W Olsztynie debiutant Jacek Jabrzyk również chciał sprawdzić, na ile bulwersujący kiedyś tekst Wedekinda o erotycznych niepokojach uczniów szkół średnich trafnie nazywa piekło dorastania.

"Przebudzenie wiosny" ma w podtytule określenie "Tragedia dziecięca". Jest studium dojrzewania w świecie pełnym tabu. Opowiada o nastoletniej ciąży, nastoletnim samobójstwie. Ciekawiło mnie jak zabrzmi teraz, kiedy żadnego tabu nie ma. Pewnie szokowałoby mocniej, gdyby zagrały w nim 12-latki. Granica dojrzewania obniżyła się drastycznie. Tymczasem aktorzy, którzy grają Wendlę i Melchiora, mogą mieć co najmniej po 20 lat. Ale w przypadku inscenizacji Jabrzyka to raczej atut niż wada. Spektakl powstał niemal wyłącznie siłami młodych aktorów z przyteatralnego studium aktorskiego, którym pomaga jedna świeżo upieczona absolwentka i jedna nowa aktorka w olsztyńskim zespole.

Reżyser nie chciał, żeby przypominali swoje fascynacje z dzieciństwa, kolejne etapy zdobywania zakazanej wiedzy, ale użyli aluzji i cudownych peryfraz. W jego "W.B" (tytuł pochodzi od inicjałów głównej bohaterki Wendli Bergmann) nie ma dosłowności. Seksualna inicjacja przypomina kakofonię: Wendla podskakuje na dywaniku, trajkocząc bez przerwy "tak, tak, tak", rozparty na krześle znudzony Melchior, ripostuje jej twardym "nie". To miłosne przekomarzanie, podwórkowa sprzeczka tylko chwilami ociera się o erotyzm.

Jabrzyk bierze w nawias XIX-wieczną obyczajowość, ale nie uwspółcześnia niczego na siłę. Spotkania Melchiora, Maurycego, Ilse i Wendli zostają naznaczone stempelkiem ironii. Wpisują się w rym nastoletnich balang, opalania się na betonowym parkingu, streetdancowych ćwiczeń. Nawias znika, kiedy pojawia się szansa na poznanie drugiego człowieka, chłopca, dziewczyny. Kiedy trzeba zapytać o ból i rozkosz.

Jabrzyk stawia na świeżość: gestów, spojrzeń, kontaktu między aktorami. Wydaje się, jakby jego podopieczni grali pierwszy raz na scenie. Pokazywali nieuświadomiony erotyzm w fazie pierwszych testów, sami dziwili się sobie, co znaczą te wszystkie rozchylone kolana, nagie torsy, za krótkie spódniczki.
Wedekind zawsze niepokoił mnie w teatrze. Zmuszał do spojrzenia na własne dzieciństwo, pierwsze miłości, olśnienia. Pamiętam melancholijny telewizyjny spektakl "Przebudzenia wiosny" z Aleksandrą Konieczną z końca lat 80., wstrząsającą "Puszkę Pandory" z Teatru Witkacego z frapującą femme fatale Renatą Stachowicz jako Lulu. I jeszcze przedstawienie Pawła Miśkiewicza ze Starego Teatru, gdzie z historii Wendli Bergman, przejmująco oskrobanej ze złudzeń przez Karinę Seweryn wyrastała również opowieść o rozchwianej tożsamości seksualnej Melchiora i Maurycego.

Z olsztyńskiego spektaklu zapamiętam monolog Ilse (Sara Szymczak) nastoletniej muzy malarzy, przebranej w karnawałową maskę, kabaretki i gorsecik. Kandydatka na kokotę uwodzi każdym gestem, prychnięciem, skrętem ciała. Tylko na koniec mówi smutno do swoich rówieśników: "Jak wy zaczniecie, ja już będę na śmietniku." Ukłucie w sercu. Jeśli jej choć przez chwilę zapragnęliśmy - jesteśmy winni.



"W.B" na podstawie "Przebudzenia wiosny" Franka Wedekinda,
reż. Jacek Jabrzyk,
Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie
Premiera: 6 października