesz z Michałem Zadarą.

Najpierw Michał był z własnego wyboru słuchaczem na moich zajęciach w szkole teatralnej, potem moim asystentem w PWST, wreszcie wspólnie wyreżyserowaliśmy "Szaloną lokomotywę" Witkacego. Dzisiaj z wielkim zainteresowaniem śledzę jego odważne próby poszukiwania własnego, niepokornego języka w teatrze. Zadara to człowiek, którego cenię za niezawisłość i oryginalność. Poza tym Michał bardzo mnie przypomina. Nie było go w Polsce, kiedy intensywnie zajmowałem się Schaefferem, albo teatrem MW2, czyli funkcjonowałem w muzyczno-teatralnej awangardzie, a przecież dostrzegam w Zadarze ten sam zachwyt w pojmowaniu świata poprzez muzykę: "usłyszenie" tekstu. Widzę w nim ten sam żar.

Zadara wielu denerwuje.

Ja też nieustannie denerwuję. A zatem: kolejne podobieństwo.

W nowym sezonie ponownie spotkasz się z Michałem Zadarą. We wrocławskim Teatrze Współczesnym zobaczymy "Genesis 2" Wyrypajewa.

To będzie polska prapremiera. Mocny, trochę obrazoburczy tekst. Potraktowany przez reżysera wbrew politycznej poprawności. Zagram z córką, Marią Peszek, która na chwilę wróci do teatru.

Na chwilę?

Maria odpoczywa od teatru. Mocno zaangażowała się teraz w muzykę. Nikt się przecież nie spodziewał, że jej pierwsza płyta okaże się tak wielkim - artystycznym i komercyjnym - sukcesem.

Tata się spodziewał. Pamiętam, jak rok przed wydaniem "miasto manii" z niezwykłym entuzjazmem opowiadałeś mi o tym materiale.

Chyba tylko tata tak myślał (śmiech). Marysia była przekonana, że to będzie album niszowy. I rzeczywiście okazał się niszą muzyczną dla niszy intelektualnej. Liczącej jednak tysiące fantastycznych odbiorców. Teatr nie daje Marii dzisiaj takiego spełnienia, jak muzyka. A ona w sztuce nigdy nie sprzeniewierzyła się sobie, dlatego już kilka lat temu zaczynała mieć w teatrze kłopoty.

Jak ojciec...

Już dawno się przyzwyczaiłem. Mam niewyparzony język, ale nikt mi przecież tego języka nie odetnie. "Kłopoty to moja specjalność" - jak u Chandlera.

Kłopotliwego bohatera zagrasz także w "Oczyszczeniu" w reżyserii Zelenki.

Kolejny raz gram męża Iwony Bielskiej… Mój Andrzej jest wydawcą tzw. ambitnej literatury, ale utrzymuje się raczej z memuarów podstarzałych aktorek. To jednak człowiek z kręgosłupem. Ucieszyłem się, że Petr Zelenka wyczuł we mnie człowieka, który nie akceptuje wyborów, kiedy zaczynamy się zeszmacać.

Zelenka pracuje w Starym, na Rynku występuje Ennio Morricone (albo Piotr Rubik), w każdej knajpie słychać wszystkie języki. Czuję się w Krakowie coraz bardziej światowo.

To uczucie przyjemne, ale złudne. Przez Kraków przewala się teraz fala zagranicznych turystów, którzy wymuszają szybkie zmiany jakościowe: na przykład w zachowaniu ulicy. Ale nie są to zmiany w portrecie kulturalnym miasta.

Kołtun się kołtuni?

Nieustannie. W Krakowie panuje ciągle ten sam zaduch. A ja nie znoszę nie wietrzonych od lat pomieszczeń. Na poziomie knajp jest wspaniale, ale jeżeli chodzi o poziom i ofertę galerii, sal koncertowych, lokalnej prasy, teatrów, trzeba się mocno naszukać, żeby wygrzebać coś spoza laleczek, smoków wawelskich i wszystkich kolorów kiczu. Kraków jest miastem, które uwielbia artystów umarłych. Wystawia im pomniki, śpiewa pieśni, tańczy krakowiaka. To irytujące. Mnie interesuje życie.

Przecież ciągle tutaj mieszkasz.

Właściwie nie wiem, dlaczego mieszkam w Krakowie. Może kocham atakować Kraków? I atakuję - kochając. Kilka lat temu przeniosłem się jednak na podkrakowską wieś. Mieszkamy w sąsiedztwie pana Jana, który ma trzy krowy i mnóstwo kotów. Nisko latają jaskółki. Moja siostra, która przyjechała ze Stanów, nie mogła uwierzyć, że takie sielskie obrazki są w ogóle możliwe. 15 minut jazdy samochodem od centrum Krakowa.

W latach 70. grałeś bardzo dużo we wrocławskim Teatrze Polskim i w łódzkim im. Jaracza, ale mało kto o tym wiedział.

Długo byłem "nieodkrytym" aktorem i - to pozorny paradoks - bardzo szczęśliwym aktorem. Grałem dużo, kochałem swój zawód. Dlatego bliskie są mi losy aktorów w mniejszych teatrach, którzy odcięci od szansy zaistnienia szerzej, mają być może jakieś niedobre teatralne naleciałości, ale zawsze jest w nich gotowość na oczyszczenie, otwarcie na spotkanie z czymś nowym.

Kilka tygodni temu świętowałeś 40-lecie swojej teatralnej przygody.

Trochę się krzywiłem, bo źle znoszę rocznice i jubileusze. Uważam, że trzeba raczej iść do przodu, niż oglądać się wstecz. Ale było miło. Wesoło i bez celebry. Poopowiadałem trochę o mojej szalonej rodzinie.

Mówiłeś, że w twoim dziadku kochała się Rita Hayworth.

To jedna z rodzinnych anegdot. Dowiedziałem się tego od ostatniej, żyjącej ciotki. Dziadek był bosko przystojnym facetem. Mieszkał w Chelsea w USA, gdzie prowadził zakład fryzjerski - może jedną z jego klientek była Hayworth, na początku swojej kariery? Trudno się dziwić, że się w nim zakochała. Rita musiała mieć bardzo dobry gust.