Występowałem w Warszawie w połowie lat 80., na 27. edycji Jazz Jamboree razem z Polish Jazz All-Stars. Dobrze pamiętam tamte czasy, cudowni ludzie, świetny klimat i doskonała muzyka. Muzycy z Polski przyjechali najpierw do Addis Abeby, a potem my tutaj. Owocem tej współpracy były właśnie te koncerty oraz płyta Plays Ethio-Jazz", na której zagrali m.in. Krzysztof Ścierański i Janusz Szprot. Strasznie byłem z niej dumny, bo ukazała się w serii "Polish Jazz", którą zawsze sobie ceniłem.
Generalnie chodzi o to, żeby w melodiach połączyć skalę 5-tonową, charakterystyczną dla naszej kultury muzycznej, z europejską 12-tonową. A do tego dochodzą jeszcze gęsty rytmy, które często kojarzy się z latynoskimi, ale tak naprawdę wywodzą się właśnie od nas z Afryki. Pomysł na stworzenie takiego własnego stylu narodził się we mnie na początku lat 60., kiedy wróciłem do kraju po wielu latach spędzonych w Europie i Stanach.
Wręcz przeciwnie, miałem zostać inżynierem lotnictwa na Harvardzie. U nas w ogóle nie było jeszcze wtedy dostępu do płyt, instrumentów i edukacji muzycznej. Zostałem wysłany na stypendium do Londynu, gdzie chodziłem na koncerty Ronniego Scotta, Tubby’ego Haynesa czy orkiestry Edmundo Rosa. Tak rozpoczęła się moja przygoda z jazzem i zdecydowałem się na wyjazd do Ameryki. Wstąpiłem na prestiżowe Berklee College of Music w Bostonie, gdzie poznawałem całą zachodnią klasykę, a potem wieczorami grywałem w klubach. Aż wreszcie dotarłem do Nowego Jorku, gdzie założyłem mój pierwszy Ethiopian Quintet.
Nie tyle poznałem, co po prostu zagadałem go po jednym z koncertów. Dla mnie, jako młodego saksofonisty, był oczywiście mistrzem. Choć akurat nasza rozmowa skupiła się bardziej na Afryce, John i jego żona Alice byli zainteresowani tym, jak nam się żyje, jak wygląda kultura. Kilka lat później w ogóle przyjechała do Etiopii i mieliśmy nagrywać wspólnie album. Niestety nic z tego nie wyszło.
Oj tak, to był najwspanialszy moment w moim życiu. Ellington został wybrany na Ambasadora Jazzu i w 1971 roku przyjechał na oficjalne zaproszenie władz naszego kraju. Towarzyszyłem mu podczas wręczenia orderu przez cesarza Haile Selassie, a potem z jego big-band miałem zaszczyt zagrać kilka moich utworów w hotelu Hilton.
Tak, siła Hollywood jest rzeczywiście ogromna, ale czekałem na ten moment jakieś czterdzieści pięć lat (śmiech). Oczywiście już wcześniej zaczęły się ukazywać w Europie płyty z serii „Ethiopiques”, a ja przez cały czas jeździłem z koncertami, ale teraz jest zupełnie inaczej. Współpracuję ze świetnymi muzykami, pracuję nad nowym albumem „Mulatu Steps Ahead” - czuję się, jakbym przeżywał kolejną młodość.