Aigner ma coś, czego brakuje większości dzisiejszych młodych inscenizatorów. Nie zamienia spektaklu w statyczny dyskurs, retoryczny popis, jałowy wykład jedynie słusznych racji. Nie zapomina o tym, że teatr to przede wszystkim widowisko. Żywe, pulsujące emocjami, chwilami celowo przerysowane. Reżyser nie boi się efektownych scen zbiorowych, o całości myśli kategoriami teatralnej plastyki. „Pantaleona i wizytantki” w warszawskim Studio przede wszystkim się ogląda i to ogląda zwykle z przyjemnością. To prawda, ofiarą efektownych obrazów pada czasami spójność adaptacji i oddanie charakteru prozy peruwiańskiego pisarza. Ale i tu Aigner nie poległ na całej linii. Jego spektakl wymaga jeszcze zmian, praca nad nim nie powinna skończyć się wraz z premierą. Już teraz udało się na scenie ocalić coś z nerwowego rytmu i dusznej atmosfery tej naładowanej erotyzmem opowieści.

Warszawski „Pantaleon i wizytantki”, podobnie jak powieść Llosy, rozpięty jest między świętością a zbrukaniem, krzyżem a burdelem. Na proscenium w dwóch przeciwległych oszklonych gablotach scenograf Magdalena Gajewska umieściła figury Ukrzyżowanego i Najświętszej Panienki. Z ziemi wyrastają zdeformowane lekko krzyże – symbol boskiego porządku, którego nie da się przełożyć na zaordynowany przez człowieka ład. W powieści Llosy bowiem, co umiejętnie podchwytuje w swojej adaptacji Aigner, nic nie jest jednoznaczne. Niewinność nosi znamię grzechu, w upodleniu została jeszcze resztka czystości.

Stąd obsadowy klucz przedstawienia. Każdy z aktorów gra przynajmniej dwie role, ich wybór rzecz jasna nie jest przypadkowy. Maria Maj na przykład – chyba najlepsza w zespole – wciela się w matkę bohatera, lekko rozhisteryzowaną dewotkę, która dziś z powodzeniem mogłaby słuchać pewnej toruńskiej rozgłośni. Po chwili zaś przeistacza się w burdelmamę o gołębim sercu, choć trzymającą żelazną ręką swe podopieczne. Równie dobra jest debiutująca w Warszawie Lena Frankiewicz – raz żona Pantaleona, pod cnotą skrywająca własne demony, za chwilę zjawiskowa Brazylijka, luksusowa dziwka, co nosi swą profesję niczym wyrok.

Chór zakonnic (m.in. grająca dużo i z wielkim poczuciem humoru Paula Kinaszewska) w mgnieniu oka zostaje oddziałem prostytutek. Postaci z tego „Pantaleona…” nawzajem się dopełniają i przeglądają niczym w lustrach. Znów – świętość miesza się ze zbrukaniem.

Każdą z postaci udało się scharakteryzować gestem, detalem kostiumu, nieoczekiwanym akcentem w rysunku roli. Dlatego aktorzy Studia tworzą tym razem barwną grupę i zdają się dobrze bawić w trudnej inscenizacji. Szkoda tylko, że spektaklowi brakuje protagonisty. Andrzej Konopka w roli oficera-służbisty, który wykona bez namysłu każdy rozkaz, jest bowiem doskonale nijaki. Dlatego też historii tworzenia przez niego gigantycznego burdelu dla żołnierzy czasem brakuje napięcia, przydałyby się również skróty.

Spektakl nie może być oczywiście ekwiwalentem powieści. Jest wobec niej zdecydowanie uboższy, w wielu momentach sprowadzając się do relacji z fabuły. Na szczęście Aigner prowadzi ją zajmująco, wykorzystując do tego teatralny żywioł. Jak dla mnie to całkiem sporo.

„Pantaleon i wizytantki”

wg powieści Mario Vargasa Llosy

adapt. i reż. Paweł Aigner

Teatr Studio w Warszawie